rozlepiam powieki, kiedy wyrywa mnie ze snów dźwięk irytującej melodi budzika, budzę się z twarzą opuchniętą od łkania nad obrazami z głowy.
boję się swoich snów.
jakoś toczę się przez ten dzień, wyglądam przez okno na chwilę odsuwając od siebie działania algebraiczne, widzę stary opuszczony dom, utożsamiam się z nim. łzy napływają, potykam się o myśli nacierające z wielką siłą, przedzierając się przez pancerz zajętego umysłu.
wychodzę, chłodne powietrze bonifikatą w pochłanianiu optymizmu przez chandrę piątkową.
znowu czuję zapach autobusu 162, wysiadam przy cmentarzu. znowu widzę odkopywane wspomnienia, swąd pozerstwa zaklętego w zniczach, chrystusowym kurestwie, kwiatach i tłumach otaczających to miejsce. wspomnienia, które zostaną pogrzebane na nowo, na kolejny rok, by wyciągnąć je jak wyżęte szmaty do ścierania podłogi.
czekam na Aleksandrę, razem oglądamy zachód słońca w jednym z parków, siedziąc na huśtawkach i zachwycając przeplatającym się różem i błękitem konającego nieba.
zapominam na chwilę, beztrosko oddycham.
i jakiś kuriozalny wewnętrzny szept, obija mi się wokół żeber, miażdży żołądek, ściska serce, wprawia w drżenie dłoni, łzy wyciska jak gąbkę. uruchamia się po najmniejszym krzyku.
nie czuję tych godzin. nie czuję całego tego tygodnia.
samotnie mi.
"Jesteśmy z tego samego materiału, co nasze sny."
- William Shakespeare
piątek, 30 października 2009
czwartek, 29 października 2009
45.
czwartkowe zmrożone kończyny, rozmyślania o życiu w międzyczasie, rozmemłanie od rana.
nieład jak po orkanie seksu na głowie zmoczonej deszczem.
spotkanie z Andżeliką, spacerujemy tak między kałużami, ktoś z drugiej strony ulicy pali papierosa, przemaczam buty.
Andżelika, zazwyczaj nazywana po prostu Koko, jest uprzywilejowana do nazywania ją niemal moją siostrą bliźniaczą, ale nie ze względu na podobieństwo wizualne. uwielbiam to, że namacalnie rozumie każde słowo, każdą łzę. uwielbiam jej nos. uwielbiam jej kapelusz. uwielbiam ją.
autobusowe rozmowy nastają, wysiadam.
po czym wracam flegmatycznie objawiającą się drogą do domu, drżące plecy chowam pod czarną kurtką, ciastka zjadam, pustawo jakoś. niedługo prysznic gorący wezmę, potem zataję swoje istnienie przed napływającym tsunami gryzących do krwi myśli. chcę, bądź, jak wtedy.
nieład jak po orkanie seksu na głowie zmoczonej deszczem.
spotkanie z Andżeliką, spacerujemy tak między kałużami, ktoś z drugiej strony ulicy pali papierosa, przemaczam buty.
Andżelika, zazwyczaj nazywana po prostu Koko, jest uprzywilejowana do nazywania ją niemal moją siostrą bliźniaczą, ale nie ze względu na podobieństwo wizualne. uwielbiam to, że namacalnie rozumie każde słowo, każdą łzę. uwielbiam jej nos. uwielbiam jej kapelusz. uwielbiam ją.
autobusowe rozmowy nastają, wysiadam.
po czym wracam flegmatycznie objawiającą się drogą do domu, drżące plecy chowam pod czarną kurtką, ciastka zjadam, pustawo jakoś. niedługo prysznic gorący wezmę, potem zataję swoje istnienie przed napływającym tsunami gryzących do krwi myśli. chcę, bądź, jak wtedy.
środa, 28 października 2009
44.
chyba stopniowo coraz bardziej popełniam powolne samobójstwo.
chrystusowe kurewstwo wplątane w poezje ulicy.
wyżerają mnie strzępy poczucia winy, porozrzucane gdzieś po drodze w te jesienne poranki, na korytarzach napęczniałych od uników, z których okien wylewa się gehenna.
gehenna błękitu i dużych źrenic.
parkowa żółć i truskawkowa czekolada. lubię tą jesień. napawam się nią. chłodem, zimnymi dłoniami, czerwienią warg i brązem na ulicach.
"Ona sama się zniszczyła. Żyje zamknięta w swoim kretowisku, jest samolubna, nikomu niepotrzebna. Przez to, że użyłem jej ciała, nadałem sens jej życiu."
- Jonathan Kellerman
chrystusowe kurewstwo wplątane w poezje ulicy.
wyżerają mnie strzępy poczucia winy, porozrzucane gdzieś po drodze w te jesienne poranki, na korytarzach napęczniałych od uników, z których okien wylewa się gehenna.
gehenna błękitu i dużych źrenic.
parkowa żółć i truskawkowa czekolada. lubię tą jesień. napawam się nią. chłodem, zimnymi dłoniami, czerwienią warg i brązem na ulicach.
"Ona sama się zniszczyła. Żyje zamknięta w swoim kretowisku, jest samolubna, nikomu niepotrzebna. Przez to, że użyłem jej ciała, nadałem sens jej życiu."
- Jonathan Kellerman
poniedziałek, 26 października 2009
43.
cholernie szmatławo-płaczliwy dzień, wypłakany Aleksandrze do słuchawki.
i boję się amputować to, co powoli zaczyna umierać, obarczając mnie ciężarem swojej agonii.
był dziś moment, kiedy już nie czułam strachu ani żalu, chyba właściwie przez chwilę nie czułam zupełnie nic.
"Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego."
- Emily Brontë
i boję się amputować to, co powoli zaczyna umierać, obarczając mnie ciężarem swojej agonii.
był dziś moment, kiedy już nie czułam strachu ani żalu, chyba właściwie przez chwilę nie czułam zupełnie nic.
"Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego."
- Emily Brontë
niedziela, 25 października 2009
42.
nadzieja szybko więdnie, razem z ostatnimi roślinami o tej porze roku. ten tydzień jest okropny, przynajmniej jego ostatnie dni. nienawidzę niedziel, nienawidzę. polegają tylko na jedzeniu ciasteczek, czy czegokolwiek, co mam w domu, w nadziei, że to właśnie napychanie żołądka polepszy ogólnie samopoczucie. zarówno fizyczne jak i psychiczne.
rozrywam się na części i daje się rozdziobać czarnym krukom i wronom przed bramką, krążącym nad domem o zmierzchu i o brzasku. stoję, dłonie chowam w rękawiczkach, przysłaniam delikatnie wzrok, lecz wciąż widzę, choć nie chcę, jak pożerają mnie, napełniając brzuchy. jak rzygają mną po kątach.
umieram ostatnio z powodu coraz częstszych i coraz bardziej dotkliwych bólów głowy. egzystuję między ścianami przemilczenia, które swoją cnotą burzą mury, które budowałam szmat czasu. płaczę też coraz częściej, przed promykami nadziei chowam się pod kołdrą.
próbuję zmusić się do spędzenia odrobiny czasu nad książką, lecz wyrywa mnie z tego postanowienia szmer klawiatury, którą powinnam omijać szerokim łukiem.
sny o narkomanii, przedsmak zgonu.
ta impreza się przeciąga, chyba zbyt wiele twarzy wtargnęło na nią bez zaproszenia.
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."
- Haruki Murakami
rozrywam się na części i daje się rozdziobać czarnym krukom i wronom przed bramką, krążącym nad domem o zmierzchu i o brzasku. stoję, dłonie chowam w rękawiczkach, przysłaniam delikatnie wzrok, lecz wciąż widzę, choć nie chcę, jak pożerają mnie, napełniając brzuchy. jak rzygają mną po kątach.
umieram ostatnio z powodu coraz częstszych i coraz bardziej dotkliwych bólów głowy. egzystuję między ścianami przemilczenia, które swoją cnotą burzą mury, które budowałam szmat czasu. płaczę też coraz częściej, przed promykami nadziei chowam się pod kołdrą.
próbuję zmusić się do spędzenia odrobiny czasu nad książką, lecz wyrywa mnie z tego postanowienia szmer klawiatury, którą powinnam omijać szerokim łukiem.
sny o narkomanii, przedsmak zgonu.
ta impreza się przeciąga, chyba zbyt wiele twarzy wtargnęło na nią bez zaproszenia.
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."
- Haruki Murakami
piątek, 23 października 2009
41.
chyba nawet krew niedługo wystygnie mi razem ze stygnącymi nadziejami.
nie umiem używać bezpośrednich słów, choć one ciążą, gniotą się gdzieś na końcu języka to wciąż, omijam je, gdyż boję się konsekwencji ich wypowiedzenia, miotam się w banałach, krępacji i niepewnych spojrzeniach. chyba już zdążyłam stracić, pogmatwać, co mogłam, teraz siedząc przed monitorem ze sflaszałym poczuciem winy za to, co mogłam, a czego nie zrobiłam.
piątek dwudziestego trzeciego, te same oczy o poranku, niby wszystko w porządku. kolejne godziny, niby wszystko w porządku. przypływ chandry. dwie czekolady, paraliżujący ból głowy, trochę łez. idealny początek weekendu. choć przecież aż do dziś dwadzieścia trzy niosło szczęście.
"Życie cuchnie. Jest jak ustawiona gra, w której zawsze wygrywa kasyno. Warto o tym pamiętać."
- Janet Fitch
nie umiem używać bezpośrednich słów, choć one ciążą, gniotą się gdzieś na końcu języka to wciąż, omijam je, gdyż boję się konsekwencji ich wypowiedzenia, miotam się w banałach, krępacji i niepewnych spojrzeniach. chyba już zdążyłam stracić, pogmatwać, co mogłam, teraz siedząc przed monitorem ze sflaszałym poczuciem winy za to, co mogłam, a czego nie zrobiłam.
piątek dwudziestego trzeciego, te same oczy o poranku, niby wszystko w porządku. kolejne godziny, niby wszystko w porządku. przypływ chandry. dwie czekolady, paraliżujący ból głowy, trochę łez. idealny początek weekendu. choć przecież aż do dziś dwadzieścia trzy niosło szczęście.
"Życie cuchnie. Jest jak ustawiona gra, w której zawsze wygrywa kasyno. Warto o tym pamiętać."
- Janet Fitch
czwartek, 22 października 2009
40.
zatrute opary wieczornej szamotaniny zmysłów.
moje oczy wybrały się na podróż w poszukawaniu chłopaka przypalającego papierosem opuszki swych palców, mój obupłciowy strach przed brakiem egzystencji, którą i tak najchętniej bym porzuciła niczym martwego czarnego kota dziurawi mi realia. tętnice dróg miasta wyrwanego z królestwa nocy, epizodyczni bohaterowie teatru codzienności, których schody są pełne, marionetki smutnie śledzące tętno człowieka zza szyby.
robi się późno, czternaście lat za późno, żeby coś zmieniać.
narkotyki, seks, alkohol, papierosy i tułaczka, dlaczego tak nie może skończyć się ta gra?
"W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość, która męczy, dusi i zabija... bez niej jest wielka pustka."
- Jim Morrison
moje oczy wybrały się na podróż w poszukawaniu chłopaka przypalającego papierosem opuszki swych palców, mój obupłciowy strach przed brakiem egzystencji, którą i tak najchętniej bym porzuciła niczym martwego czarnego kota dziurawi mi realia. tętnice dróg miasta wyrwanego z królestwa nocy, epizodyczni bohaterowie teatru codzienności, których schody są pełne, marionetki smutnie śledzące tętno człowieka zza szyby.
robi się późno, czternaście lat za późno, żeby coś zmieniać.
narkotyki, seks, alkohol, papierosy i tułaczka, dlaczego tak nie może skończyć się ta gra?
