słońce nagle wstąpiło w to miasto, w niedzielę. snopy światła uderzały w moje oczy, a duchota gniotła klatkę piersiową.
wszechmogący wsadził patyk w mrowisko metropolii a ono rozpierzchło się na ulice. chodniki były zamieszkałe na każdym ich skrawku, a we mnie wzbierały mdłości.
nie wykipiałam.
za ostatnie pieniądze wystałam w kolejce waniliowe lody.
każda szpilka głosu przebija mi skronie i tęskno mi do ramion, chociaż na mnie, zalaną od każdego brzegu swoim rodzajem, spada jeszcze większe duszne opuszczenie.
nie umiem słuchać, a fundamenty mojego domu wydają się być lichutkie.
słyszeć nie umiem, a gryzą mi życiorys epizody.
szelest kartek mną targa.
rozdziobała mnie dziś wiosna, a ziemian podpalam ogniem płonącej uryny.
niedziela, 11 marca 2018
poniedziałek, 26 lutego 2018
189.
nie byłam nigdy małym wojakiem
i młodości w mdłościach nie rzuciłam
na wrzeciono trzaskające i plujące świeżą czerwienią
któregoś wschodu bekłam i oróżowiałam
były dni orszaki i nocnych niedoli konwoje
dłoni nikt nie chciał odgryźć ani posiąść
przędzalnictwo już dawno wepchnięto do trumny
i nic już w denko nie zabębniło
krwiobiegi szczęśliwie zatamowane
te wszystkie dłonie są wciąż zimne
i nie znają żadnych domów
choć samopas po świecie najsamcalszym żywot swój pędzą
nie dotrwałam jeszcze do południa
ale ciężko jest żyć na samych nogach
nikogo już nigdy żadne słowo nie opryska
i młodości w mdłościach nie rzuciłam
na wrzeciono trzaskające i plujące świeżą czerwienią
któregoś wschodu bekłam i oróżowiałam
były dni orszaki i nocnych niedoli konwoje
dłoni nikt nie chciał odgryźć ani posiąść
przędzalnictwo już dawno wepchnięto do trumny
i nic już w denko nie zabębniło
krwiobiegi szczęśliwie zatamowane
te wszystkie dłonie są wciąż zimne
i nie znają żadnych domów
choć samopas po świecie najsamcalszym żywot swój pędzą
nie dotrwałam jeszcze do południa
ale ciężko jest żyć na samych nogach
nikogo już nigdy żadne słowo nie opryska
sobota, 3 lutego 2018
188.
świat już nigdy nie pozna wartości oddechu.
w powietrzu są tylko dyskusję o tym, na co człowiek nie ma słów.
ja trzymam twą dłoń, a miasto jeszcze nie śpi. mam halucynację i śnieg w oczach.
męczy mnie światło i ukośni ludzie poupychani w tramwajach. męczy mnie niedopasowanie i lekkość z jaką człowiek zaprasza do swojego serca każdego, kto tylko tym nie pogardzi.
męczy mnie rozczarowanie, które nigdzie się nie zagnieżdża, tylko ustępuje miejsca kolejnej licytacji co łaska.
kakofonia miasta nigdy nie zastąpi symofonii leśnego skrzata. przycupniętego na pieńku, dobijającego w pół-martwe zające.
zbiegłabym, gdyby ziemia nie była okrągła.
w noc.
niedziela, 28 stycznia 2018
187.
opowieści z nad butelczyny.
jak człowiek ma 23 lata to właściwie może tylko napisać o tym, że mu smutno. życie mu jeszcze nie pękło, ani nikt nie powyrywał mu rączek. żadnego powstania nie było, żadnych szarpnięć i palpitacji serc. klęsk nieodwołalnych też jeszcze nie doświadczył i ciągle ma w oczach to przeświadczenie, że każda droga, w którymś momencie się rozgałęzi, gdzieś powiedzie, albo każe zawrócić.
ja pragnę jakiegoś trzasku między żebrami.
rozczarowanie jest wodą na młyn ucieczek, tych, w których jeszcze więcej przemawiasz do siebie. do miejsca, gdzie nie ma twarzy, ani uśmiechów.
