niedziela, 29 listopada 2009

65.

wczoraj zachwycam się gdynią i ckod'em przede wszystkim. przypominam sobie pierwszy koncert w uchu, sierpniowe tegoroczne dnie spędzone w okolicach kamiennej góry i po omacku błądzeniu ulicą smaganą wieczorem i czasem.
dzisiaj wyzerowuję swój entuzjazm chłostana zmęczeniem i obolałym ciałem. wlepiam wzrok w kołnierz blaknącego nieba i spoglądam mimowolnie na zegarek, wącham jak ulatnia się czas przy jednej piosence obłapiającej mój słuch od samego rana.

ponuruję. przytulajcie mnie co chwila.

"Szczęśliwe zakończenie to luksus na jaki może pozwolić sobie fikcja."
- Trudi Canavan

sobota, 28 listopada 2009

64.

namacalnie na huśtawce doznaję wniebowstąpienia z Aleksandrą, klasycznie piątkowo, wspólnie.
przemarzam i przeszywa mnie jesień. strumienie deszczu tańczą pod światłem lampy na ulicy.

teraz słyszę pośniadaniową ciszę, efekt cudownego wyspania się.
o dłoniach. o pociągu. zapamiętałam sen przelewający mi się dzisiejszej nocy.

wyczekuję szesnastej, by znowu zapominać na kilka godzin wtłaczając do swojej głowy muzykę i chmury papierosowego dymu, potykając się o plastikowe kubki po piwie.

zawsze chciałam zachować wszystkie myśli, w kalejdoskopie życia. mimowolnie wyparowywały, by powracać wskrzeszone cichością spojrzeń przecinając mnie w skroś niczym pijany skurwysyn nożem tnący powietrze.
opluj mnie krzykiem, bym już nie musiała milczeć.

piątek, 27 listopada 2009

63.

w poduszce szukam nieistniejących ramion. przygryzam sobie wargę i oglądam jak napełnia się krwistością.
ze zniechęceniem sypiam. jestem rozstrojoną struną okrytą kurzem. jestem przekleństwem, jakie rzucam co dzień rano przyglądając się swojej twarzy w lustrze otumanionej porankiem i ze snem zalegającym pod powiekami.

przymarzam do ulicy idealnie zaniedbując poczucie czasu. moje zatracanie nadziei na cokolwiek jest procesem bardzo złożonym i marudnym. czuję, że niedługo przyjdzie czas, kiedy zacznie trawić mnie poczucie winy, że mogłam zrobić więcej, że mogłam narodzić się kimś innym. czuję, że spali mi rzęsy i pozostawi przekrwione oczy, czerwienią tworzące obrazy w mojej głowie.
w tramwaju pustki czuję w powietrzu i wzrok wlepiam w szybę zimną oddechem jesieni z zewnątrz.

nie uzbroiłam się w uśmiech na specjalną okazję, nie zaparzyłam ulubionej herbaty, nie zapamiętałam snu.

dziś mam ochotę umrzeć. nic więcej.

czwartek, 26 listopada 2009

62.

nieobfitość dni drapie mnie pod skórą. od dawna niczyje szczęście tak bardzo mnie nie ucieszyło, angeliko. fragmenty ulicy ocierają mi się o sny. łaszą się łagodnie i ponętnie z kocim wzrokiem i sierść zostawiają na poduszce lekko zniekształconej kształtem mojej głowy. smętnie rozpływa mi się dzisiaj. pod powiekami drażni mnie wyrwana rzęsa pomalowana tęsknotą.

/opowiedz mi bajkę, konkubinacie szatana.
opowiedz mi bajkę, o nocy rozrywanej wrzaskiem szarości.
opowiedz mi bajkę, o nocy schowanej między palcami mimowolnie ulatniającej się.
o kolorowych myślach i żonkilach wyrastających na moich oczach w przebłysku dnia.
opowiedz mi historię zapatrzoną w twoje oczy. leniwie wypływających z krainy oniryzmu.
o tańcu niepewnych spojrzeń w blasku żarówki powolnie blaknącej, owiniętej kłębami naszych oddechów. o dwóch dłoniach i zielonym autobusie. o ósmym dniu tygodnia. miejscu dla przegranych z duszy strzępem. miejscem drugiej szansy.

brakuje mi.
a jutro jeszcze nie istnieje.