"W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość, która męczy, dusi i zabija... bez niej jest wielka pustka."
- Jim Morrison
środa, 21 października 2009
39.
całą tą szarzyznę, poezję codzienności łyknęłam jak proszek nasenny, jak tabletkę na ból głowy, lekarstwo uśmierzające objawy, lecz nie przyczyny.
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.
___
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.
piątek, 16 października 2009
38.
po siedmiogodzinnym, niezwykle nurzącym tarzaniu się w szkole najlepszym wynagrodzeniem były smerfożelki, za którymi stękniłam się niemiłosiernie. najbardziej to lubię, wgryzać się w ich niebieskie ciałko i czerwone kapelusiki z żelatyny.
należało spotkać się dziś z Angeliką, przymierzyć jej kapelusz, który uwielbiam, zaczekać na Aleksandrę, iść razem, jak zwykle, do wrzeszczowego parku bijącego żółcią, brązem i wilgocią. usiąść znów na tej samej ławeczce, strzepnąć z niej ślady jesieni.
suche dłonie, spierzchnięte usta, rumieńce, przemoczone buty i zabawa w fryzjera, by okiełznać nieład na mej głowie, równy co w snach miewam.
chciałabym się wylać na białą kartkę papieru, zapełnić ją tymi wszystkimi uczuciami, które tłamszę w sobie, gniotę, gdzieś utykam pod żebrami, po raz ostatni wymówić twoje imię o zmroku popękanymi kącikami bladych nienaturalnie warg.
"Czyje serce jest puste, tego usta słów pełne."
- Karl Kraus
należało spotkać się dziś z Angeliką, przymierzyć jej kapelusz, który uwielbiam, zaczekać na Aleksandrę, iść razem, jak zwykle, do wrzeszczowego parku bijącego żółcią, brązem i wilgocią. usiąść znów na tej samej ławeczce, strzepnąć z niej ślady jesieni.
suche dłonie, spierzchnięte usta, rumieńce, przemoczone buty i zabawa w fryzjera, by okiełznać nieład na mej głowie, równy co w snach miewam.
chciałabym się wylać na białą kartkę papieru, zapełnić ją tymi wszystkimi uczuciami, które tłamszę w sobie, gniotę, gdzieś utykam pod żebrami, po raz ostatni wymówić twoje imię o zmroku popękanymi kącikami bladych nienaturalnie warg.
"Czyje serce jest puste, tego usta słów pełne."
- Karl Kraus
wtorek, 13 października 2009
37.
kolejne jesienne dni za mną. przemoczone buty, mokre włosy, chmury, parasolki, żołte liście. choć najbardziej lubię widok kropel deszczu opadających na ziemie w świetle latarnii wieczorami.
nabieram w płuca woń ziemi zmoczonej deszczem, pochłaniam ją, przypominam sobie całe życie, czasy zabaw w piaskownicy, pierwszych przyjaźni, pierwszej śmierci, pierwszego stałego zęba, pierwszego smaku zwycięstwa, ostatnie godziny wczorajszego dnia, potem wydycham to powietrze i znów czuję, że mam czternaście lat. zaraz potem przechodzę przez próg domu, powolnym krokiem wchodzę po schodach, zdejmuję koszulę i kładę się na łóżko, by zebrać myśli. w stanie rozkojarzenia, w jakim znajduję się od niewątpliwie długiego już czasu, jest to niewykle trudne, a wręcz niemożliwe. leżę więc ze wzrokiem wlepionym w okno połaciowe, myśli napływają chaotycznie. chyba szczęście jest jak naiwny chłopiec, który bierze w ramiona i znika wcześniej, niż się pojawił. za to nieszczęście jest jak dojrzały mężczyzna, który w zdrowiu i chorobie siedzi obok Twojego łóżka trzymając mocno Twoją dłoń.
"Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga - czas."
- Joseph Conrad
nabieram w płuca woń ziemi zmoczonej deszczem, pochłaniam ją, przypominam sobie całe życie, czasy zabaw w piaskownicy, pierwszych przyjaźni, pierwszej śmierci, pierwszego stałego zęba, pierwszego smaku zwycięstwa, ostatnie godziny wczorajszego dnia, potem wydycham to powietrze i znów czuję, że mam czternaście lat. zaraz potem przechodzę przez próg domu, powolnym krokiem wchodzę po schodach, zdejmuję koszulę i kładę się na łóżko, by zebrać myśli. w stanie rozkojarzenia, w jakim znajduję się od niewątpliwie długiego już czasu, jest to niewykle trudne, a wręcz niemożliwe. leżę więc ze wzrokiem wlepionym w okno połaciowe, myśli napływają chaotycznie. chyba szczęście jest jak naiwny chłopiec, który bierze w ramiona i znika wcześniej, niż się pojawił. za to nieszczęście jest jak dojrzały mężczyzna, który w zdrowiu i chorobie siedzi obok Twojego łóżka trzymając mocno Twoją dłoń.
"Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga - czas."
- Joseph Conrad
czwartek, 8 października 2009
36.
jesienne powietrze przenikające przez nozdrza pieszcząc umysł, czekoladowe cukierki, hey na głośnikach, deszcz stukający o parapet za oknem, rozmywający się promień światła latarni.
koniec czwartkowego dnia, obrazy z głowy, dogorywające słońce, jest przyjemnie nie ma co.
"Wierność jest pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu życiu jednolitość – w przeciwnym wypadku rozprysnęłoby się na tysiące chwilowych wrażeń jak na tysiąc szklanych odłamków."
- Milan Kundera
koniec czwartkowego dnia, obrazy z głowy, dogorywające słońce, jest przyjemnie nie ma co.
"Wierność jest pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu życiu jednolitość – w przeciwnym wypadku rozprysnęłoby się na tysiące chwilowych wrażeń jak na tysiąc szklanych odłamków."
- Milan Kundera
sobota, 26 września 2009
35.
mała niepogoda za oknem, chłodem czuć nawet na brzegu kubka po herbacie.
wychodzę z domu o 8:27, czuję się dziwnie przy tej temperaturze sunąc wilgotnymi chodnikami przyodzianą w krótki rękawek, dookoła ludzie w szalikach i ciepłych swetrach. spustoszenie w głowie, chaos, trening, spotkanie z Aleksandrą, obejrzany skazany na blues.
a to wszystko jest jak przepalające się żarówka, raz gaśnie, by znów przez ułamek chwili rozpromienić ciemność, jaką pozostawiła. w Twoich oczach nie widzę żadnego wyroku, są mętne. prawda w nich jest dobrze zakamuflowana, a może nazbyt trywialna.
życie jest sztampowe, jakieś lepkie, mdłe. marzy mi się. oj, marzy. wszystko, co widziałam w filmach, o czym donoszą mi strzępy rozmów okalające słuch w tramwajach i niebo, jeszcze bardziej szare niż wczoraj. przecież za dziesięć lat bardziej żałowała będę tego, czego nie zrobiłam niż tego, co zrobiłam. balsamuję moje porażki, znów wyrzucam tą samą ilość oczek na kostce do gry, gry losu.
gdzie ty, kurwa, jesteś? i kim ty, kurwa, jesteś?
"Smutek jest samowystarczalny: by odczuć jednak pełną wartość radości, musisz mieć kogoś, by się nią podzielić."
- Mark Twain
wychodzę z domu o 8:27, czuję się dziwnie przy tej temperaturze sunąc wilgotnymi chodnikami przyodzianą w krótki rękawek, dookoła ludzie w szalikach i ciepłych swetrach. spustoszenie w głowie, chaos, trening, spotkanie z Aleksandrą, obejrzany skazany na blues.
a to wszystko jest jak przepalające się żarówka, raz gaśnie, by znów przez ułamek chwili rozpromienić ciemność, jaką pozostawiła. w Twoich oczach nie widzę żadnego wyroku, są mętne. prawda w nich jest dobrze zakamuflowana, a może nazbyt trywialna.
życie jest sztampowe, jakieś lepkie, mdłe. marzy mi się. oj, marzy. wszystko, co widziałam w filmach, o czym donoszą mi strzępy rozmów okalające słuch w tramwajach i niebo, jeszcze bardziej szare niż wczoraj. przecież za dziesięć lat bardziej żałowała będę tego, czego nie zrobiłam niż tego, co zrobiłam. balsamuję moje porażki, znów wyrzucam tą samą ilość oczek na kostce do gry, gry losu.
gdzie ty, kurwa, jesteś? i kim ty, kurwa, jesteś?
"Smutek jest samowystarczalny: by odczuć jednak pełną wartość radości, musisz mieć kogoś, by się nią podzielić."
- Mark Twain
piątek, 25 września 2009
34.
ze strzępów nadziei przelawającej się przez sito paranoi parzę herbatę, najlepszą w świecie, sycę się jej zapachem, lekarstwem na wszystko, nawet na bezsenne noce.
chciałabym te wszystkie zgryzoty przykryć kocem koloru wiśniowego, cisnąć nim gdzieś na pole wypełnione po brzegi żonkilami, a potem napawać się wszystkim, co pozostało.
wracam do domu, snując się ulicami, sącząc wieczorne powietrze. to dziwne, ale zawsze, kiedy chcę trwać tak jak najdłużej, droga do domu skraca się, kiedy jednak jestem już spóźniona i jedyne o czym marzę to o filiżance gorącej czekolady, droga się wydłuża. chłód zza okna wdziera się do pokoju z pomarańczowymi ścianami, moja lampa naftowa jeszcze nigdy nie zapłonęła, właściwie nie wiem, dlaczego ciągle z tym zwlekam.
i ta ulica mnie drażni i cała ta szarzyzna dnia i nocy, to miasto, moja grzywka i to, że herbata się kończy.
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie."
- J.R.R Tolkien
chciałabym te wszystkie zgryzoty przykryć kocem koloru wiśniowego, cisnąć nim gdzieś na pole wypełnione po brzegi żonkilami, a potem napawać się wszystkim, co pozostało.
wracam do domu, snując się ulicami, sącząc wieczorne powietrze. to dziwne, ale zawsze, kiedy chcę trwać tak jak najdłużej, droga do domu skraca się, kiedy jednak jestem już spóźniona i jedyne o czym marzę to o filiżance gorącej czekolady, droga się wydłuża. chłód zza okna wdziera się do pokoju z pomarańczowymi ścianami, moja lampa naftowa jeszcze nigdy nie zapłonęła, właściwie nie wiem, dlaczego ciągle z tym zwlekam.
i ta ulica mnie drażni i cała ta szarzyzna dnia i nocy, to miasto, moja grzywka i to, że herbata się kończy.
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie."
- J.R.R Tolkien
czwartek, 24 września 2009
33.
któregoś dnia, ciśniesz mną głęboko na dno błękitnej szafki, zamkniesz mnie tam, bez powietrza, snów i kalendarza. wzbierać będą na mnie kłęby kurzu, coraz grubsze warstwy będą oplatały moje brązowo rude włosy.
kiedyś wyciągniesz mnie, opuszkami palców rozetrzesz zmęczenie na powiekach i muśniesz krwistoczerwone usta, rozkołyszesz mnie powoli nutami wspomnień, choć wewnętrzny niepokój wypali mi rzęsy to ślad krzyża twojego wzroku będzie najgłębiej.
głód koncertów, żelki przed komputerem, siedzę w niskim pomarańczowo czerwonym fotelu, a podniebienie uraczyłam dziś jeszcze fastfoodami.
przeznaczenie chciałabym utkać, przerabiać i naszywać, niczym krawiec w swoim zakładzie na poddaszu, poddaszu życia, gdzieś za regałami.
wulgarnie spłodzone dziś pachnie duchotą i znużeniem. mój mózg i ciało uśmiercają te wszystkie chwile by wskrzeszać je, by zmartwychwstawały, kiedy pragnę przyglądać się ich martwym ciałom. wtedy wstają, otrzepują się z ukruchów śmierci, jakimi są opruszone, przyglądają się niebu zasnutym gromadą ciemnych chmur, wtedy swoim zażenowaniem działają niczym młot pneumatyczny niszczący spektakularnie królestwo naiwności pod czaszką.
ta jesienna aura tylko potęguje moją tęsknote do kolorów, jabłek, uśmiechów, nabrzmiałych spojrzeń, ramion.
"Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci."
- Emil Cioran
kiedyś wyciągniesz mnie, opuszkami palców rozetrzesz zmęczenie na powiekach i muśniesz krwistoczerwone usta, rozkołyszesz mnie powoli nutami wspomnień, choć wewnętrzny niepokój wypali mi rzęsy to ślad krzyża twojego wzroku będzie najgłębiej.
głód koncertów, żelki przed komputerem, siedzę w niskim pomarańczowo czerwonym fotelu, a podniebienie uraczyłam dziś jeszcze fastfoodami.
przeznaczenie chciałabym utkać, przerabiać i naszywać, niczym krawiec w swoim zakładzie na poddaszu, poddaszu życia, gdzieś za regałami.
wulgarnie spłodzone dziś pachnie duchotą i znużeniem. mój mózg i ciało uśmiercają te wszystkie chwile by wskrzeszać je, by zmartwychwstawały, kiedy pragnę przyglądać się ich martwym ciałom. wtedy wstają, otrzepują się z ukruchów śmierci, jakimi są opruszone, przyglądają się niebu zasnutym gromadą ciemnych chmur, wtedy swoim zażenowaniem działają niczym młot pneumatyczny niszczący spektakularnie królestwo naiwności pod czaszką.
ta jesienna aura tylko potęguje moją tęsknote do kolorów, jabłek, uśmiechów, nabrzmiałych spojrzeń, ramion.
"Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci."
- Emil Cioran
środa, 23 września 2009
32.
żeby uciec z tego kraju, gdzieś daleko, położyć się wygodnie na leżaku napawając się wieczorem, analizując wszystkie pragnienia, możliwe do zrealizowania. schować się w muzyce przy poświacie gwiezdnego światła.
zaczęła się kalendarzowa jesień, chyba najlepsza z pór roku. na ulicach życie, ludzie zataczający się na chodnikach o porankach, kiedy ich powieki są jeszcze zlepione resztkami snu, z którego wyrwał ich dźwięk budzika, wszystko takie bezpłciowe, rzygotwórcze. jakby jakaś dziwna cisza wgniatała się między lewy a prawy przedsionek serca, miażdżąc przełyk, a także wybudzając ból głowy z krótkiej drzemki poobiedniej, cisza przed burzą, a może już po burzy. wrzaski wyobraźni przeplatanej z frustracją, które wzbierają we mnie tylko wewnętrzny bełkot.
nie mam na nic czasu, a kiedy już wyciągnę go trochę z kieszeni to zaczyna brakować mi ochoty i entuzjazmu do tego wszystkiego, no, przede wszystkim wytrwałości. nie posprzątam w łazience, i tak zaraz będzie brudna. nogi uginają mi się pod wspomnieniami wydłubanymi gdzieś z zagłębień pamięci, chyba one podtrzymują pracę serca, cały ten chaos.
"Jeśli jest we mnie ludzka dusza, tchnij ją w nową kukłę i baw się nią."
- Tadeusz Nalepa
zaczęła się kalendarzowa jesień, chyba najlepsza z pór roku. na ulicach życie, ludzie zataczający się na chodnikach o porankach, kiedy ich powieki są jeszcze zlepione resztkami snu, z którego wyrwał ich dźwięk budzika, wszystko takie bezpłciowe, rzygotwórcze. jakby jakaś dziwna cisza wgniatała się między lewy a prawy przedsionek serca, miażdżąc przełyk, a także wybudzając ból głowy z krótkiej drzemki poobiedniej, cisza przed burzą, a może już po burzy. wrzaski wyobraźni przeplatanej z frustracją, które wzbierają we mnie tylko wewnętrzny bełkot.
nie mam na nic czasu, a kiedy już wyciągnę go trochę z kieszeni to zaczyna brakować mi ochoty i entuzjazmu do tego wszystkiego, no, przede wszystkim wytrwałości. nie posprzątam w łazience, i tak zaraz będzie brudna. nogi uginają mi się pod wspomnieniami wydłubanymi gdzieś z zagłębień pamięci, chyba one podtrzymują pracę serca, cały ten chaos.
"Jeśli jest we mnie ludzka dusza, tchnij ją w nową kukłę i baw się nią."
- Tadeusz Nalepa
sobota, 19 września 2009
31.
bóle przeziębieniowe zaczynają milknąć. spotykam się z Aleksandrą, najlepszy scenariusz wrześniowej soboty. mijają godziny, jak zawsze, zostawiam za sobą wszystkie te zakręty z kwiatami we włosach. po tych godzinach odprowadzam ją na przystanek, czuję tylko zapach rozgniecionych mirabelek, które czynią schody granatowymi, w uszach szumi stairway to heaven.
mam na sobie kolor brązowy, popijam herbatę o smaku owoców leśnych, szóstą już dzisiaj, niebo za oknem jest różowo fioletowe, jak nigdy dotąd. słońce słania się na swoich chudych nóżkach, dzień dogasa. wieczór powoli przedziera się do mieszkania, nie zapalę żarówki, będę siedziała w półmroku, przecież nie lubię jasności. powieki stają się cieższe, tusz na nich zaczyna się kruszyć, źrenice jak u narkomana, to, co lubię w sobie najbardziej, właściwie, jedyne, co lubię.
w żyłach przelewa mi się jeszcze niepewność przeradzająca się w drżenie przed widokiem tych oczu i drażni mnie perspektywa najbliższych miesięcy, dobry dzień dzisiejszy.
zatrzymajmy się na chwile, by przeczytać ten skrawek dnia ubrany w słowa, banalnie, bez poczucia stylu, ot co!
"Kiedy już umrzesz, ustawiony jesteś do końca życia. "
- Jimi Hendrix
mam na sobie kolor brązowy, popijam herbatę o smaku owoców leśnych, szóstą już dzisiaj, niebo za oknem jest różowo fioletowe, jak nigdy dotąd. słońce słania się na swoich chudych nóżkach, dzień dogasa. wieczór powoli przedziera się do mieszkania, nie zapalę żarówki, będę siedziała w półmroku, przecież nie lubię jasności. powieki stają się cieższe, tusz na nich zaczyna się kruszyć, źrenice jak u narkomana, to, co lubię w sobie najbardziej, właściwie, jedyne, co lubię.
w żyłach przelewa mi się jeszcze niepewność przeradzająca się w drżenie przed widokiem tych oczu i drażni mnie perspektywa najbliższych miesięcy, dobry dzień dzisiejszy.
zatrzymajmy się na chwile, by przeczytać ten skrawek dnia ubrany w słowa, banalnie, bez poczucia stylu, ot co!
"Kiedy już umrzesz, ustawiony jesteś do końca życia. "
- Jimi Hendrix
środa, 16 września 2009
30.
kiedy wszystko zaczyna się nagle pieprzyć, kiedy wszelaka nadzieja staje się tylko narzędziem do wywiercania dziur w głowie, to nie pozostaje nic jak tylko siedzieć przed tym monitorem, patrząc co chwila na beztroskie owady, lgnące bezmyślnie do jego światła. być może oczekują od światła, czegoś, czego pragną, być może popycha je tam wrodzony instynkt, jednak przez całą tą wędrówkę giną, prędzej czy później, porażone prądem czy zgniecione ludzką ręką. chyba czasami jest tak też z nami. chyba cała nasza droga ku marzeniom, jest otoczona ich trupami. albo giniemy sami z rozczarowania, z żalu lub niespełnienia, albo ktoś nas rozgniata, najzwyczajniej w świecie.
proszę, spotkajmy się w przyszłym życiu, kiedy będziemy bezmyślnymi ćmami, pędzącymi do latarnianego światła o zmroku.
"Tajemniczy oksymoron oddechu: dmuchasz na zupę, by ją schłodzić, dmuchasz na ręce, by je ogrzać."
- Jonathan Carroll
proszę, spotkajmy się w przyszłym życiu, kiedy będziemy bezmyślnymi ćmami, pędzącymi do latarnianego światła o zmroku.
"Tajemniczy oksymoron oddechu: dmuchasz na zupę, by ją schłodzić, dmuchasz na ręce, by je ogrzać."
- Jonathan Carroll
niedziela, 13 września 2009
29.
nie potrafię znaleźć choćby jednego powodu dla którego jestem tutaj, dla którego żyję, jednak znam wiele powodów, by odejść stąd w jedną z płowiejących nocy otoczonych pewną enigmą. chyba narysowałam na piasku linię moich marzeń, przekonań, wiary, której nigdy nie miałam z nadzieją, że będzie tam trwała każdej nocy, każdego dnia i każdego snu, lecz chyba w tej chwili na morzu, zwanym moim życiem, pojawił się sztorm zmywając błyskawicznie ową linie z zapomnianego brzegu, pozostawiając piasek nienaruszonym, jak gdyby nigdy niczego w sobie nie krył.
zrzuciłam z siebie ciężar tajemnic, którego następstwa dodały do mojego życia ograniczenia, jakich wcześniej nie znałam. to chyba jest w nich najgorsze, nawet jeśli wydawało mi się, że nad nimi panuję, że mam nad nimi całkowitą kontrolę, to w końcu wyrwały się z objęć szeptów i milczenia, uświadamiając mi, że tak naprawdę nigdy nad nimi nie panowałam i nigdy nie będę w stanie.
ludzie potrzebują kilku rzeczy, by czuć, że żyją: miłości, wolności, seksu, kogoś bliskiego.. jak więc obudzić w sobie to poczucie, gdy nie posiada się żadnej z wyżej wymienionych?
chyba czuję się, jakbym stała w jednej z najciemniejszych ulic najciemniejszego miasta czując, że robi się coraz chłodniej, choć rumieńce na policzkach stają się coraz bardziej krwistoczerwone, patrząc na wijące się przed moim nieśmiałym wzrokiem kłęby mojego oddechu, gorącego wśród otaczającego mnie mrozu, w jej najciemniejszym zakamarku, w narożniku złudzeń, z którego nie ma odwrotu. życiem nie można kierować za pomocą pilota, przewijając i cofając każdy oddech, każde uderzenia serca w piersi, każdy krok postawiony na ziemie chaotycznie i bez zastanowienia. już zdąrzyło mi się znudzić to uczenie się na błędach.
"Łatwiej powiedzieć „nie” na początku, niż na końcu. "
- Leonardo da Vinci
zrzuciłam z siebie ciężar tajemnic, którego następstwa dodały do mojego życia ograniczenia, jakich wcześniej nie znałam. to chyba jest w nich najgorsze, nawet jeśli wydawało mi się, że nad nimi panuję, że mam nad nimi całkowitą kontrolę, to w końcu wyrwały się z objęć szeptów i milczenia, uświadamiając mi, że tak naprawdę nigdy nad nimi nie panowałam i nigdy nie będę w stanie.
ludzie potrzebują kilku rzeczy, by czuć, że żyją: miłości, wolności, seksu, kogoś bliskiego.. jak więc obudzić w sobie to poczucie, gdy nie posiada się żadnej z wyżej wymienionych?
chyba czuję się, jakbym stała w jednej z najciemniejszych ulic najciemniejszego miasta czując, że robi się coraz chłodniej, choć rumieńce na policzkach stają się coraz bardziej krwistoczerwone, patrząc na wijące się przed moim nieśmiałym wzrokiem kłęby mojego oddechu, gorącego wśród otaczającego mnie mrozu, w jej najciemniejszym zakamarku, w narożniku złudzeń, z którego nie ma odwrotu. życiem nie można kierować za pomocą pilota, przewijając i cofając każdy oddech, każde uderzenia serca w piersi, każdy krok postawiony na ziemie chaotycznie i bez zastanowienia. już zdąrzyło mi się znudzić to uczenie się na błędach.