opuszczam głowę i oczy gdzieś chowam przed światem bo wstyd mi jak bardzo do niego należę. do każdego stukotu litery, każdego zmarnowanego świtu, każdej nieprzespanej nocy, której nikt nie łaknął.
miałam kiedyś duszyczkę.
wtorek, 25 lipca 2017
186.
kiedyś się wszyscy rozmarzaliśmy w wizjach bezmyślnego życia, które napędzałby tylko duch, który zginął jeszcze więcej niż dekadę zanim powypychały nas krągłe biodra matek.
któregoś dnia usłyszeliśmy, że nic nie ma tego dźwięku, którego nigdy nikt nie usłyszał, ale który się pamięta. pamięć stała się bardziej hermetycznym słoikiem na wymysły wyobraźni, bo wszystko co się dookoła rozrosło tylko na ten mizerny słoik napiera i próbuje beznamiętnością wszystkie wspomnienia niespełnione zepchnąć na zimną podłogę. z której się płaczę.
któregoś dnia poczuliśmy, że nic nie potrafi tak dotykać, jak te zwinne palce, których cienia nawet nigdy nikt nie widział. nic nie smakuje, jak nigdy nie rozlana ślina.
urodziliśmy się za późno, by doświadczać. by odczuć dreszcze wijące się po ciele i sprawiające, że ciało drży tak samo z rozkoszy jak i z strachu.
nigdy nie wrócą popołudnia, wieczory i chodniki, tatuaże nie wyblakną a oczy nie poczernieją.
każdy dzień jak mała sekwencja grana pod dyktandem wskazówek zegara mgliście wyłania się spośród wszystkich innych, a miesięcy przybywa.
raz jeden się pojawi chwila, która powinna razem z innymi sobie podobnymi chwilami iść za rękę z więdnącą młodością. przeminąć, zostać opłakaną, gdzieś się zagubić, ustąpić miejsca kolejnej aż skóra zadrżałaby już tyle razy, że postanowiłaby, że basta i że czas pomalować płot na bardziej niewinny, biały kolor.
ale nic nie drży i się nie rusza, tylko ruchome obrazy lubią przypominać, że kiedyś ktoś widział i słyszał i czuł i wbił mnie w ziemię, bo mnie na nią sprowadził.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
185.
z precyzją grzmotu nocą pukają i są
są takie myśli, które chciałyby
powiedzieć
że twój dom wciąż tu jest
choć nie ma żadnych fundamentów
że ktoś mieszka pod każdą z powiek
istnieje tylko w mistycznym imieniu
chrztów tęsknoty
przyjdź, usiądź
policz palce
zanurz usta w bezmiarze czerwieni
i jak kwiat przed zerwaniem
piękniej z każdą chwilą
i zaśnij zostaw oddech
na lewym policzku
i zabierz jego krew
/byłam na własnym pogrzebie.
są takie myśli, które chciałyby
powiedzieć
że twój dom wciąż tu jest
choć nie ma żadnych fundamentów
że ktoś mieszka pod każdą z powiek
istnieje tylko w mistycznym imieniu
chrztów tęsknoty
przyjdź, usiądź
policz palce
zanurz usta w bezmiarze czerwieni
i jak kwiat przed zerwaniem
piękniej z każdą chwilą
i zaśnij zostaw oddech
na lewym policzku
i zabierz jego krew
/byłam na własnym pogrzebie.
niedziela, 20 grudnia 2015
184.
któregoś dnia przyjdzie ta szara godzina, w której oplotą człowieka i dłonie i macki nieobecności.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.
tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.
tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.
niedziela, 14 czerwca 2015
183.
czerń rozlewa się po pokoju z dokładnością kaligrafa. wszystkie zmysły znów mi tępieją.
któregoś dnia chcę zobaczyć poranek z wielkim słońcem i twarzami.
zobaczyć to wszystko, kiedy powieki opadną już nieodwracalnie.
będę tam, gdzie jestem.
