droga spowita i drzewa okryte prześcieradłem porannej mgły.
wszystko, co przed nami wygląda dziś jak niedokończony rysunek na białej kartce.
z rozmytej szarości przetaczający się w kobierce bieli.
/na podłodze w pokoju są plamy po słodkiej herbacie.
rozdzielam się na części, by mniej tęsknić. półmartwymi nadziejami wnikam w dywan.
w zapałkowym ogniu szukam ciepła ramion.
gwiazdy wchodzą mi pod powieki z obietnicą telewizyjnego spełnienia, by potem mógł poranek wysnuć je przezornie. markotnością twojego spojrzenia kopulującego ze śmiechem błękitu.
środa, 30 grudnia 2009
wtorek, 29 grudnia 2009
82.
owocowa herbata w wysokiej szklance. rzęsy hałaśliwie wypełzające z pod osłony nocy. ubrania przesiąknięte zapachem papierosa. sny o posmaku romantycznej perturbacji umysłu. ulica rozszarpywana pomrukami żółci nieba.
chciałabym, żebyście byli, tak bardziej, w każdym śladzie oddechu złożonym na zimnej szybie.
tacy zaklęci w mimowolnych poszukiwaniach spojrzenia.
w chaosie.
w poranku.
i nocy.
znowu jestem zaplątana w żałowanie. opanowana chęcią cofnięcia czasu. wypełnienia czasu słowami, których nie zdążyliśmy sobie powiedzieć.
"Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i od razu robi się to na poważnie."
- Terry Pratchett
chciałabym, żebyście byli, tak bardziej, w każdym śladzie oddechu złożonym na zimnej szybie.
tacy zaklęci w mimowolnych poszukiwaniach spojrzenia.
w chaosie.
w poranku.
i nocy.
znowu jestem zaplątana w żałowanie. opanowana chęcią cofnięcia czasu. wypełnienia czasu słowami, których nie zdążyliśmy sobie powiedzieć.
"Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i od razu robi się to na poważnie."
- Terry Pratchett
niedziela, 27 grudnia 2009
81.
mój drogi czarny panie, o imieniu śmierć, spaliśmy ze sobą minionej nocy. opuszkami palców kościstych dłoni przeszywałeś moją skórę. rano szybko założyłeś ubrania, a w zastygłą krew wtłoczyłeś znów życie. liczyłam na więcej. na przejażdżkę z perfekcyjnie zaniedbanym poczuciem czasu.
zatracam wszystkie wartości w całej tej świąteczności grudnia. w sumie to są zwyczajne dni, tyle, że gorsze i wybudzające ze mnie widma spraw, przed którymi roztaczam aurę zapomnienia.
zatracam wszystkie wartości w całej tej świąteczności grudnia. w sumie to są zwyczajne dni, tyle, że gorsze i wybudzające ze mnie widma spraw, przed którymi roztaczam aurę zapomnienia.
środa, 23 grudnia 2009
80.
było 10 rozpalonych świeczek, woskiem oblepione palce, herbata rozlana na podłodze i ubraniu. zapach choinki roznoszący się po całym domu. swąd świąteczny.
schowana w tą ciszę zasznurowaną twoimi wargami, coraz mocniej jestem niepoukładana. rozlazła między koszmarem dnia i snem nocy. jestem rozjebana we wspomnieniach. w drobnych gestach rozcierających granice ambiwalencji. w każdym szczególe i zapachu.
pustawo w czterech ścianach. szyderczo rzucających pomarańczą na turkus. w kieszeni chowam ciepło słów. i ogrzewam nim dłonie. wypalam wszystkie zapałki i chowam wszystkie do pudełka, pełnego popiołem.
wszystko układa się w kształt samotnych pomruków schowanych pod poduszką przesiąkniętą twoim obrazem, malowanym przez sny.
schowana w tą ciszę zasznurowaną twoimi wargami, coraz mocniej jestem niepoukładana. rozlazła między koszmarem dnia i snem nocy. jestem rozjebana we wspomnieniach. w drobnych gestach rozcierających granice ambiwalencji. w każdym szczególe i zapachu.
pustawo w czterech ścianach. szyderczo rzucających pomarańczą na turkus. w kieszeni chowam ciepło słów. i ogrzewam nim dłonie. wypalam wszystkie zapałki i chowam wszystkie do pudełka, pełnego popiołem.
wszystko układa się w kształt samotnych pomruków schowanych pod poduszką przesiąkniętą twoim obrazem, malowanym przez sny.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
79.
na twarzy ślady mrozu. tęsknota schowana w mokrych śniegiem rękawiczkach.
ciepło twoich dłoni wytwarza swoistą parę, ulatniającą się i spowijającą całe miasto.