środa, 25 listopada 2009

61.

jakoś długo dzisiaj wynurzał się dzień z pod osłony nocy, półmroku i półciszy.
dzisiaj jestem czternastoletnim jezusem upadającym po trzykroć pod ciężarem krzyża twojego wzroku.

kobieta w tramwaju pozostawia na poręczy zapach papierosa, który spływa jej po palcach. nonszalancki pomruk rzeczywistości. mam zaróżowione policzki, smagane wiatrem w czasie niemrawej drogi do domu. usta mnie pieką, od nieużywania i braku pomadki. noc wdziera mi się zza okiennego nieba, rozlewa mi się po podłodze, ściany ochładza i mój wzrok chaotycznie figlujący z zegarkiem. ulubioną herbatą raczę podniebienie i kurewsko nic nie odczuwam.
wtulam się w poezję. sypiam na siedząco. radośnie bywa. tylko.
szukam kropel z deszczowego snu, ciepła, roztrwonionego czasu z nadzieją, że znajdę go gdzieś przyczajonego tuż za rogiem cnotliwej ulicy z latarnią, ramion.

pozdrawiam z pomrukiem pocałunku złożonego na bladym policzku, z mojej golgoty.

"Nie kochasz mnie. Nie znasz mnie. Kochasz kogoś kim myślisz, że jestem. Gdybyś znał mnie, nie kochałbyś mnie. I nie próbuj udawać, że mnie znasz, ponieważ nawet ja siebie nie znam. "
- Eddie Vedder

wtorek, 24 listopada 2009

60.

deszcz wlewa się powoli w szpary ulicy. na powiekach mam jego dwie krople, a na głowie fryzurę pod lata pięćdziesiąte. mam na sobie kolor brązowy i jesienna jestem. dzień chowa mi się w kąt jasnego pokoju, wypełnionego cichym pomrukiem żarówki. duszno i mdło mam pod skórą, a na ramionach pył nieużywania. lubieżne myśli przylepione mam do siebie, myśli o ucieczce do miejsca, które nazwałabym niesamowitym i przelewałabym je potem w sobie, razem z krwią.

jestem problemem - tylko aż - bo milczenie obłapiam w jego szalonym locie i o słowa się potykam. pod językiem chowam prawdę, rozpryskującą się na miliony, miliardy kawałeczków, chaotycznie i niepewnie. nie po drodze Ci, by wysnuć je z pod ciężaru półcichości.

zrób coś, bo nie chcę już wstawać o drugiej nad ranem ze strachem i kurewską czerwienią przyklejoną do powiek, bo ten dzień zgniótł mnie subtelnie i sen mnie rozrywa i naprzykrza się.

to wszystko jest trudne, nie chcę już czekać.

poniedziałek, 23 listopada 2009

59.

dziś jestem siedemdziesięcioletnią kobietą w szarym wełnianym swetrze wydzierganym przez życie. mam poszarpane myśli i szare nitki wplątane we włosy, ukrywam siatkę zmarszczek pod grubą warstwą makijażu, ze starej szafy wyciągam album ze wspomnieniami i łagodnym ruchem zniszczonych dłoni rozcieram powłokę kurzu, która zdążyła doszczętnie go okryć przez te wszystkie lata niepamięci.
siadam przy świecy i przeglądam go, być może po raz ostatni i czuję woń bezsilności, jaka przeszywa mi skronie na myśl o gestach i słowach, których nie zdąrzyliśmy sobie powiedzieć. wypijam herbatę o smaku rozgoryczenia, której smak próbuję zmienić dodając do niej kilkanaście łyżeczek cukru. moje paznokcie splamione zaniedbaniem są połamane i zamalowane na bordowo, by ukryć białe smugi od natrętnego wyładowywania na nich swojej złości i zażenowania. powieki nabrzmiałe słonymi łzami, których posmaku nie chciałam znać. w końcu napiera echo dawnych lat forsując osłonę ciszy, w jaką uzbroiłam się depcząc wszystkie retrospekcje nękające mnie przed snem i budząc we mnie chorobę, od której uciekałam. wgryza mi się gdzieś w czaszkę, przenika do krwi przetaczającej się w żyłach, swoim odorem wybudzając ze śmierci nadzieję, która szybko ustępuje miejsca wrzawie wyrzutów sumienia topiących moje ostatnie oddechy niczym wosk z dawno rozpalonego znicza.

to choroba śmiertelna, w każdej chwili może nastąpić jej gwałtowny nawrót, wybudzający ze snu obrazy z przeszłości, a fakt bycia nią dotkniętą oszpeca mój uśmiech i hedonizm tętniący do tej pory w każdym skrawku mojego ciała.

"Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia."
- Stanisław Jerzy Lec

niedziela, 22 listopada 2009

58.

lubię wczoraj. oglądam film w kinie kameralnym. to tak, jakbyśmy zrobiły wycieczkę w czasie i przeniosły się do poprzedniego wieku, wygodnie usadowione w starych, skrzypiących fotelach.
później prosto i klasycznie przesiaduję w parku z aleksandrą, aż dopadnie nas wieczór.