"Łatwiej powiedzieć „nie” na początku, niż na końcu. "
- Leonardo da Vinci
środa, 9 września 2009
28.
jako jedna z młodych neurotyczek, zawsze wiedziałam, że prędzej czy później, moje życie wywróci się do góry nogami, że moja neurotyczność zacznie zabijać mnie samą, chyba przyszedł powoli, nie pukając do drzwi, lecz raczej przedzierając się przez cienkie kurtyny dobrych wspomnień otaczających moją pamięć, ten moment, w którym potrzebuję jakiegoś znaku, że coś się zmieni, że życie stanie się równie barwne jak szkła na kalejdoskopie, że przestanę żałować licznych rozterek, nadszedł czas, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie mam całej wieczności, żeby iść dalej.
chyba czas posiedzieć samej w ciemności, przy niebie, na którym widać małe przebłyski gwiezdnego światła, czuć zapach wieczoru, choć w ciemności rodzi się najczęśniej niepokój i strach przed każdą gałęzią lekko powiewającą przy konającym dniu, na świat przychodzi zwątpienie i melanholia, ta chęć wygnania z siebie wszystkich utrapień razem z łzami mieniącymi się błękitem, jednak odradza się też nadzieja.
"Milszy jest mi pantofelek od Ciebie Ty skurwysynie".
- Andrzej Bursa
chyba czas posiedzieć samej w ciemności, przy niebie, na którym widać małe przebłyski gwiezdnego światła, czuć zapach wieczoru, choć w ciemności rodzi się najczęśniej niepokój i strach przed każdą gałęzią lekko powiewającą przy konającym dniu, na świat przychodzi zwątpienie i melanholia, ta chęć wygnania z siebie wszystkich utrapień razem z łzami mieniącymi się błękitem, jednak odradza się też nadzieja.
"Milszy jest mi pantofelek od Ciebie Ty skurwysynie".
- Andrzej Bursa
środa, 2 września 2009
27.
miłość czasem jest jak śnieg,
co topnieje w ciepłej dłoni,
ale wtedy to już jest,
tylko odrobina wody..
zdjęcie stare, nawet bardzo, zresztą wiadomo, teraz nie zima. nie możemy jak narazie cieszyć oczu widokiem bieli, opadającego z nieba śniegu w brzasku poranka, kiedy powieki jeszcze kleją się do siebie niczym dwa magnesy.
prawda jest dobra, gdy siedzi pod stertą codzienności i milczy, gdy jednak zaczyna do nas docierać, wyrywając z naszych głów kłębki nadziei, zaczyna uwierać, tak, że chciałoby się ją niemal odrzucić, zakopać pod stertami trupów marzeń, żywcem.
kiedyś dojrzejemy, wszyscy, jak dziesiejszy deszcz, uderzymy w ziemię z wielkim łoskotem. inni, odmienieni, choć jednak tacy sami. będziemy kroplami, będziemy przeżywać to życie, tak jak one, powoli, markotnie spływać po szybie, jednak pozostawiąc po sobie długą smugę, ślad swojego istnienia, choć potem jakaś wielka dłoń go zetrze, zginiemy z przeświadczeniem, że nie zginęliśmy w całości omotawszy spojrzeniami przepełnionymi spełnieniem cały ten pieski świat.
tak, życie spłatało mi niespodziankę, z pozoru błacha sprawa kłuje niczym żołądek kurczący się z głodu. dokładnie, choć tym razem doświadczam głodu, który nie ma nic związanego z układem pokarmowym. głód doznań, głód życia, które nie jest tym wymarzonym, choć jedyne o czym marzę to by kiedyś móc stanąć z podniesioną głową, mokrą od kropel deszczu, szczęśliwą krzycząc, że niczego nie żałuję, niczego.
wtorek, 1 września 2009
26.

świat jest skomplikowany i zawikłany w pewną tajemnice, która go otacza, dochodzę do wniosku, gdy opróżniam swoją głowę z wczorajszych snów, po których w głowie pozostaje szarość. jak nagrobek.
siedzimy w parku, chyba właśnie ta przyjaźń jest jedną z niewielu rzeczy, które trzymają mnie w tym miejscu. tak więc słońce oblewa nasze rozanielone własną obecnością twarze, oblewa też liście drzew nadając im melonową barwę, wiatr rozwiewa wątpliwości, które spotengowały się we mnie w ostatnim czasie.
siedzę na uroczej ławeczce koloru kasztanowego i zastanawiam się: czym są sny? to nasze nieurzeczywistnione nadzieje? przepowiednie? karty z odpowiedziami do życia? wskazówki? odwrotność tego, co nastąpi? czy może to, co chcemy zobaczyć, to, czym chcemy cieszyć zmysły, tyle, że nie udaje nam się tego osiągnąć w realnym świecie? a może po prostu niczym?
są pytania, które pozostają pytaniami i nie ma przepisu na życie.
chyba wszyscy zmierzamy do nikąd. chyba za mało rozumiemy. chyba wszystko jest za bardzo zawiłe i poplątane jak kłębek nici lub słuchawki odruchowo wepchnięte do plecaka.
tak, chyba nic tu po mnie.
"Przestałem marzyć. Jak człowiek nie marzy - umiera. "
- Ryszard Riedel
siedzimy w parku, chyba właśnie ta przyjaźń jest jedną z niewielu rzeczy, które trzymają mnie w tym miejscu. tak więc słońce oblewa nasze rozanielone własną obecnością twarze, oblewa też liście drzew nadając im melonową barwę, wiatr rozwiewa wątpliwości, które spotengowały się we mnie w ostatnim czasie.
siedzę na uroczej ławeczce koloru kasztanowego i zastanawiam się: czym są sny? to nasze nieurzeczywistnione nadzieje? przepowiednie? karty z odpowiedziami do życia? wskazówki? odwrotność tego, co nastąpi? czy może to, co chcemy zobaczyć, to, czym chcemy cieszyć zmysły, tyle, że nie udaje nam się tego osiągnąć w realnym świecie? a może po prostu niczym?
są pytania, które pozostają pytaniami i nie ma przepisu na życie.
chyba wszyscy zmierzamy do nikąd. chyba za mało rozumiemy. chyba wszystko jest za bardzo zawiłe i poplątane jak kłębek nici lub słuchawki odruchowo wepchnięte do plecaka.
tak, chyba nic tu po mnie.
"Przestałem marzyć. Jak człowiek nie marzy - umiera. "
- Ryszard Riedel
niedziela, 30 sierpnia 2009
25.
wakacje zmierzają ku mecie. ostatnie dwa dni należałoby wykorzystać w pełni, postawić kropkę nad i. choć chyba wolę je spędzić z nimi, ciesząc się chwilami pędzącymi niczym pociągi przemierzające naszą ulubioną trasę. choć te chwile najlepiej smakują, kiedy myślisz, że nigdy się nie skończą. jednak się kończą, jak dnie, gdy noc przykrywa ich jasność jak gdyby nigdy nic, tak jak kończymy się my.
to zabawne, że wczorajszego wieczoru po raz siódmy obejrzałam ten sam film, po raz siódmy wniknęłam w niego, ciesząc się, płacząc i zastanawiając się nad każdym ruchem aktorów, jakbym widziała go po raz pierwszy.
to taki czas, ani wolność, ani ograniczenie, to czas, w którym trzeba przyzwyczaić się do zmian, jakie w najbliższym czasie na pewno nadejdą niosąc ze sobą bariery nie do przebicia czyniąc życie jeszcze bardziej zaprzątniętym, niż było do tej pory.
tak więc w pierwszym brzasku dnia, kiedy to przez okna wkrada się poświata nadchodzącego dnia, a pokój coraz bardziej jaśnieje dochodzę do wniosku, że ten zwój mięsa, kości, żył, tętnic i chrząstek, jakim jestem, musi przejrzeć po raz ostatni swój album ze wspomnieniami, dokonać ablucji umysłu.
cóż, z życiem jest jak z jedzeniem, najprościej mówiąc. czasem głodujemy, czasem bierzemy garściami, aż się pochorujemy od nadmiaru, a wtedy musimy wszystko wyrzygać, jak najdalej umiemy, żeby oczyścić się od wszystkiego, co nam zalegało na żołądku.
"Człowiek zawsze ma przesadne wyobrażenie o tym, czego nie zna."
- Albert Camus
to zabawne, że wczorajszego wieczoru po raz siódmy obejrzałam ten sam film, po raz siódmy wniknęłam w niego, ciesząc się, płacząc i zastanawiając się nad każdym ruchem aktorów, jakbym widziała go po raz pierwszy.
to taki czas, ani wolność, ani ograniczenie, to czas, w którym trzeba przyzwyczaić się do zmian, jakie w najbliższym czasie na pewno nadejdą niosąc ze sobą bariery nie do przebicia czyniąc życie jeszcze bardziej zaprzątniętym, niż było do tej pory.
tak więc w pierwszym brzasku dnia, kiedy to przez okna wkrada się poświata nadchodzącego dnia, a pokój coraz bardziej jaśnieje dochodzę do wniosku, że ten zwój mięsa, kości, żył, tętnic i chrząstek, jakim jestem, musi przejrzeć po raz ostatni swój album ze wspomnieniami, dokonać ablucji umysłu.
cóż, z życiem jest jak z jedzeniem, najprościej mówiąc. czasem głodujemy, czasem bierzemy garściami, aż się pochorujemy od nadmiaru, a wtedy musimy wszystko wyrzygać, jak najdalej umiemy, żeby oczyścić się od wszystkiego, co nam zalegało na żołądku.
"Człowiek zawsze ma przesadne wyobrażenie o tym, czego nie zna."
- Albert Camus
piątek, 28 sierpnia 2009
24.
nadal tkwię w tym mieście, piję sok pomarańczowy w wysokiej szklance, tej, którą lubię najbardziej.
siedzę przy oknie i myślę, to dziwne, bo myślenie zawsze przychodzi wtedy, kiedy nie jest potrzebne, wtedy, kiedy zatruwa nam umysł tworząc go przedsionkiem do królestwa melanholii i zwątpienia, które odwiedzamy często.
i pozostaje tylko widmo snów, szczeniackich snów, w których nie dosięga mnie fetor zapomnienia i wyobcowania, gdzie w każdym dostrzegam cząstkę siebie, a ta cała błękitna planeta staje się miejscem wartym wizyty. miejscem, do którego chcemy wracać, pokonywać trudności i wzbijać się ponad kulejące marzenia i świat fikcji oparty na migawkach szczęścia ujrzanych przypadkiem uciekając przed sobą samym pustymi ulicami próbując odnaleźć jakikolwiek sens naszego bytu, który jak narazie maskuje się zgrabnie lub może tylko zdaje się nam, że w ogóle takowy istnieje.
pragnę jeszcze zauważyć, że zamiast przeżywać to życie wolimy o nim opowiadać, gdybać i pisać scenariusze, obawiać się go i próbować je zamknąć w słoik, jakby było czymś materialnym, czymś, nad czym moglibyśmy panować, co trzymalibyśmy w naszych splamionych wyrzutami sumienia i błędami dłoniach.
tak, adrianno, chyba nie jesteś jedyną, której czasami zdarza się żałować.
"I'd rather be hated for who I am, than loved for who I am not."