obłapiam ją w jej chwilowym zawieszeniu nad moją głową i spoglądam z żalem wdzierającym się pod powieki jak wycieka mi pomiędzy palcami.
poranki przesiąknięte wspomnieniami snów. pachnące oczekiwaniem. na dzień. na widmo snu.
nieświąteczna jestem. zupełnie.
rozklekotana, jak stary fotel z ciemnego poddasza. taki skrzypiący i oblepiony warstwami kurzu.
posłusznie moknący od ciemności kąta. podgryzany przez gryzonie mamione wilgocią pomieszczenia. pomieszczenia mokrego od łez wyduszanych przez samotność.
ciepło twoich dłoni wytwarza swoistą parę, ulatniającą się i spowijającą całe miasto.
obłapiam ją w jej chwilowym zawieszeniu nad moją głową i spoglądam z żalem wdzierającym się pod powieki jak wycieka mi pomiędzy palcami.
poranki przesiąknięte wspomnieniami snów. pachnące oczekiwaniem. na dzień. na widmo snu.
nieświąteczna jestem. zupełnie.
rozklekotana, jak stary fotel z ciemnego poddasza. taki skrzypiący i oblepiony warstwami kurzu.
posłusznie moknący od ciemności kąta. podgryzany przez gryzonie mamione wilgocią pomieszczenia. pomieszczenia mokrego od łez wyduszanych przez samotność.
niedziela, 20 grudnia 2009
78.
piętnasto stopniowy mróz wdziera mi się pod skórę, ostudzając palące mnie nadzieje.
śnieg.
tłoczący się w odmarzniętych kończynach.
bliskość, nieużywana. w tej samej nocnej koszuli. nierozpakowana. na wyprzedaży. taka cicha, napastowana oddechami niepewnie rozlewającymi się w eterze.
niebo grzeszy dziś błękitem.
każdy krzyk wywołuje we mnie wewnętrzne roztrojenie. przywołuje mi chwile. wszystkie. przebiera. i łzy wydusza, gdzieś schowane pod poduszkę. taki sam porządek każdej z chwil.
porządek w nieporządku codzienności chłostanej monotonią i osamotnieniem dłoni.
tęsknota jest krwawiąca. krwawiąca skruchą i nieczuciem czasu. zamknięta w każdej komórce mojego ciała i zmieszana z krępacją spojrzenia.
w gorącej herbacie się zamykam. zamykam się od wzroków.
"Potem pyta, czy może mnie pocałować. Zazwyczaj nie lubię tego pytania. Po prostu całuj - zawsze myślę."
- Emily Giffin
śnieg.
tłoczący się w odmarzniętych kończynach.
bliskość, nieużywana. w tej samej nocnej koszuli. nierozpakowana. na wyprzedaży. taka cicha, napastowana oddechami niepewnie rozlewającymi się w eterze.
niebo grzeszy dziś błękitem.
każdy krzyk wywołuje we mnie wewnętrzne roztrojenie. przywołuje mi chwile. wszystkie. przebiera. i łzy wydusza, gdzieś schowane pod poduszkę. taki sam porządek każdej z chwil.
porządek w nieporządku codzienności chłostanej monotonią i osamotnieniem dłoni.
tęsknota jest krwawiąca. krwawiąca skruchą i nieczuciem czasu. zamknięta w każdej komórce mojego ciała i zmieszana z krępacją spojrzenia.
w gorącej herbacie się zamykam. zamykam się od wzroków.
"Potem pyta, czy może mnie pocałować. Zazwyczaj nie lubię tego pytania. Po prostu całuj - zawsze myślę."
- Emily Giffin
piątek, 18 grudnia 2009
77.
niedomówienia, które mówiły za dużo.
mam ochotę usiąść i już nie płakać więcej. tak między ulicami, w cieniu, w ciszy się schować. przy świetle księżyca wyżłobić anioła w śniegu.
pożegnania ze snami. te chore od łez i wpychające w objęcia pierwszego napotkanego człowieka.
nie wiem w czym tkwi problem. niezdecydowaniem maluję rzęsy. niebiem krzyczącym wspomnieniem błękitu, na którego dnie chciałabym dostrzec odbicie swoich oczu.
pomimo nijakich dni i tej szarzyzny, czas ucieka szybko. wdrażam się w schemat dni. wyłamując się z niego czasem i wystawiając się tym samym na niewygodne myśli wylęgające się we mnie.
dzisiaj mogę schować się pod peleryną nocy. policzyć wszystkie gwiazdy na niebie i myśleć, że jesteś, jak kiedyś.
moja empatia wskakuje na wyższy poziom. co za absurd!