"- Rozmowy ludzi to jest taki McDonald's.
Szybko zjeść i nie stać za długo w kolejce.
- Dokładnie. Ludzie myślą, że się najedli a zeżarli jakieś gówno.
Myślą, że porozmawiali, a pieprzyli głupoty. "

potykam się o słowa krocząc po brzegu kubka wypełnionego twoim zapachem. niepewnymi pociągnięciami maluję rzęsy i niezdarnie pozbawiam się porcji mojej grzywki.
moja twarz jest równie blada, co ściana w piwnicy, a usta równie czerwone jak krew przelewająca się w żyłach.
nie widzę. nie chcę. nie czuję. zieleni wyglądam ze spektakularnym jękiem kurczących się źrenic napastowanych przez światło. obłapia mnie, mimo wszystko, nie-marudny humor złowiony w dniu wczorajszym i soboty wyczekuję.

piątek, 20 listopada 2009

57.

piątek beznamiętny aż do popołudnia. zaspany i znów noc nieprzespana, rozrywany sen przez rozmaite szaleństwa mojej podświadomości.

rozpływam się we wspomnieniach, kiedy miałyśmy po dzięsięć lat, przywołuję je do siebie i rozpryskuję na tysiące kawałeczków dzisiejszego dnia. stare miasto, sajgonka, przemoczone buty. cały ten piątek połknęłam niczym środek na ból i czuję się pociesznie. i zmęczenie powoli zaczyna zalegać pod powiekami.

jutro znów majstrujemy w dobrym nastroju. na sobotnią perspektywę doznaję skurczów na twarzy i uśmiech sam się wyzwala. podziękowania dla cudownej panny De z wielkimi oczętami, tak cudownie wyciskającymi radoście tych godzin.

czwartek, 19 listopada 2009

56.

Nieskończenie beztroska
gdzieś na kresach
doby
tak zasnęłam - nareszcie
nie w Twoim śnie, lecz
w swoim!


miotają mi się myśli koszmarne pod powiekami i nie śpię tej nocy. łagodnie wsmarowywuję w siebie balsam podejrzliwości i ciepła kaloryfera, które cudownie pieści zmarznięte ciało.

kawałek siebie mam, w kieszeni czarnych spodni i pod czarnym trampkiem, powoli przeistaczający się w ciecz, leniwie wypływającą z pod krat twojego rozmemłania i źrenic.

kroję czas, na wskroś, ulicę przecinam na pół i zamykam się w niej, jako nastoletnia kurwa zgwałcona trzepotem twoich rzęs.

prócz perspektywy najbliższego czasu malującego się jękiem podręcznika do historii, pociesznie umalowane dziś się wałęsa gdzieś we mnie. milknie we mnie rozszarpanie.
godzina szesnasta, a zmrok okala już ulicę, światło z najcześciej objawianej oczom latarni obija się już o parapet i tworzy swoisty zakamarek izolatki od udręk wczorajszych. ból głowy roztrzaskany o znudzenie i zapowiedź snu.

tak bardzo przespać chcę jutro, zakamuflować się pod osłoną szarości poranka, rozpłynąć się w jego mgle opływającej moje ulubione zaułki trwania pod tym imieniem.

- Wiedz: po to do krwi w dziąsłach
gryząc pióro
piszę
ten list, by smutną nagość
zakryć
choć takim listkiem

środa, 18 listopada 2009

55.

wysoka szklanka jest wypełniona ulubioną herbatą o poranku.

dotykam się w okolicach klatki piersiowej i czuję jak serce przestaje bić, gdy pomyślę o tych wszystkich samotnych brzaskach i wieczorach, w które wplątuje mi się ta tęsknota do uśmiechów, ramion.

pół-ciche markotnie i chłodno pachnące dziś. z Aleksandrą przesiaduję w ulubionym miejscu w tym mieście o ulubionej porze roku. czerwona szminka na ustach i ziąb niosący ze sobą całe czternaście lat i dziewięć miesięcy, w których chorowałam od wspomnień. bo ze wspomnieniami jest tak, że wychodzą na ciało i egzystują sobie, jak pasożyty.

potrzeba mi trochę.
trochę zapomnienia, uścisku, zapachu i bluesa, bo czuję, że jestem chłodna, niepoukładana i rozrywana przez sępy twojego wzroku i milczenia, które przed snem puka nieustannie w moje powieki. nie-rzeczywiście osądzam ten błękit i gubię się znowu za rogiem twojego spojrzenia.

wyspałam się dzisiaj, choć śniłam co nieco.