/Lepiej żeby mnie nienawidzili takim, jaki jestem, niż kochali kogoś, kim nigdy nie będę./
- Kurt Cobain
siedzę przy oknie i myślę, to dziwne, bo myślenie zawsze przychodzi wtedy, kiedy nie jest potrzebne, wtedy, kiedy zatruwa nam umysł tworząc go przedsionkiem do królestwa melanholii i zwątpienia, które odwiedzamy często.
i pozostaje tylko widmo snów, szczeniackich snów, w których nie dosięga mnie fetor zapomnienia i wyobcowania, gdzie w każdym dostrzegam cząstkę siebie, a ta cała błękitna planeta staje się miejscem wartym wizyty. miejscem, do którego chcemy wracać, pokonywać trudności i wzbijać się ponad kulejące marzenia i świat fikcji oparty na migawkach szczęścia ujrzanych przypadkiem uciekając przed sobą samym pustymi ulicami próbując odnaleźć jakikolwiek sens naszego bytu, który jak narazie maskuje się zgrabnie lub może tylko zdaje się nam, że w ogóle takowy istnieje.
pragnę jeszcze zauważyć, że zamiast przeżywać to życie wolimy o nim opowiadać, gdybać i pisać scenariusze, obawiać się go i próbować je zamknąć w słoik, jakby było czymś materialnym, czymś, nad czym moglibyśmy panować, co trzymalibyśmy w naszych splamionych wyrzutami sumienia i błędami dłoniach.
tak, adrianno, chyba nie jesteś jedyną, której czasami zdarza się żałować.
"I'd rather be hated for who I am, than loved for who I am not."
/Lepiej żeby mnie nienawidzili takim, jaki jestem, niż kochali kogoś, kim nigdy nie będę./
- Kurt Cobain
środa, 26 sierpnia 2009
23.
wspaniały dzień, taki odciągający na te kilka godzin od trosk i zmartwień, uwieńczony nocą karmiącą nozdrza lekkim podmuchem wakacyjnego powietrza i zmęczeniem.
snując się ciemnymi ulicami oświetlonym światłem latarni, zerkając na gwieździste niebo i szukając w nim innego, niż było wczoraj. po omacku błądząc myślami w życie, które pozostawiłam za drzwiami domu, które jednak wymknęło się i przebiło osłonę mojej wyobraźni o jaką stałam się bogatsza przez te kilka chwil szczęścia. słuchając muzyki i sycąc się dziwnym pięknem godzin kresu wczorajszego dnia.
chociaż czasem dałabym wszystko, by pamięć, doświadczenia, uczucia, które mną miotają móc zamknąć jak zmęczone powieki i otworzyć razem ze wschodem słońca.
"Co pan robi?
- Czekam na siebie."
- Emil Cioran
snując się ciemnymi ulicami oświetlonym światłem latarni, zerkając na gwieździste niebo i szukając w nim innego, niż było wczoraj. po omacku błądząc myślami w życie, które pozostawiłam za drzwiami domu, które jednak wymknęło się i przebiło osłonę mojej wyobraźni o jaką stałam się bogatsza przez te kilka chwil szczęścia. słuchając muzyki i sycąc się dziwnym pięknem godzin kresu wczorajszego dnia.
chociaż czasem dałabym wszystko, by pamięć, doświadczenia, uczucia, które mną miotają móc zamknąć jak zmęczone powieki i otworzyć razem ze wschodem słońca.
"Co pan robi?
- Czekam na siebie."
- Emil Cioran
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
22.
przeszłość często do nas wraca, wtedy gdy w ogóle nie czekamy na nią przy drzwiach frontowych. gdy jednak chcemy się nią karmić, uciekać w wspomnienia, cieszyć się, że przeżyliśmy coś wspaniałego lub po prostu tęsknimy, to ona nie czeka na nas, nie puka do drzwi, później sami je otwieramy, choć itak nikt przez nie nie przechodzi. nasze oczy nie upajają się widokiem drugiej pary oczu, kwiatów czy pociągów, które stały się symbolem pewnej chwili, której wyczekiwaliśmy, która uleciała niczym para z gorącej herbaty, której nie mogliśmy wypić gdy była gorąca, by nie sparzyć sobie ust, którą wypiliśmy, gdy ostygła, a potem możemy jedynie patrzeć na pustą szklankę, na której pozostał osad i ślad naszych warg.
bo im bardziej upijemy się szczęściem, tym więcej chcemy go, by zatuszować tęsknote za tym, które minęło.
"Przeznaczenie oddaje kobietę pierwszemu. Przypadek - najlepszemu. Wybór - pierwszemu lepszemu."
- Karl Kraus
bo im bardziej upijemy się szczęściem, tym więcej chcemy go, by zatuszować tęsknote za tym, które minęło.
"Przeznaczenie oddaje kobietę pierwszemu. Przypadek - najlepszemu. Wybór - pierwszemu lepszemu."
- Karl Kraus
piątek, 21 sierpnia 2009
21.
życie bywa gorzkim, jednak te dni mijały zabójczo szybko czyniąc czas nieobecnym, niezauważanym przechodniem.
uciekły w mgnieniu oka, choć początkowo otaczał je swąd rozczarowania, który to chciał ten czas przyspieszyć by móc powrócić do tego, co pozostawiliśmy, do naszej jednostajności napawającej zgiełki poranków i bezsenne noce.
chyba przez odpoczynek od nocy udręczonych kąsającymi wyrzutami sumienia czuję się akuratnie, ale zarazem pusto. czuję pustkę wynikającą z dostrzerzenia błędów, a może bojaźni zwanej samotnością, która nie potrafi znaleźć ujścia by wyciec z mojego ciała jak najdalej stąd pozostawiając wszystko co sukcesywnie zatruwała nienaruszonym lub mocniejszym.
chyba dostrzegam swoją niedojrzałość i chyba wiem, że to ona najbardziej mataczy całe to nieprzeżyte jak narazie życie.
"Szczęście nie jest przecież stanem wiecznym. Zresztą też i nie okresowym. Szczęście to po prostu taki skurcz serca, którego doznaje się czasami, kiedy człowieka przepełnia taka radość, że wprost trudno ją znieść. Znika równie szybko jak się pojawia. I nie ma go, dopóki nie nadejdzie znowu, by sprawić, że człowiek uzna życie za najwspanialszy dar."
- Margit Sandemo
uciekły w mgnieniu oka, choć początkowo otaczał je swąd rozczarowania, który to chciał ten czas przyspieszyć by móc powrócić do tego, co pozostawiliśmy, do naszej jednostajności napawającej zgiełki poranków i bezsenne noce.
chyba przez odpoczynek od nocy udręczonych kąsającymi wyrzutami sumienia czuję się akuratnie, ale zarazem pusto. czuję pustkę wynikającą z dostrzerzenia błędów, a może bojaźni zwanej samotnością, która nie potrafi znaleźć ujścia by wyciec z mojego ciała jak najdalej stąd pozostawiając wszystko co sukcesywnie zatruwała nienaruszonym lub mocniejszym.
chyba dostrzegam swoją niedojrzałość i chyba wiem, że to ona najbardziej mataczy całe to nieprzeżyte jak narazie życie.
"Szczęście nie jest przecież stanem wiecznym. Zresztą też i nie okresowym. Szczęście to po prostu taki skurcz serca, którego doznaje się czasami, kiedy człowieka przepełnia taka radość, że wprost trudno ją znieść. Znika równie szybko jak się pojawia. I nie ma go, dopóki nie nadejdzie znowu, by sprawić, że człowiek uzna życie za najwspanialszy dar."
- Margit Sandemo
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
20.
ostatnie godziny przed wyjazdem. na prawie dwa tygodnie oderwę się od mętnej duszy tego miasta, chyba właściwie jej braku, od nieznajomych twarzy oświetlanych jasnymi promieniami słońca pomniejszących źrenice, tym samym uwidaczniając różnorakie barwy ich oczu mijanych w upalne dni i miejsc, które kryją w sobie jedną z wielu historii, które chciałoby się zniszczyć w swej pamięci, wygryźć ten kawałek czasu, który zatruła. na te kilkanaście dni nie zerkać codziennie rano na ten sam skrawek świata przed oknem wzrokiem kryjącym się za mgłą jeszcze nierozbudzonych zmysłów i pamięci.
na pewno te dni spędzę z nią, tą, która zawsze ma przy sobie jakąś radę, tą, która w ospałym umyśle zapala iskrę nadziei, która to przeradza się niejednokrotnie w ogień, który wypala czasem głębokie dziury nienasycenia, a czasem pozostaje tylko wypalenisko, popiół niezrealizowanych marzeń, które zdążyły się znudzić zanim ujrzały światło dzienne, do których droga w połowie lub może wcześniej bądź później przerwała niczym nić pajęcza.
właściwie mam nadzieję, że te dni zostaną uwieńczone zapomnieniem o codziennych zagwostkach, o nadziejach i marzeniach, które przynoszą więcej szkód niż korzyści, o jakich czytamy w rozmaitych powieśniach i jakich od nich oczekujemy.
"Kiedy zamyka się oczy do snu, dusza zwija się w ciele jak kłębek, pozostawione samemu sobie ciało sprawdza, czy jeszcze istnieje. Wzbudza w sobie wspomnienia, bo każdy wykonany kiedyś gest, każde doznanie zostało przez nie zapamiętane. Ciało ma pamięć absolutną, jego wspomnienia przepadają tylko wtedy, gdy ciało ginie."
- Olga Tokarczuk
na pewno te dni spędzę z nią, tą, która zawsze ma przy sobie jakąś radę, tą, która w ospałym umyśle zapala iskrę nadziei, która to przeradza się niejednokrotnie w ogień, który wypala czasem głębokie dziury nienasycenia, a czasem pozostaje tylko wypalenisko, popiół niezrealizowanych marzeń, które zdążyły się znudzić zanim ujrzały światło dzienne, do których droga w połowie lub może wcześniej bądź później przerwała niczym nić pajęcza.
właściwie mam nadzieję, że te dni zostaną uwieńczone zapomnieniem o codziennych zagwostkach, o nadziejach i marzeniach, które przynoszą więcej szkód niż korzyści, o jakich czytamy w rozmaitych powieśniach i jakich od nich oczekujemy.
"Kiedy zamyka się oczy do snu, dusza zwija się w ciele jak kłębek, pozostawione samemu sobie ciało sprawdza, czy jeszcze istnieje. Wzbudza w sobie wspomnienia, bo każdy wykonany kiedyś gest, każde doznanie zostało przez nie zapamiętane. Ciało ma pamięć absolutną, jego wspomnienia przepadają tylko wtedy, gdy ciało ginie."
- Olga Tokarczuk
środa, 5 sierpnia 2009
19.
najwyraźniej trzeba przywyknąć do tych dni, do nastrojów falujących niczym rtęć, do obłoków przypominających najrozmaitsze szaleństwa moich nadziei, a także do dziwnego uczucia trawiącego człowieka od środka, na które lekarstwem może być tylko kojący balsam łatwowierności, popychający do wiary we wszystko, co przewiduje dla niego dobry scenariusz.
zdarzają się tygodnie, w których optymizm osacza mnie ze wszystkich stron, zamyka się przed niepokojami, nie dając im nawet krzty udziału w moim życiu, jednak potem przychodzą te tygodnie, w których choruję od wspomnień, od nieurzeczywistnionych, pogrzebanych przed laty nadziei, kiedy to, naprawdę mam ochotę pokonać i opuścić ten labirynt splątanych połączeń, zwanych życiem, rzucając tylko kpiącymi spojrzeniami na cały ten świat kocich łbów, w którym dostrzegam tylko brzydotę, lecz wierząc, że jest jeszcze na nim miejsce, gdzie najpiękniejsze zachody słońca jeszcze nie wyblakły, a spokojne, ciemne nocy nie obumarły razem z porankiem pozostawiąc po sobie tylko senne wspomnienie miejsca, do którego chcemy wracać zawsze, zmierzchu zalegających pod gruzami codziennego życia marzeń.