mam ochotę usiąść i już nie płakać więcej. tak między ulicami, w cieniu, w ciszy się schować. przy świetle księżyca wyżłobić anioła w śniegu.
pożegnania ze snami. te chore od łez i wpychające w objęcia pierwszego napotkanego człowieka.
nie wiem w czym tkwi problem. niezdecydowaniem maluję rzęsy. niebiem krzyczącym wspomnieniem błękitu, na którego dnie chciałabym dostrzec odbicie swoich oczu.
pomimo nijakich dni i tej szarzyzny, czas ucieka szybko. wdrażam się w schemat dni. wyłamując się z niego czasem i wystawiając się tym samym na niewygodne myśli wylęgające się we mnie.
dzisiaj mogę schować się pod peleryną nocy. policzyć wszystkie gwiazdy na niebie i myśleć, że jesteś, jak kiedyś.
moja empatia wskakuje na wyższy poziom. co za absurd!
środa, 16 grudnia 2009
76.
na ulicy zalega cienka warstwa śniegu.
herbata i moje oczy odbijające się w tafli szklanki. tak bardzo dziwnie zielone. dżem na głośnikach przeplatający się z dźwiękiem fortepianu w sąsiednim pokoju.
czasami lubię bawić się bezsennością. rozdzierać ją na pojedyncze kształty moich nadziei. spokojnie przetaczających się po pokoju i obrastających w kurz.
nie lubię takich poranków, które krzyczą, że to już koniec. że dziś jest jeszcze później, by wejść ponownie na start. gdy przytulona do wiatru, wsłuchuję się w echo dni, jakie mi przynosi.
w chwilach wolnych surrealistycznie układam się w migawkę jakby zza okna pociągu tnącego powietrze.
pustawo wewnętrznie mi i wieczory są zimne. zimne płatkami śniegu na parapecie.
herbata i moje oczy odbijające się w tafli szklanki. tak bardzo dziwnie zielone. dżem na głośnikach przeplatający się z dźwiękiem fortepianu w sąsiednim pokoju.
czasami lubię bawić się bezsennością. rozdzierać ją na pojedyncze kształty moich nadziei. spokojnie przetaczających się po pokoju i obrastających w kurz.
nie lubię takich poranków, które krzyczą, że to już koniec. że dziś jest jeszcze później, by wejść ponownie na start. gdy przytulona do wiatru, wsłuchuję się w echo dni, jakie mi przynosi.
w chwilach wolnych surrealistycznie układam się w migawkę jakby zza okna pociągu tnącego powietrze.
pustawo wewnętrznie mi i wieczory są zimne. zimne płatkami śniegu na parapecie.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
75.
siedzę teraz bezradnie przed ciepłym monitorem, przy żółtawym świetle żarówki. z krzykiem schowanym pod językiem. z chwilami, którym nie pozwoliłam się narodzić i chowam wszystkie twoje spojrzenia do dziurawej kieszeni z której wyciekają mi roznegliżowane chwile.
słowa rozrzuciłam na poligonie wymówek, strzępów wyrzutów sumienia ubranych w krzywy uśmiech przyklejony do twarzy.
z poaborcyjnym szczęściem owijającym mi niespełnienia. w kosmyki brązowych włosów, potarganych dzisiejszą ciszą źrenic wplątuję chmury przyziemności, rozejm dla walczących myśli.
wywlekam z siebie sny, które zabite codziennością są zmartwychwstającym chrystusem, którego chcę pogrzebać zdrowym rozsądkiem. spluwam wzrokiem na twarz człowieka przed lustrem i rzucam kilkoma kurwami pękniętymi kącikami ust.
jestem uwikłana w pajęczynie twojego kroku. na domiar złego coraz mocniej prześladuje mnie ból głowy i żołądka, który w perspektywie najbliższych miesięcy maluje się wizytą u lekarza, której chcę uniknąć.
herbata. książka. nienawiść i rozdrapywanie zaschniętych wydzielin wrzasków.
i znów udawanie od nowa. kurwa, przedstawienia zawsze mają swój koniec, mamusiu.
słowa rozrzuciłam na poligonie wymówek, strzępów wyrzutów sumienia ubranych w krzywy uśmiech przyklejony do twarzy.
z poaborcyjnym szczęściem owijającym mi niespełnienia. w kosmyki brązowych włosów, potarganych dzisiejszą ciszą źrenic wplątuję chmury przyziemności, rozejm dla walczących myśli.
wywlekam z siebie sny, które zabite codziennością są zmartwychwstającym chrystusem, którego chcę pogrzebać zdrowym rozsądkiem. spluwam wzrokiem na twarz człowieka przed lustrem i rzucam kilkoma kurwami pękniętymi kącikami ust.
jestem uwikłana w pajęczynie twojego kroku. na domiar złego coraz mocniej prześladuje mnie ból głowy i żołądka, który w perspektywie najbliższych miesięcy maluje się wizytą u lekarza, której chcę uniknąć.
herbata. książka. nienawiść i rozdrapywanie zaschniętych wydzielin wrzasków.
i znów udawanie od nowa. kurwa, przedstawienia zawsze mają swój koniec, mamusiu.
niedziela, 13 grudnia 2009
74.
szmer stron.