- przyszedłeś się ze mnie śmiać, czy do mnie uśmiechać? odpowiedz.
- tak przyszedłem. nudno tu, nie? widziałem cię wczoraj jak przyjechałaś na oddział.
- widzisz tutaj kółko?
- no nie, bo zamazałaś.
- bo to było wczoraj. i nie ma. jest tylko dziś. lubisz dziś?
- znaczy, chodzi ci czy dziś jest okej?
- musisz lubić dziś, to dziś ciebie polubi. a o wczoraj zapomnij, to ono zapomni o tobie.
- niezłe, a o jutrze też coś masz?
- o jutrze nie wolno. ono nie jest nasze. o świcie do każdego przyjeżdża wóz i przywozi mu jego jutro. ale wcześniej nie wolno tego dotknąć, bo nie wiadomo, czy będzie twoje. a teraz co widzisz? - kwiatek.
- czyli co to jest? naprawdę nie wiesz?
- no nie..
- to jest nasze spotkanie. wiedziałam że do mnie przyjdziesz i narysowałam kółko. jakbyś się ze mnie śmiał albo byś mnie uderzył, to bym je po prostu zamazała.

poniedziałek, 16 listopada 2009

54.

mam dosyć ogółu, ulic, spojrzeń, mojej chandry, siebie i tej pustości, w którą się wlewam.

spełzam łóżka, ze zlepionymi powiekami i drżeniem całego ciała i zmierzam do upragnionej łazienki, by światło żarówki, którą co dzień zapalam mogło zwęzić mi źrenice objawiając zieloną, kocio podobną barwę moich oczu, która jeszcze bardziej zyskuje na wyrazistości poprzez żółtawe światło, w którym się gubi.
kiedy już za oknami zarysowuje się poranek, naświetlając kontury otaczających ulicę budynków, okrytych całunem mgły, ospale wynurzam nos z drzwi frontowych, jadę pachnącym zmęczeniem i natłokiem ludzi tramwajem. turlam się nieco w szkole, choć w stanie rozmemłania i chandrorzygotwórczego nastroju, skupiam się na niemiłosiernie krążących mi między marzeniami myśli, zawiłych i splątanych niczym sieć pajęcza, która tylko czeka, by okryć sobą naiwną ofiarę.
rozmywam się co dzień w mętnym świetle wieczoru, choć na chwilę dostrzegając małe przebłyski radości w ciągu całego dnia sączącego się z samotności i izolacji na własne życzenie.
ten sam schemat, ten sam chodnik i to same, coraz częstsze, poszukiwanie pary oczu i zapachu, który niesie za sobą obietnice słodkiego zapomnienia i ramion, do których coraz mocniej tęsknie.

bawcie się dobrze.

niedziela, 15 listopada 2009

53.

w dniu wczorajszym uporządkowałam jesienny chaos przed domem, chowając go do plastikowych siatek, następnie na tramwaj pędziłam, oczekując widoku Aleksandry.

ulice wieczorami rozkrwawiają mi poczucie bycia, niebo cuchnie szarzyzną i szybkim zgonem. gubię sierść przywiązania, leżę w łóżku w pozycji embrionalnej napastowana przez bóle wykluwającego się we mnie przeziębienia. twarz mam bladą, a rumieńce jeszcze bardziej wyraziste, niż zwykle. wzrok, choć nieudolny, wlepiony w strony biografii Kurta Cobaina, do której wreszcie udało mi się przykleić.

rozmemłanie niedzielne, otumanione zmysły i wewnętrzne poszarpanie.

piątek, 13 listopada 2009

52.

w markotnie zerkającym, przeziębionym życiu siedzę.
możesz sobie wyobrazić całe ciało pokryte białym puchem, herbatę z wódką jedną dla mnie na rozluźnienie, dwie dla Ciebie na odwagę w małym domu, gdzieś pomiędzy stanami świadomości, myśli samoistnie wirujących nam nad głową, wiosną za to pole żonkili okalające każdy skrawek naszej utopii zza okna, latem wieczory i noce spędzone na pomostach, jesienią zabawy w stertach pożółkłych liści.
obrazy z głowy, senne obrazy, które to u schyłku dnia tworzę, po czym zostawiam je same, kiedy to same żyją, nieokiełznane.

na 'marinę' mam ochotę, okładka wzbudza we mnie tylko apetyt na jej zawartość.
nadchodzi drzemka jesienna - zniknę, po cichu. zabobony wczesuję w rozmemłane piątko-trzynastkowe myśli, oczy mam opuchnięte, z rana od niedospania, wieczorami od łkania nad owym przeklętym dniem.
nie fałszywych spojrzeń i udawanej troski i epizodycznych przyjaciół mi potrzeba, a bluesa, ulicy pełnej półcichości i półmroku i poezji ulubionej.