" - Źle pan wygląda - zawyrokował.
- Niestrawność - odparłem.
- Co panu zaszkodziło?
- Życie."
- Carlos Ruiz Zafon
zdarzają się tygodnie, w których optymizm osacza mnie ze wszystkich stron, zamyka się przed niepokojami, nie dając im nawet krzty udziału w moim życiu, jednak potem przychodzą te tygodnie, w których choruję od wspomnień, od nieurzeczywistnionych, pogrzebanych przed laty nadziei, kiedy to, naprawdę mam ochotę pokonać i opuścić ten labirynt splątanych połączeń, zwanych życiem, rzucając tylko kpiącymi spojrzeniami na cały ten świat kocich łbów, w którym dostrzegam tylko brzydotę, lecz wierząc, że jest jeszcze na nim miejsce, gdzie najpiękniejsze zachody słońca jeszcze nie wyblakły, a spokojne, ciemne nocy nie obumarły razem z porankiem pozostawiąc po sobie tylko senne wspomnienie miejsca, do którego chcemy wracać zawsze, zmierzchu zalegających pod gruzami codziennego życia marzeń.
" - Źle pan wygląda - zawyrokował.
- Niestrawność - odparłem.
- Co panu zaszkodziło?
- Życie."
- Carlos Ruiz Zafon
sobota, 1 sierpnia 2009
18.
czas się dłuży jak tania guma do żucia. dnie spędzone na słuchaniu muzyki, unosząc wzrok w niebo i zapominając o obecności wszystkich znajdujących się w pobliżu. chyba trzeba uwierzyć w kłamstwa przyjaciół, kłamstwa rodzące się być może z troski, uwierzyć w nie, by móc pogodzić się z rzeczywistością, która nie odzwierciedla tej wymarzonej, którą opisują coraz to gorsi prozaicy i poeci. chociaż może nie udaje się jej osiągnąć poprzez uważanie jej za nieosiągalną? może strach przed rzuceniem wszystkich przekonań i zwyczajów, strach przed wyjściem na głupca jeszcze bardziej oddala marzenia od urzeczywistnienia się? może dlatego stoimy w miejscu, jakby z niedowładem kończyn, przeklinając cały świat i obarczając wszystkich innych o wyrywanie nam szczęścia z rąk, szczęścia po które nawet nie próbowaliśmy sięgnąć.
później topiąc się w wyrzutach sumienia, że nie zrobiliśmy wszystkiego by uczynić nasze życie takim, jakim chcielibyśmy by było.
pomimo dostrzegania faktów, po wyciągnięciu wniosków niełatwo jest wdrożyć je w swoje życie, właśnie z obawy, właśnie trwoniąc być może najlepsze chwile, którym nie pozwoliliśmy się narodzić, być może zaprzepaszczając największe nadzieje, które tylko czekają by stać się częścią naszego codziennego życia, siedzą w poczekalni przed którą sami zamykamy drzwi.
"- Dlaczego wszyscy tutaj są tak szczęśliwi, a ja nie?
- Dlatego, że nauczyli się widzieć dobro i piękno wszędzie - odrzekł Mistrz.
- Dlaczego więc ja nie widzę wszędzie dobra i piękna?
- Dlatego, że nie możesz widzieć na zewnątrz siebie tego, czego nie widzisz w sobie."
- Anthony de Mello
później topiąc się w wyrzutach sumienia, że nie zrobiliśmy wszystkiego by uczynić nasze życie takim, jakim chcielibyśmy by było.
pomimo dostrzegania faktów, po wyciągnięciu wniosków niełatwo jest wdrożyć je w swoje życie, właśnie z obawy, właśnie trwoniąc być może najlepsze chwile, którym nie pozwoliliśmy się narodzić, być może zaprzepaszczając największe nadzieje, które tylko czekają by stać się częścią naszego codziennego życia, siedzą w poczekalni przed którą sami zamykamy drzwi.
"- Dlaczego wszyscy tutaj są tak szczęśliwi, a ja nie?
- Dlatego, że nauczyli się widzieć dobro i piękno wszędzie - odrzekł Mistrz.
- Dlaczego więc ja nie widzę wszędzie dobra i piękna?
- Dlatego, że nie możesz widzieć na zewnątrz siebie tego, czego nie widzisz w sobie."
- Anthony de Mello
czwartek, 30 lipca 2009
18.

dopadła mnie chandra, choć uciekałam i chowałam się przed nią w ciemnych zakamarkach białych ulic oświetlanych promieniami słonecznymi, których tak bardzo nie znoszę, choć odgradzałam się od niej na wszystkie możliwe sposoby, okrywałam całunem nadziei, który miał ją zdusić swoim ciężarem, była zwinniejsza i dobrze zakamuflowana pod pięknem zachodów słońca. nie ma co zbierać rozsypanych chwili z życia, tworząc układankę wzlotów. i chyba nigdzie nie czujesz się tak samotnie, jak późnym wieczorem przeklinając minione dnie i pławiąc się w obawach na następne i chyba nawet na fotografiach już nie rozpoznaję siebie.
I will light the match this morning
So I won't be alone
Watch as she lies silent
For soon that will be gone
Oh, I will stand arms outstretched
Pretend I'm free to roam
Oh, I will make my way throught
One more day in hell...
How much difference does it make?
I will hold the candle
Til it burns up my arm
Oh, I'll keep takin' punches
Until their will grows tired
Oh, I will stare the sun down
Until my eyes go blind
I won't change direction
And I won't change my mind
How much difference does it make?
I'll swallow poison
Until I grow immune
I will scream my lungs out
Til it fills this room
How much difference does it make?
wtorek, 28 lipca 2009
17.
w sumie, jak zawsze. koncert świetny. pokoncertowy bieg z parasolem śpiewając 'wieże radości, wieże samotności' sztywnego pala azji po gdyńskim śródmieściu, jedna z chwil, których się nie zapomina, jedna z tych które przywołuje się, by choć na chwile powrócić do siebie nawzajem, kiedy życie itak odpycha w różne strony, czasem mimo woli, czasem przez zaniedbanie.
i tak oto kolejne dni dobiegają ku końcowi, przybliżając nieubłagalnie schyłek tej pory roku, która co jak co, ale wcale siebie nie przypomina.
znowu moje myślenie dzielone jest przez dwa. jedno patrzy racjonalnie i osądza, że wszystko, o czym marzę, nie ma najmniejszego sensu, a raczej, że nigdy się nie urzeczywistni. drugie patrzy z nadzieją, która zakrywa racjonalne osądy pierwszego. mętlik w głowie, mętlik, kurwa, mętlik.
"Płyń z wiatrem w plecy i twarzą do słońca. Na falach losu, tańcząc z gwiazdami."
/Blow./
i tak oto kolejne dni dobiegają ku końcowi, przybliżając nieubłagalnie schyłek tej pory roku, która co jak co, ale wcale siebie nie przypomina.
znowu moje myślenie dzielone jest przez dwa. jedno patrzy racjonalnie i osądza, że wszystko, o czym marzę, nie ma najmniejszego sensu, a raczej, że nigdy się nie urzeczywistni. drugie patrzy z nadzieją, która zakrywa racjonalne osądy pierwszego. mętlik w głowie, mętlik, kurwa, mętlik.
"Płyń z wiatrem w plecy i twarzą do słońca. Na falach losu, tańcząc z gwiazdami."
/Blow./
czwartek, 23 lipca 2009
16.
generalnie wyczękuję poniedziałkowego koncertu driftera, boruty i dry. pogoda lubi się ostatnimi czasy zmieniać co chwila. raz słońce praży i przyprawia mnie o ból głowy, a to znów nocą spać nie dają błyskawice i grzmoty zza okien.
zaczynam coraz bardziej wdrażać się w moje hedonistyczne podejście do życia, robiąc tylko to, co lubię. swoją drogą bywa to męczące, ale warte późniejszego odpokutowania.
zaczynam coraz bardziej wdrażać się w moje hedonistyczne podejście do życia, robiąc tylko to, co lubię. swoją drogą bywa to męczące, ale warte późniejszego odpokutowania.
zachód słońca nieopodal malborka, 13.07.2009.
ta fotografia została dobrana by ukazać wielką głębię przekazu moich emocji związanych z sympatią do tego miejsca i mętliku w głowie, jaki zazwyczaj pojawia się, gdy oczom ukazują się podobne cudy natury. choć rzecz jasna wiem, że fotograf ze mnie marny. zachód słońca to początek pytań.
"Szczęśliwym jest ten, kto przy zachodzie słońca cieszy się wschodzącymi gwiazdami." - Adalbert Ludwig Bolling
poniedziałek, 20 lipca 2009
15.
uwielbiam tą gdynie. poza koncertami, uroczymi deptakami, piętrowymi autobusami oferuje także chłopców do zakochiwania.
mogło być jak w filmie, mogło. w sumie jeden z najlepszych dni w te wakacje, nie ma co. ponad sześć godzin spędzonych razem, jak zwykle, uciekło w mgnieniu oka. bo przecież mam tylko Ciebie, małą przystań wśród raf. mam tylko Ciebie, prezent od gwiazd.
i choć Aleksandra wyglądała jak turystka, która za kilka minut ma wylecieć do Barcelony, to jednak była bardzo tamtejsza. i miło było leżeć na trawniku w samych środku gdyni obarczoną spojrzeniami przechodniów.
właściwie jakoś to polepszyło moje samopoczucie i zatuszowało inne smutki tego życia, które zazwyczaj wprowadzały w poczucie przybicia, jakby leżało na mnie trzydzieści ton żwiru. może życie nie jest takie złe. może wystarczy więcej się uśmiechać i uważniej szukać? i przede wszystkim doceniać to, co się ma, a raczej, KOGO.
"Najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód twego smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość."
- Giovanni Melchior Bosco
mogło być jak w filmie, mogło. w sumie jeden z najlepszych dni w te wakacje, nie ma co. ponad sześć godzin spędzonych razem, jak zwykle, uciekło w mgnieniu oka. bo przecież mam tylko Ciebie, małą przystań wśród raf. mam tylko Ciebie, prezent od gwiazd.
i choć Aleksandra wyglądała jak turystka, która za kilka minut ma wylecieć do Barcelony, to jednak była bardzo tamtejsza. i miło było leżeć na trawniku w samych środku gdyni obarczoną spojrzeniami przechodniów.
właściwie jakoś to polepszyło moje samopoczucie i zatuszowało inne smutki tego życia, które zazwyczaj wprowadzały w poczucie przybicia, jakby leżało na mnie trzydzieści ton żwiru. może życie nie jest takie złe. może wystarczy więcej się uśmiechać i uważniej szukać? i przede wszystkim doceniać to, co się ma, a raczej, KOGO.
"Najlepszym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód twego smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość."
- Giovanni Melchior Bosco
piątek, 17 lipca 2009
14.
ten tydzień spędziłam w malborku, odpoczywając od tego miasta, tych spalin, tych twarzy, autobusów i ogólnie od wszystkiego. rozmyślając i beztrosko oddychając równocześnie.
we wtorek pojechałam do elbląga z Martyną i Beatą, gdzie - nie licząc jednego epizodu nad rzeką, który mógł się skończyć bardzo źle - było świetnie. nie czułam nawet zmęczenia kończyn po 6 godzinach nieustannego spacerowania i jedzenia lodów. miło było na chwilę się oderwać od wszystkiego i kroczyć ulicami obcego dla nas miasta z uśmiechami na twarzach.
w tym czasie w gdańsku rozpoczęła się feta, być może jakieś koncerty wpadną do kalendarza w najbliższe dni. niedługo nieszczęsny obóz sportowy, na który ni trochę nie mam ochoty wyjeżdżać.
wróćmy do początku lutego tego roku, do piewszego tygodnia ferii i utknijmy w nim na zawsze w tych ulicach opruszonych białym śniegiem, do porannych treningów, do przesiadywania w kinie kameralnym, do poranków spędzonych w tramwajach z książką i śniegu topniejącego w rękawiczkach.