śmiej się lub nie, ale przy ostatnich stronach puściły mi zwieracze w oczach.
twój obraz w mojej głowie maluje mi się chaosem.
porozrywanymi spojrzeniami zamkniętymi w ścianach twojego zapachu.
niespodziewane krwotoki olśnień, co zaglądają pod powieki o szóstej nad ranem i dają w ryj.
zmęczenie układa mi się pod powiekami, a rzęsy są sklejone wczorajszym snem.
ubieram ciszę. rozbieram krzyk. coraz mocniej się nienawidzę.
śmiej się lub nie, ale przy ostatnich stronach puściły mi zwieracze w oczach.
twój obraz w mojej głowie maluje mi się chaosem.
porozrywanymi spojrzeniami zamkniętymi w ścianach twojego zapachu.
niespodziewane krwotoki olśnień, co zaglądają pod powieki o szóstej nad ranem i dają w ryj.
zmęczenie układa mi się pod powiekami, a rzęsy są sklejone wczorajszym snem.
ubieram ciszę. rozbieram krzyk. coraz mocniej się nienawidzę.
czwartek, 10 grudnia 2009
73.
uśmiecham się nieudolnie, nie odrywając myśli od nieładu.
to miasto zakochanych, choleryków i wdów z papierosami w drżących dłoniach i ich tęsknoty wydychanej razem z dymem.
to miasto, w którego zapachu i oparach spalin wstawałam co dzień rano, wysypując z siebie sny i mimowolnie wpadając w objęcia codzienności. to miasto, którego nienawidzę i którego mgłe rozdzierają spóźnione tramwaje pękające od zmęczenia i strzępów rozmów. miasto duszne od oddechów.
miasto, w którym zaczęłam umierać. miasto, w którym sny pozostały tylko niedorzecznością nocy.
wiesz, kiedy przed oczami migały mi moje senne wizje, wszystkie światła były czerwone, a oczy wbite w podłogę, w której szukałam błękitu.
"Zadziwiające, jak osądzamy bliskich, nie zdając sobie sprawy z podłości naszego lekceważenia, dopóki ich nam nie zabraknie, dopóki nie zabiorą ich nam. Zabierają, bo nigdy do nas nie należeli.."
- Carlos Ruiz Zafon
(no właśnie.)
dziś dławi mnie pustością. dziś potykam się o własne nogi, myśli i zamknięte wargi.
wstaję za późno, bo zatrzaski snu na powiekach są mocne. te kawałeczki, miliardy szklanych kawałeczków zaniedbania rozpryskują mi się po całym ciele, kroją mnie od środka, zostawiają małe rany krwawiące moim żałowaniem.
czy nasze zdechłe spojrzenia zaliczają się już do przedmiotów?
to miasto zakochanych, choleryków i wdów z papierosami w drżących dłoniach i ich tęsknoty wydychanej razem z dymem.
to miasto, w którego zapachu i oparach spalin wstawałam co dzień rano, wysypując z siebie sny i mimowolnie wpadając w objęcia codzienności. to miasto, którego nienawidzę i którego mgłe rozdzierają spóźnione tramwaje pękające od zmęczenia i strzępów rozmów. miasto duszne od oddechów.
miasto, w którym zaczęłam umierać. miasto, w którym sny pozostały tylko niedorzecznością nocy.
wiesz, kiedy przed oczami migały mi moje senne wizje, wszystkie światła były czerwone, a oczy wbite w podłogę, w której szukałam błękitu.
"Zadziwiające, jak osądzamy bliskich, nie zdając sobie sprawy z podłości naszego lekceważenia, dopóki ich nam nie zabraknie, dopóki nie zabiorą ich nam. Zabierają, bo nigdy do nas nie należeli.."