czwartek, 12 listopada 2009

51.

odrywam głowę od poduszki, z wielkim trudem i itak o półgodziny za późno. ubieram moją brązową koszulę, włosy spinam, jak zawsze, bez namysłu. wciskam nogawki do butów, zabieram swój parasol i wchodzę w leniwie rozpoczynający się kolejno dwunasty dzień tego miesiąca.

kołatam się przez sześć godzin w szkole. koncetracja ucieka przez okno, razem ze wzrokiem skierowanym na konary drzew, chodniki i wszystko niezwiązane z tym, czym powinnam się zająć.

biegnę na autobus, wsiadam zdyszana, zajmuję moje ulubione miejsce tyłem do kierunku jazdy i przy oknie, 'to nieistotne z perspektywy absolutu' słucham.

rotuję pomiędzy monotonią a splinem, który niewątpliwie pochłania mnie w coraz większych kawałkach, coraz mniej mnie pozostawiając.
wszystko, co było, już było.
jakieś fatum trzymam na karku, od całej ten konfuzji tracę nawet na wadze.

nie czuję tego dnia, chowam się przed nim pod swetrem jej wzroku i uścisku.

"Dlaczego wciąż nie przeczuwamy, że będą słowa, których nie zdążymy sobie powiedzieć?"
- Malwina Kowszewicz

środa, 11 listopada 2009

50.

patrzę łzawo, by być w twoim życiu na te wszystkie ulice, tramwaje nie nadjeżdżające o czasie, półnagie marzenia schowane pod cienkim prześcieradłem listopada.
palcem dotykam spękanych warg, przykrywam całą prawdę z nich zebraną pod szarymi rękawiczkami.

i znowu rozmydlam się w rozczarowaniach i ludziach, którzy są ich przyczyną. popołudniami zawijam w kłębek to wszystko i ciskam gdzieś z nadzieją, że nigdy ich nie odnajdę. w półcichości wieczoru tułam się ulicą oświetloną mglistym pomrukiem latarnii, czuję kroplę zimna na zamkniętych powiekach.

herbatę piję, błądzę wzrokiem po cegłach, kreślę plany w jaźni, rozmyślam o wszystkim i niczym.
dryfuję w bezkresie tego dnia, w bezkresie zapachu.
tonę w nieprzytomności ostatnich tygodni, męczę się mijającym czasem, piskiem poranków i zdeptanych słów.

niedziela, 8 listopada 2009

49.

zaspane oczy, niewyspane myśli, potargane i nieumalowane.

a gdyby tak wyjść z pod klosza nierealnego rejsu, cienia półcichości, ułożyć siebie jak historie przed snem.
kolejny dzień, gdy nic się nie udaje. rzygotwórcza sobota. wyrzygana niedziela. moja nuda uczesana w ból głowy i zimne palce. gorący prysznic. herbata. rumieńce.
gwałtowne ruchy wspomnień, obijających się o siebie pod czaszką. strapione popołudnia, wieczory z bolączką. noce wyśnione ze snu.

środa, 4 listopada 2009

48.

niebo płacze białym puchem w szpary chodnika. ulica miłości, nie ma co. światło latarni wdzierające się do ciemnego pokoju.

moja ulubiona piosenka, moja ulubiona pora roku, mój ulubiony uśmiech, mój ulubiony zapach, moja ulubiona niewinność. moja nuda odziana w bóle nadchodzącego przeziębienia.

baraszkuje we mnie nadzieja, krzątają się pomysły, chyba znowu czuję się pociesznie. tylko smutno bywa, kiedy pomyślę sobie, że w ówczesnych czasach człowiek bardziej przypomina mi automat z gorącą czekoladą.

wchłaniam jak gąbka poezję Morrisona. sycę się.

niedziela, 1 listopada 2009

47.

to, że pochłonęłeś kilka tygodni smacznych godzin, nie uśmierzy ich głodu i tęsknoty za nimi. przeciwnie, potęguje je, wyrastają jak ciasteczka drożdżowe w piekarniku i pękają, bo trzymaliśmy je w zamknięciu zbyt długo, bo chcieliśmy by były zbyt pyszne.

napycham żołądek, wylewam się z siebie, nie-sobą jestem.

"Ile mamy naprawdę pięknych wspomnień? Tych najistotniejszych, które nas określają i pomagają nam być tym, kim jesteśmy?"
- Jonathan Carroll

O mnie

Obserwatorzy