"Niedawna twoja nadzieja - to był sen pijany, z którego budzisz się z ziemistą twarzą."
Nie znam autora, gdyż powyższy cytat znalazłam na ścianach tunelu pod ulicą okopową w gdańsku.
we wtorek pojechałam do elbląga z Martyną i Beatą, gdzie - nie licząc jednego epizodu nad rzeką, który mógł się skończyć bardzo źle - było świetnie. nie czułam nawet zmęczenia kończyn po 6 godzinach nieustannego spacerowania i jedzenia lodów. miło było na chwilę się oderwać od wszystkiego i kroczyć ulicami obcego dla nas miasta z uśmiechami na twarzach.
w tym czasie w gdańsku rozpoczęła się feta, być może jakieś koncerty wpadną do kalendarza w najbliższe dni. niedługo nieszczęsny obóz sportowy, na który ni trochę nie mam ochoty wyjeżdżać.
wróćmy do początku lutego tego roku, do piewszego tygodnia ferii i utknijmy w nim na zawsze w tych ulicach opruszonych białym śniegiem, do porannych treningów, do przesiadywania w kinie kameralnym, do poranków spędzonych w tramwajach z książką i śniegu topniejącego w rękawiczkach.
"Niedawna twoja nadzieja - to był sen pijany, z którego budzisz się z ziemistą twarzą."
Nie znam autora, gdyż powyższy cytat znalazłam na ścianach tunelu pod ulicą okopową w gdańsku.
sobota, 11 lipca 2009
13.
Szatan nie śpi
z byle kim
udane koncertowanie w uchu, nie ma co. dziś kolejny, jutro także.
wakacje zaczynają mi się podobać, chociaż tak smętnie się rozpoczęły. wszystko sobie poukładałam i po raz pierwszy cieszę się, że coś w moim życiu się nie udało, że skończyło się, nim się zaczęło. kto się waha, traci, choć tyle słyszeliśmy filozofów nawołujących do nietwornienia czasu, możemy potem zwalać winę naszej porażki na to, że ktoś nas uprzedził. musimy uczyć się na własnych błędach, gmatwać sprawy, miotać się w mokrych pościelach, musimy przeżyć własne życie, uczyć się jego na własnych pomyłkach miast na słowach innych. musimy wiedzieć, że najgorsza pomyłka, najbardziej upokarzający błąd w życiu jest lepszy od nie podjęcia jakiej kowiek próby. bo życie nie jest życiem bez świadomości, że żyję.
"Każdy może tworzyć byle co i ma prawo być z tego zadowolonym, byle by nie był w swej pracy szczerym i znalazł kogoś, który równie kłamliwie będzie to podziwiał. "
- Stanisław Ignacy Witkiewicz
czwartek, 9 lipca 2009
12.
czasem wracam w myślach do tych chwil, kiedy czas nie pędził tak nieubłaganie, niczego po sobie nie pozostawiając, kiedy wszystko dookoła nie wywoływało u mnie wewnętrznej złości, która potem chcąc się rozładować znajdowała ujście w najmniej odpowiednim momencie i na najmniej odpowiedniej osobie, pieprząc raz po raz wszystko, na czym mi zależało, co w jakiś tam sposób uwielbiałam.
dopiero po tych wszystkich latach, które przeżyłam miast je przespać, widzę jak to marnotrastwo czasu uczyniło mnie bogatszą o tych kilka głów.
still in gdańsk, nie chcę tu być, wszędzie, tylko nie tu, ale co poradzić?
" Czy jestem ateistą? Bóg jeden raczy wiedzieć. "
- Stanisław Jerzy Lec
dopiero po tych wszystkich latach, które przeżyłam miast je przespać, widzę jak to marnotrastwo czasu uczyniło mnie bogatszą o tych kilka głów.
still in gdańsk, nie chcę tu być, wszędzie, tylko nie tu, ale co poradzić?
" Czy jestem ateistą? Bóg jeden raczy wiedzieć. "
- Stanisław Jerzy Lec
poniedziałek, 6 lipca 2009
11.
zawsze z każdej nowej sytuacji, w której się znalazłam, wyciągałam wnioski, tworzyłam czarne scenariusze, po to, by kiedy się pomylę i wszystko się ułoży, ja będę czuła się zachwycona i najszczęśliwsza, jeśli jednak nie będę się myliła to kolejne rozczarowanie, kolejna porażka uderzą we mnie z mniejszą siłą a ich następstwa nie przewrócą mi życia o 360 stopni.
wyczekuję piątkowego i być może sobotniego koncertu, małego odstępstwa od przeciętności, kolejnego małego sensu, choć ciągle dryfujemy w bezsensie..
to wszystko czego chcę, muzyki i pociągów pędzących między polami żółto-czerwonych tulipanów i kropli deszczu osadzonych na ich liściach, błyszczących w świetle dnia.
"Pamiętam każdą wspólnie spędzoną chwilę. A w każdej było coś wspaniałego. Nie potrafię wybrać żadnej z nich i powiedzieć: ta znaczyła więcej niż pozostałe."
- Nicholas Sparks
wyczekuję piątkowego i być może sobotniego koncertu, małego odstępstwa od przeciętności, kolejnego małego sensu, choć ciągle dryfujemy w bezsensie..
to wszystko czego chcę, muzyki i pociągów pędzących między polami żółto-czerwonych tulipanów i kropli deszczu osadzonych na ich liściach, błyszczących w świetle dnia.
"Pamiętam każdą wspólnie spędzoną chwilę. A w każdej było coś wspaniałego. Nie potrafię wybrać żadnej z nich i powiedzieć: ta znaczyła więcej niż pozostałe."
- Nicholas Sparks
środa, 1 lipca 2009
10.
odwołany koncert lao che, którego wyczekiwałam od hohoho dawna wprowadził w nastrój, który idealnie odzwierciedliła pogoda w godzinach popołudniowych. kolejny mały sens życia pogrzebany, nim w ogóle się rozpoczął.
kiedyś żyłam w krainie bajek, księżniczek i królewiczy na białych koniach, leżałam w łóżku, zasypiałam i całkowicie w to wierzyłam. w końcu dorosłam i większość bajek znikła, od tak, strzask prask, pstryk i nie ma. zamieniłam je na ludzi, którym zaufałam, na muzykę, poezję, choć nie do końca z nich zrezygnowałam. teraz zamiast wróżki zębowej czy śpiącej królewny na wyciągnięcie ręki znajduje się "żyli długo i szczęśliwie", choć nie w zamku, to we własnych mieszkaniach. pod koniec każdego dnia pojawia się nadzieja, właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam, by rzeczywistość tylko nieco różniła się od tych dziecinnie prostych baśni, od które jeszcze siedzą we mnie głęboko, zawinięte pod stertami jednolitości dni.
"Dobre chwile dzisiejszego dnia są smutnymi wspomnieniami jutra."
- Bob Marley
kiedyś żyłam w krainie bajek, księżniczek i królewiczy na białych koniach, leżałam w łóżku, zasypiałam i całkowicie w to wierzyłam. w końcu dorosłam i większość bajek znikła, od tak, strzask prask, pstryk i nie ma. zamieniłam je na ludzi, którym zaufałam, na muzykę, poezję, choć nie do końca z nich zrezygnowałam. teraz zamiast wróżki zębowej czy śpiącej królewny na wyciągnięcie ręki znajduje się "żyli długo i szczęśliwie", choć nie w zamku, to we własnych mieszkaniach. pod koniec każdego dnia pojawia się nadzieja, właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam, by rzeczywistość tylko nieco różniła się od tych dziecinnie prostych baśni, od które jeszcze siedzą we mnie głęboko, zawinięte pod stertami jednolitości dni.
"Dobre chwile dzisiejszego dnia są smutnymi wspomnieniami jutra."
- Bob Marley
wtorek, 30 czerwca 2009
9.
biało-czerwone autobusy rozdzierają gorący asfalt, wakacje pachną monotonią, bezczynnością i pławieniu się w urojonych wymysłach wyobraźni, które bądź co bądź o stokroć polepszają samopoczucie, jeśli tylko choć trochę się w nie uwierzy. i choć błądzi się w nich w górę i w dół to itak okazuje się, że znajdujemy się w punkcie wyjścia, że nasze położenie nie uległo zmianie. życie jest krótkie i mija szybko, szczególnie lata, dni, minuty, które warto przeżyć, pozostawiając nam mało czasu na to, by rozradować swoje serca na całe życie. te same pytania, ten sam niedosyt, te same wątpliwości w oczekiwaniu na poranek, bo wschód słońca to zachód pytań.
"Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw."
- Phil Bosmans
"Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw."
- Phil Bosmans
piątek, 19 czerwca 2009
8.
koniec roku szkolnego zawitał, niestety. po raz pierwszy czuję niedosyt, smutek, jakąś tęsknotę za nimi wszystkimi, którzy samą swoją obecnością umilili mi te 10 miesięcy, niezwykle krótkich, ale wspaniałych, nie ma co.
pozostaję wyczekiwać, nowego dnia, nowej przygody, jakiejś odmiany, choć codzień budzimy się z tymi samymi myślami, tymi samymi pytaniami, które muszą nimi pozostać aż do końca. z poczuciem braku czegoś, czego się nie zaznało, poszukując nie wiedzieć czego, ale wiedząc, czego się nie poszukuje.
dlatego wciąż kręcimy się w kółko, słuchając tych samych melodii przed snem, wierząc w irracjonalne wymysły naszych wyobraźni, umierając razem z powolnie konającymi czerwcowymi dniami.
"Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie jak go wskrzesić."
- Albert Einstein
pozostaję wyczekiwać, nowego dnia, nowej przygody, jakiejś odmiany, choć codzień budzimy się z tymi samymi myślami, tymi samymi pytaniami, które muszą nimi pozostać aż do końca. z poczuciem braku czegoś, czego się nie zaznało, poszukując nie wiedzieć czego, ale wiedząc, czego się nie poszukuje.
dlatego wciąż kręcimy się w kółko, słuchając tych samych melodii przed snem, wierząc w irracjonalne wymysły naszych wyobraźni, umierając razem z powolnie konającymi czerwcowymi dniami.
"Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie jak go wskrzesić."
- Albert Einstein
środa, 17 czerwca 2009
7.
ostatnie godziny przed wakacjami, poczucie jakbym miała zginąć jutro z przekonaniem, iż nie przeżyłam niczego, co warte byłoby przeżycia. tyle sprzecznych myśli, gestów, tyle spraw do zapomnienia. czas wzbić się ponad swoją małą, bierną, monotonną egzystencję, odnaleźć sens, którego do tej pory nie udało się zauważyć, choć i bez niego coraz bardziej czuję jak bardzo chcę nadal oddychać, wstawać codzień w brzasku dnia, przecierać oczy i spoglądać na świat pogrążony w nienasyceniu, a przede wszystkim pamiętać.
choć jestem tylko scenografią, stojąc czy biegnąc, nieistotne.
od zawsze wątpiłam i wątpienie stało się moją religią. topię się w wymiocinach własnego życia z przyklejonym uśmiechem, czuję, czegoś tu brakuje.