- Carlos Ruiz Zafon
(no właśnie.)
dziś dławi mnie pustością. dziś potykam się o własne nogi, myśli i zamknięte wargi.
wstaję za późno, bo zatrzaski snu na powiekach są mocne. te kawałeczki, miliardy szklanych kawałeczków zaniedbania rozpryskują mi się po całym ciele, kroją mnie od środka, zostawiają małe rany krwawiące moim żałowaniem.
czy nasze zdechłe spojrzenia zaliczają się już do przedmiotów?
wtorek, 8 grudnia 2009
72.
przewijam się przez ten dzień, pomiędzy rozmowami czternastolatków traktujących o filmach pornograficznych z brudem pod paznokciami, między rozchichotanymi starszymi kobietami w tramwaju i słońcem, które szybko wpadło w ramiona kostuchy, bo jeszcze przed szesnastą.
w sumie rozmowy o duperelach promieniujących z tego świata, zamykają moje myśli.
były marudne początki dnia, zaspane i była herbata. były kradzione uśmiechy i wyprzedaż wspomnień. były szyby ciepłe oddechami od zewnątrz. były plany, które zdąrzyły się potknąć, nim je zaplanowałam. była pustka przybierająca kształt spojrzeń, jakie zapamiętałam. były sny trawiące powieki. było czekanie i wlepianie wzroku w zegarek co trzydzieści sekund. było mnóstwo czekolady topiącej smutki nijakich dni i bezsennych nocy. był czas marnowany na rozprawianie o jego braku. była nicość ubrana w słowa, po prostu.
ja przypadkiem.
choć nie przypadkiem znowu spotkałam twoje źrenice.
"Ten, kto nie jest kochany, zawsze jest samotny wśród tłumu."
- George Sand
w sumie rozmowy o duperelach promieniujących z tego świata, zamykają moje myśli.
były marudne początki dnia, zaspane i była herbata. były kradzione uśmiechy i wyprzedaż wspomnień. były szyby ciepłe oddechami od zewnątrz. były plany, które zdąrzyły się potknąć, nim je zaplanowałam. była pustka przybierająca kształt spojrzeń, jakie zapamiętałam. były sny trawiące powieki. było czekanie i wlepianie wzroku w zegarek co trzydzieści sekund. było mnóstwo czekolady topiącej smutki nijakich dni i bezsennych nocy. był czas marnowany na rozprawianie o jego braku. była nicość ubrana w słowa, po prostu.
ja przypadkiem.
choć nie przypadkiem znowu spotkałam twoje źrenice.
"Ten, kto nie jest kochany, zawsze jest samotny wśród tłumu."
- George Sand
poniedziałek, 7 grudnia 2009
71.
lubię wczorajszą niedzielę. lubię gdynię, jej zapach, odmianę, jaką stanowi dla mojej monotonności.
Aleksandra i spacer z nią późnym, nagrobkowym wieczorem po plaży i cisza zakłócana dźwiękiem fal rozbijających się o brzeg. widok miasta pokrytego ciemnością i tajemnicą, kontury budynków i jego światła przypominające świetliki. kłęby oddechów lawirujących w chłodzie nadmorskiego powietrza.
moje serce sprawia wrażenie obumarłego o każdej porze dnia. abstrakcyjne wymysły mojej wyobraźni zaczynają milknąć, przykryte strumieniami codzienności opływającej mnie w ciągu dnia i papierowymi spojrzeniami.
oddaje się im wieczorami, nocami okraszonymi bezsennością, na co wskazują podkrążone oczy.
szukam płynności w snach. snów szukam w uścisku realności.
"take it as it comes"?, pomyślałam, tak jak śpiewał Jim Morrison.
Aleksandra i spacer z nią późnym, nagrobkowym wieczorem po plaży i cisza zakłócana dźwiękiem fal rozbijających się o brzeg. widok miasta pokrytego ciemnością i tajemnicą, kontury budynków i jego światła przypominające świetliki. kłęby oddechów lawirujących w chłodzie nadmorskiego powietrza.
moje serce sprawia wrażenie obumarłego o każdej porze dnia. abstrakcyjne wymysły mojej wyobraźni zaczynają milknąć, przykryte strumieniami codzienności opływającej mnie w ciągu dnia i papierowymi spojrzeniami.
oddaje się im wieczorami, nocami okraszonymi bezsennością, na co wskazują podkrążone oczy.
szukam płynności w snach. snów szukam w uścisku realności.
"take it as it comes"?, pomyślałam, tak jak śpiewał Jim Morrison.
sobota, 5 grudnia 2009
70.
do zaspanych oczu dobija się początek dnia.
powieki swoją ociężałością i przychylna mimika twarzy tuszują krwawą batalię myśli w mojej głowie, choć bandaże zdrowego rozsądku zaczynają już napełniać się ich czerwienią.
przeciągam się zapachem żółtej pościeli, pod którą, znów rozdrapał mnie sen, przyklejony do nieumalowanej rzęsy. siedzę ze wzrokiem wlepionym w zaokienny chłód zaklęty w cichość tej ulicy.