"Siedziała jak osoba czekająca na kogoś, kto może lada chwila nadejść. Siedziała smutna jak ktoś, kto czeka na tę chwilę od dawna, od samego urodzenia albo i wcześniej; być może nawet wcześniej niż od dnia narodzin oczekiwanej osoby."
- Gabriel García Márquez
choć jestem tylko scenografią, stojąc czy biegnąc, nieistotne.
od zawsze wątpiłam i wątpienie stało się moją religią. topię się w wymiocinach własnego życia z przyklejonym uśmiechem, czuję, czegoś tu brakuje.
"Siedziała jak osoba czekająca na kogoś, kto może lada chwila nadejść. Siedziała smutna jak ktoś, kto czeka na tę chwilę od dawna, od samego urodzenia albo i wcześniej; być może nawet wcześniej niż od dnia narodzin oczekiwanej osoby."
- Gabriel García Márquez
wtorek, 16 czerwca 2009
6.
co czuć, kiedy nie ma się tego, czym wszyscy wokół zostali obdażeni w nadmiarze? poczucie, że czegoś mi brakuje wypełnia po brzegi, od stóp, przez dekold aż po rzęsy.
chciałabym by zmieniło się wszystko, jednocześnie bojąc się wszystkiego, co mogłoby zagrozić jakiejś tam stabilizacji, którą poniekąd udało mi się osiągnąć.
idę, ludzie wokół śmieją się i tańczą, autobusy się spóźniają, małe prześwity lata, wszystko jak zawsze. mimo wszystko, wszystko okej. i czasami mój egocentryzm popycha mnie do pewności, że oni wszyscy powinni solidaryzować się ze mną, z człowiekiem który czuje się podle i zbanktutował duchowo.
potem sama zaczynam się śmiać, zanurzać się po uszy w motonnej egzystencji, udając, że zapominam, kim jestem, a właściwie, kim wydaje mi się, że jestem.
odnaleźć swój zahir, stać się dla niego tym samym. tylko tyle.
"Rozłąka osłabia mierne uczucie, a wzmaga wielkie, jak wiatr gasi świecę, a rozpala ogień."
- François de La Rochefoucauld
chciałabym by zmieniło się wszystko, jednocześnie bojąc się wszystkiego, co mogłoby zagrozić jakiejś tam stabilizacji, którą poniekąd udało mi się osiągnąć.
idę, ludzie wokół śmieją się i tańczą, autobusy się spóźniają, małe prześwity lata, wszystko jak zawsze. mimo wszystko, wszystko okej. i czasami mój egocentryzm popycha mnie do pewności, że oni wszyscy powinni solidaryzować się ze mną, z człowiekiem który czuje się podle i zbanktutował duchowo.
potem sama zaczynam się śmiać, zanurzać się po uszy w motonnej egzystencji, udając, że zapominam, kim jestem, a właściwie, kim wydaje mi się, że jestem.
odnaleźć swój zahir, stać się dla niego tym samym. tylko tyle.
"Rozłąka osłabia mierne uczucie, a wzmaga wielkie, jak wiatr gasi świecę, a rozpala ogień."
- François de La Rochefoucauld
niedziela, 14 czerwca 2009
5.
zawitał kawałek lata, który nieodzwierciedla ni trochę mojego nastroju.
tak, życie bywa zabójcze. coraz starsza i coraz bardziej niedorosła jestem.
rozpoczął się okres chandry, letniej nudy i wszystkiego, co z bezczynnością jest związane.
właśnie dopijam malinową herbatę, przypominając sobie, że jest za wcześnie lub za późno o godzinę lub o wieczność na wejście do tego świata. wyobrażam sobie jego,wysiadającego z pociągu, który siada obok mnie i nic nie mówiąc patrzy mi w oczy i łapie za rękę.
przez wszystkie godziny pławienia się w oniryźmie zdąrzyłam prawie uwierzyć w historię, którą stworzyłam, w pamiętnik wspomnienia, którego nigdy nie było. choć dociera do mnie, że to wszystko jedna wielka imaginacja, to wciąż brnę w nią głębiej i głębiej i miło odtrącam od siebie rzeczywistość padającą z prześwitów między ulicami.
cieszymy się wolnością, która oznacza to, że każdy wie wszystko o wszystkich. pozostaje tylko walczyć mi z wrogością środowiska, które mnie otacza, ulec, zginąć lub wdrożyć się w nią.
im piękniejszy i szczęśliwszy jest świat dookoła mnie, tym podlej się czuję.
"Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas."
- Fryderyk Nietzche
tak, życie bywa zabójcze. coraz starsza i coraz bardziej niedorosła jestem.
rozpoczął się okres chandry, letniej nudy i wszystkiego, co z bezczynnością jest związane.
właśnie dopijam malinową herbatę, przypominając sobie, że jest za wcześnie lub za późno o godzinę lub o wieczność na wejście do tego świata. wyobrażam sobie jego,wysiadającego z pociągu, który siada obok mnie i nic nie mówiąc patrzy mi w oczy i łapie za rękę.
przez wszystkie godziny pławienia się w oniryźmie zdąrzyłam prawie uwierzyć w historię, którą stworzyłam, w pamiętnik wspomnienia, którego nigdy nie było. choć dociera do mnie, że to wszystko jedna wielka imaginacja, to wciąż brnę w nią głębiej i głębiej i miło odtrącam od siebie rzeczywistość padającą z prześwitów między ulicami.
cieszymy się wolnością, która oznacza to, że każdy wie wszystko o wszystkich. pozostaje tylko walczyć mi z wrogością środowiska, które mnie otacza, ulec, zginąć lub wdrożyć się w nią.
im piękniejszy i szczęśliwszy jest świat dookoła mnie, tym podlej się czuję.
"Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas."
- Fryderyk Nietzche
piątek, 5 czerwca 2009
4.
koncertowy tydzień, koncertowy. wczorajszy koncert z okazji 20 rocznicy upadku komunizmu był jednym z najsłabszych jakie widziałam, a trochę tego widziałam, jak na młodą rzabę.
podoznawałam sobie czegoś, zamarzłam niemalże, przez cały koncert stałam przy pieczonych kiełbaskach, gdyż było tam o niebo cieplej i zjadłam darmowego chleba z grilla i nabawiłam się jakiejś choroby przez którą nie przespałam kolejnej nocy.
dzisiaj kolejny, oby lepszy!
pogoda się psuje, piękna jesień tego lata!
niebo szkarłatnieje co chwila, słońce świeci, by mogło po chwili zgasnąć. dni powoli konają, a ich agonia bywa przyjemną. szybko ucieka czas. życie, kurwa, życie.
"Życie bywa zabójcze jak czerniak złośliwy. Szczęście przyjmuje różne odcienie błękitu. Jedne są śmiertelne, inne nie. Po odchorowaniu szczęścia potrzebny jest czas na rekonwalescencję - niekiedy całe życie."
- Jonathan Carroll
podoznawałam sobie czegoś, zamarzłam niemalże, przez cały koncert stałam przy pieczonych kiełbaskach, gdyż było tam o niebo cieplej i zjadłam darmowego chleba z grilla i nabawiłam się jakiejś choroby przez którą nie przespałam kolejnej nocy.
dzisiaj kolejny, oby lepszy!
pogoda się psuje, piękna jesień tego lata!
niebo szkarłatnieje co chwila, słońce świeci, by mogło po chwili zgasnąć. dni powoli konają, a ich agonia bywa przyjemną. szybko ucieka czas. życie, kurwa, życie.
"Życie bywa zabójcze jak czerniak złośliwy. Szczęście przyjmuje różne odcienie błękitu. Jedne są śmiertelne, inne nie. Po odchorowaniu szczęścia potrzebny jest czas na rekonwalescencję - niekiedy całe życie."
- Jonathan Carroll
wtorek, 2 czerwca 2009
3.
mimo wszystkiego, jest dobrze, nawet bardzo. koncertowanie udane. pomimo obolałych kończyn, zdartego nieco głosu koncertowanie jest grzechu warte.
zaczynam sama siebie układać. nadzieja zagłusza wewnętrzną gorycz i zamyka się przed realiami nieco.
nie mam ochoty bardziej obnażać się przed tą internetową społecznością.
"Powiedz mi, że się boisz, uwierzę, że jesteś."
- Rafał Wojaczek
zaczynam sama siebie układać. nadzieja zagłusza wewnętrzną gorycz i zamyka się przed realiami nieco.
nie mam ochoty bardziej obnażać się przed tą internetową społecznością.
"Powiedz mi, że się boisz, uwierzę, że jesteś."
- Rafał Wojaczek
sobota, 30 maja 2009
2.
ogólnie chyba nadszedł czas na okres back to black, przeciętności i monotonii, aczkolwiek bardzo wygodnej i wyjątkowo przyjemnej, nie ma co.
coraz więcej czytuję cytatów odnosząc większość w jakiś tam sposób do poszczególnych sytuacji ze swojego obrabowanego życia. coraz więcej pochłaniam słodyczy, coraz więcej przesłuchuję piosenek lao che i coraz więcej się śmieje. i chyba wszystko zeszło na dalszy plan. i chyba czuję się pociesznie i może powoli zaczynam się zakochiwać.
ale nie ma co uprzedzać faktów, to wiem. uczmy się powoli. odpocznijmy, zaczekajmy, nie przywiązujmy się do nadziei. chyba czegoś się nauczyłam.
"Czasami wydaje się nam, że ludzie są loteryjnymi losami: że znajdują się obok nas, aby urzeczywistnić nasze absurdalne nadzieje."
- Carlos Ruiz Zafon
coraz więcej czytuję cytatów odnosząc większość w jakiś tam sposób do poszczególnych sytuacji ze swojego obrabowanego życia. coraz więcej pochłaniam słodyczy, coraz więcej przesłuchuję piosenek lao che i coraz więcej się śmieje. i chyba wszystko zeszło na dalszy plan. i chyba czuję się pociesznie i może powoli zaczynam się zakochiwać.
ale nie ma co uprzedzać faktów, to wiem. uczmy się powoli. odpocznijmy, zaczekajmy, nie przywiązujmy się do nadziei. chyba czegoś się nauczyłam.
"Czasami wydaje się nam, że ludzie są loteryjnymi losami: że znajdują się obok nas, aby urzeczywistnić nasze absurdalne nadzieje."
- Carlos Ruiz Zafon
czwartek, 28 maja 2009
1.
zaczyna pachnieć wakacjami. pogoda jest zmienna, więc porankami, popołudniami idę ulicami deszczowego lub upalnego gdańska, którego nienawidzę wręcz, pławiąc się w swojej biernej, chaotycznej egzystencji przepełnionej oniryzmem.
wieczorami leżąc w pozycji embrionalnej w swoim łóżku i z muzyką, przeklinając lub pragnąc zapomnieć o minionym dniu i marząc sobie o trzydziestu czekoladach spadających z nieba. tylko dla mnie. tylko.
no ale, do wszystkiego daleko, ale nie śpieszmy się, poczekajmy pijąc gorącą czekoladę i topiąc smutki w herbacie. chociaż to wszystko jest marudne, chandryczne i rzygotwórcze.
wieczorami leżąc w pozycji embrionalnej w swoim łóżku i z muzyką, przeklinając lub pragnąc zapomnieć o minionym dniu i marząc sobie o trzydziestu czekoladach spadających z nieba. tylko dla mnie. tylko.
no ale, do wszystkiego daleko, ale nie śpieszmy się, poczekajmy pijąc gorącą czekoladę i topiąc smutki w herbacie. chociaż to wszystko jest marudne, chandryczne i rzygotwórcze.
rozmyślania w autobusach mogą mi nie wyjść na zdrowie?
"To, że na dachu leży śnieg, nie znaczy, że w kominku nie płonie ogień."
- Jonathan Carroll
- Jonathan Carroll
Subskrybuj:
Posty (Atom)