siedzę w miejscu, do którego nigdy nie chcę wracać, a które zwykłam nazywać domem. w miejscu, w którym poczucie niedopasowania wzbiera we mnie i wylewa się na brzegi warg, które wykrzykują je, bez echa. w miejscu, w którym pani krępacja i pan łachmyta zaufania, tworzą idealną harmonię, która podsyca tylko moje wewnętrzne roztrojenie. nierówno wyśpiewane zwrotki moich dni i spojrzeń, ten sam refren, a właściwie, brak refrenu.
zetrę kurz z szafek, zjem kolejną tabliczkę czekolady, położę się i w błękicie nieba poszukam twoich oczu. napełnię się chłodem pokoju, zwalczając go ciepłem kolejnej herbaty i wezmę tabletkę na ból głowy, który stał się moim najbliższym towarzyszem dni. przetrę zaparowane lustro i pozadręczam się mankamentami mojej fizyczności. sobota uczesana w nudę wiszącą w powietrzu.
gorąca herbata wypita zaraz po opuszczeniu łóżka, powiedziała mi, że podobno w twoim sercu był wczoraj śnieg.
był?
powieki swoją ociężałością i przychylna mimika twarzy tuszują krwawą batalię myśli w mojej głowie, choć bandaże zdrowego rozsądku zaczynają już napełniać się ich czerwienią.
przeciągam się zapachem żółtej pościeli, pod którą, znów rozdrapał mnie sen, przyklejony do nieumalowanej rzęsy. siedzę ze wzrokiem wlepionym w zaokienny chłód zaklęty w cichość tej ulicy.
siedzę w miejscu, do którego nigdy nie chcę wracać, a które zwykłam nazywać domem. w miejscu, w którym poczucie niedopasowania wzbiera we mnie i wylewa się na brzegi warg, które wykrzykują je, bez echa. w miejscu, w którym pani krępacja i pan łachmyta zaufania, tworzą idealną harmonię, która podsyca tylko moje wewnętrzne roztrojenie. nierówno wyśpiewane zwrotki moich dni i spojrzeń, ten sam refren, a właściwie, brak refrenu.
zetrę kurz z szafek, zjem kolejną tabliczkę czekolady, położę się i w błękicie nieba poszukam twoich oczu. napełnię się chłodem pokoju, zwalczając go ciepłem kolejnej herbaty i wezmę tabletkę na ból głowy, który stał się moim najbliższym towarzyszem dni. przetrę zaparowane lustro i pozadręczam się mankamentami mojej fizyczności. sobota uczesana w nudę wiszącą w powietrzu.
gorąca herbata wypita zaraz po opuszczeniu łóżka, powiedziała mi, że podobno w twoim sercu był wczoraj śnieg.
był?
piątek, 4 grudnia 2009
69.
czuję się kurwą z dziurami w pamięci i w porwanych pończochach. z wepchniętą pod język formułką przeprosin, choć i tak ignorujesz moje telefony. obok tego pustostanu powtórzonej dwadzieścia razy, by nie omieszkać słowa.
poczucie winy siada okrakiem na moich kolanach. krzyk otwiera okna i popełnia samobójstwo skacząc z drugiego piętra. w głowie małe skrawki dzisiejszego dnia kaleczące mi sny.
piątkowe rozerwanie, ja pierdolę, na śmierć zapomniałam, że żyję.
poczucie winy siada okrakiem na moich kolanach. krzyk otwiera okna i popełnia samobójstwo skacząc z drugiego piętra. w głowie małe skrawki dzisiejszego dnia kaleczące mi sny.
piątkowe rozerwanie, ja pierdolę, na śmierć zapomniałam, że żyję.
czwartek, 3 grudnia 2009
68.
rzucam telefonem wyrywającym mnie ze snu o ścianę.
tramwaj. spóźniony i roztrzaskany o grudniowe zmęczenie.
widzisz, tak się składa, że miewam wyraz twarzy dziecka, które w piaskownicy dostało w twarz z pytaniem "dlaczego?" w oczach, z zasznurowanymi wargami, bo słów się obawiam.
bawię się skrajnościami i zostawiam je we mgle spowijającej miasto, w kałuży rozczarowań, w którą mam sposobność wpadać niemal codziennie.
/występuję z brzegów moich niepokoi przed Mateuszem i mówię, odrywając się od matematyki, jak potęgująca się we mnie nieśmiałość zaprzepaszcza moje marzenia, że nie będę matką swoich dzieci, że czuję się samotnie, że kilogramów nadto i że nie będę dziennikarzem. o!/
wracam do domu i zastaję zbawienie w postaci kartonów czekolady. a po dzisiejszym wspaniałym spotkaniu we śnie, znowu wracam w mocny uścisk rzeczywistości, na pożegnanie nocy.
za dużo pustości w objęciach pomarańczy pokoju.
za dużo oczekiwania z zielenią spojrzenia wlepioną w zegarek.
za dużo marudnego pomruku wplątanego w brązowe włosy.
za dużo nicości.
/święta pachną. ozdoby choinkowe, ciastka i prezenty aż skwierczą ze wszystkich stron. życiodajne kłamstwa pięknie wprasowane między rodziny z obrazków. z precyzją snajpera.
zamiast woni radości z nimi związanymi, w głowie mam tylko fetor świątecznej krzątaniny, kłótni i pozowania na dobrą rodzinę, którą nie jesteśmy.
nie chcę już udawać. wolę to wszystko przespać i zapomnieć, jak kolor zeszłorocznego śniegu.
wszystko rozsypuje mi się w rękach i ucieka między palcami. ciepłe spojrzenia zabrał ze sobą wczorajszy podmuch wiatru. ostudził emocje. zamazał plany. cynicznie zaśmiał się błękitem i odszedł. zwyczajnie.
tramwaj. spóźniony i roztrzaskany o grudniowe zmęczenie.
widzisz, tak się składa, że miewam wyraz twarzy dziecka, które w piaskownicy dostało w twarz z pytaniem "dlaczego?" w oczach, z zasznurowanymi wargami, bo słów się obawiam.
bawię się skrajnościami i zostawiam je we mgle spowijającej miasto, w kałuży rozczarowań, w którą mam sposobność wpadać niemal codziennie.
/występuję z brzegów moich niepokoi przed Mateuszem i mówię, odrywając się od matematyki, jak potęgująca się we mnie nieśmiałość zaprzepaszcza moje marzenia, że nie będę matką swoich dzieci, że czuję się samotnie, że kilogramów nadto i że nie będę dziennikarzem. o!/
wracam do domu i zastaję zbawienie w postaci kartonów czekolady. a po dzisiejszym wspaniałym spotkaniu we śnie, znowu wracam w mocny uścisk rzeczywistości, na pożegnanie nocy.
za dużo pustości w objęciach pomarańczy pokoju.
za dużo oczekiwania z zielenią spojrzenia wlepioną w zegarek.
za dużo marudnego pomruku wplątanego w brązowe włosy.
za dużo nicości.
/święta pachną. ozdoby choinkowe, ciastka i prezenty aż skwierczą ze wszystkich stron. życiodajne kłamstwa pięknie wprasowane między rodziny z obrazków. z precyzją snajpera.
zamiast woni radości z nimi związanymi, w głowie mam tylko fetor świątecznej krzątaniny, kłótni i pozowania na dobrą rodzinę, którą nie jesteśmy.
nie chcę już udawać. wolę to wszystko przespać i zapomnieć, jak kolor zeszłorocznego śniegu.
wszystko rozsypuje mi się w rękach i ucieka między palcami. ciepłe spojrzenia zabrał ze sobą wczorajszy podmuch wiatru. ostudził emocje. zamazał plany. cynicznie zaśmiał się błękitem i odszedł. zwyczajnie.
środa, 2 grudnia 2009
67.
nierozpakowane zmysły. zamknięte w drewnianym pudełeczku z sercami, kupionym za pięć złoty, które leży sobie na szafce, obok aniołów, krasnali i starych zdjęć przykrytych kurzem teraźniejszości.
mój dzień z pomałanym obcasem, bo się uciekał zbyt szybko, usiadł wygodnie w fotelu z papierosem i z dumą nakreśloną na twarzy wypuszczał chmury dymu do mojej głowy.
miał zmoczone włosy, porannym deszczem i wpatrywał się w ciemne niebo, szukając kłębów białych chmur.
monotonność chował pod spódnicą, lekko podwiewającą przy wietrze wpuszczonym do mieszkania przez uchylone okno.
gdzieś pomiędzy palcami przemycał rozczarowania i sępy ukradkowych spojrzeń.
w uszach szumiało mu echo słów, których nie usłyszał, obijających się gdzieś chaotycznie.
wbijał swoje długie paznokcie pomalowane kontrolowanym oddechem i jadem sączącym się z oczu w moją dłoń, rozszarpując ją aż do krwistości. zostawił blizny nasączone jego obrazem.
dzisiaj nie lubię siebie bardzo. pustość wewnętrzna wyskoczyła ze mnie i pełza mi po podłodze. rozlewa się i znów scala do pierwotnego kształtu stworzonego w mojej świadomości opruszonej zeszłorocznym śniegiem.
szyba jest zimna resztkami wczesnego deszczu, tysiącami jego kropel. dzień się potyka, przewraca i łamie sobie nogi obrzygując mnie swoim jękiem. powietrze krzyczy chłodem oddechu i oparami roztartych wzroków. w gorącej parze ulatującej z czajnika dostrzegam nieistniejące kłęby oddechów, nieskładnie wijących się przed moim nosem.
zablokowany okruchami jedzenia klawisz odmawia posłuszeństwa.
grudzień mnie krępuje.
mój dzień z pomałanym obcasem, bo się uciekał zbyt szybko, usiadł wygodnie w fotelu z papierosem i z dumą nakreśloną na twarzy wypuszczał chmury dymu do mojej głowy.
miał zmoczone włosy, porannym deszczem i wpatrywał się w ciemne niebo, szukając kłębów białych chmur.
monotonność chował pod spódnicą, lekko podwiewającą przy wietrze wpuszczonym do mieszkania przez uchylone okno.
gdzieś pomiędzy palcami przemycał rozczarowania i sępy ukradkowych spojrzeń.
w uszach szumiało mu echo słów, których nie usłyszał, obijających się gdzieś chaotycznie.
wbijał swoje długie paznokcie pomalowane kontrolowanym oddechem i jadem sączącym się z oczu w moją dłoń, rozszarpując ją aż do krwistości. zostawił blizny nasączone jego obrazem.
dzisiaj nie lubię siebie bardzo. pustość wewnętrzna wyskoczyła ze mnie i pełza mi po podłodze. rozlewa się i znów scala do pierwotnego kształtu stworzonego w mojej świadomości opruszonej zeszłorocznym śniegiem.
szyba jest zimna resztkami wczesnego deszczu, tysiącami jego kropel. dzień się potyka, przewraca i łamie sobie nogi obrzygując mnie swoim jękiem. powietrze krzyczy chłodem oddechu i oparami roztartych wzroków. w gorącej parze ulatującej z czajnika dostrzegam nieistniejące kłęby oddechów, nieskładnie wijących się przed moim nosem.
zablokowany okruchami jedzenia klawisz odmawia posłuszeństwa.
grudzień mnie krępuje.
wtorek, 1 grudnia 2009
66.
chaotyczne wyziewy smutku i wspomnień.
gryzą mnie słowa, gdzieś w środku, których nie umiem posklejać i okryć nimi Ciebie.
chciałabym napisać, że niebo znów płacze i wdziera mi się we włosy, poplątane pozornym brakiem czasu ostatnimi dniami.
chciałabym napisać, że po policzku wieczorami spływa mi łza, niemal wypalająca mi na nim dziurę, swoim słonym posmakiem.
chciałabym napisać, że nieszczęśliwa jestem przystankowym chłodem opływającym mi rzęsy.
chciałabym napisać, że coraz częściej zdarza mi się garście wyrzutów sumienia wpychać do gardła, pozostawiać w nim krwistość spojrzeń ubranych w uniki. nie mówić. żałować. wszystkiego po trochu.
chciałabym napisać, że dnie są marudne i szybko gasną. że uczesane są w zmęczenie i nieufność, przeszywającą mnie coraz bardziej.
chciałabym napisać, że zatracam dziś poczucie czasu i dnia. i że budzę się codziennie kimś innym.
czuję się taka zostawiona w kącie, taka zakurzona i nieświadoma słońca, jak niedoczytana książka.
krztuszę się tym chaosem. cholerną dezorientacją, wydłubującą mi wspomnienia i podającą je na śniadanie, na kolację. żeby tylko nie zapomnieć, choć by się chciało.
gryzą mnie słowa, gdzieś w środku, których nie umiem posklejać i okryć nimi Ciebie.
chciałabym napisać, że niebo znów płacze i wdziera mi się we włosy, poplątane pozornym brakiem czasu ostatnimi dniami.
chciałabym napisać, że po policzku wieczorami spływa mi łza, niemal wypalająca mi na nim dziurę, swoim słonym posmakiem.
chciałabym napisać, że nieszczęśliwa jestem przystankowym chłodem opływającym mi rzęsy.
chciałabym napisać, że coraz częściej zdarza mi się garście wyrzutów sumienia wpychać do gardła, pozostawiać w nim krwistość spojrzeń ubranych w uniki. nie mówić. żałować. wszystkiego po trochu.
chciałabym napisać, że dnie są marudne i szybko gasną. że uczesane są w zmęczenie i nieufność, przeszywającą mnie coraz bardziej.
chciałabym napisać, że zatracam dziś poczucie czasu i dnia. i że budzę się codziennie kimś innym.
czuję się taka zostawiona w kącie, taka zakurzona i nieświadoma słońca, jak niedoczytana książka.
krztuszę się tym chaosem. cholerną dezorientacją, wydłubującą mi wspomnienia i podającą je na śniadanie, na kolację. żeby tylko nie zapomnieć, choć by się chciało.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