\ciekawe jak daleko zawiezie mnie ta bryka.
wykolejeniec.
czwartek, 21 maja 2015
182.
duszno mi w tej cielistej powłoce nawleczonej na mięśnie i kości. straciłam z oczu wszystko, do czego chciałam się przytulać wieczorami. są tylko obrazy ruchome i te same oczy, co tyle straciły wbite w czerwień ścienną.
w głowie mieszkają kawałki szkła, z każdego stłuczonego lustra, w którym patrzę na siebie. z perspektywy sennej, w której patrzę przed siebie i na siebie w tej samej linii czasu.
chcę łykać dzieci afektu z przyjemnością jaką daje płucom podeszczowe powietrze.
nauczyć się żyć bez domu.
być wszędzie.
w głowie mieszkają kawałki szkła, z każdego stłuczonego lustra, w którym patrzę na siebie. z perspektywy sennej, w której patrzę przed siebie i na siebie w tej samej linii czasu.
chcę łykać dzieci afektu z przyjemnością jaką daje płucom podeszczowe powietrze.
nauczyć się żyć bez domu.
być wszędzie.
środa, 20 maja 2015
181.
stał się czas niby stworzony z metalowych prętów twór, co ruchy krępuje. ciało przestaje szukać uciechy innej od wtłaczania do krwi wystarczających ilości trunków, by świat był do zniesienia. usta rozrywają ciszę, która - gdyby była - powinna być mentorem. wypluwane z tych ust zlepki liter, rodzą się i zostają osierocone, bo dla nikogo nie przedstawiają wartości. choćby znikomej.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.
wtorek, 24 marca 2015
180.
rozbryzgał się jasny, słoneczny paw na moim oknie. w trzewiach czuć było pulsującą szkarłatną krew.
był dzień, w którym miarowy turkot serca stanowił małą, niemą gwarancję, że doznaję.
żołądek potrzebował jedynie niezbędnego minimum. przeprosiłyśmy się z nieubłaganym końcem, a dotychczasowa suma oddechów została spłodzona na nowo.
to takie miejsce, w którym perspektywa kończy się wraz z ulicą po której się poruszasz i gdzie wschody słońca tracą mistyczny powab.
był dzień, w którym miarowy turkot serca stanowił małą, niemą gwarancję, że doznaję.
żołądek potrzebował jedynie niezbędnego minimum. przeprosiłyśmy się z nieubłaganym końcem, a dotychczasowa suma oddechów została spłodzona na nowo.
to takie miejsce, w którym perspektywa kończy się wraz z ulicą po której się poruszasz i gdzie wschody słońca tracą mistyczny powab.
wtorek, 6 stycznia 2015
179.
czarno jest na paznokciach, czarno jest w przełyku i głębiej też czarno.
dawno nie widziano w tych stronach słońca. wyją kłęby ciepłych oddechów porzucane na pastwę chłodu zaokiennego.
wygryzły mi trzy lata dziurę w życiorysie. zjadły mi mowę. zabrały w tułaczkę, w której widziałam siebie za lat naście, ze złotym przypadkiem na palcu, śmierdzącą pierzyną i smutnym fioletowym sińcem pod okiem.
zamknęłam się w błękitnych ścianach, których kolor powoduje mdłości, we wszędobylskim scenariuszu nieuchronnej śmierci.
horyzont się rozlewa i coraz większy dystans dzieli mnie od karawanu, w którym nieoddychająca jest moja ulica miłości.
poczyniam słowami drogę powrotną do kolebki błogiego otumanienia, bezwizyjności dnia teraźniejszego i każdego kolejnego, zapachu papierosa i rozgrzanego od słońca chodnika.
styczeń usiadł zadem na mojej twarzy, a ja nie mogę oddychać w konwulsji mojej chęci do bycia.
te dziury mocno bolą. z uporem godnym marnej kurwy drążą się same w sobie i taką tworzą sobie mnie podziurawioną.
czas przeprosić butelki wina.
wrócić.
czuć.
boli mnie czas.
dawno nie widziano w tych stronach słońca. wyją kłęby ciepłych oddechów porzucane na pastwę chłodu zaokiennego.
wygryzły mi trzy lata dziurę w życiorysie. zjadły mi mowę. zabrały w tułaczkę, w której widziałam siebie za lat naście, ze złotym przypadkiem na palcu, śmierdzącą pierzyną i smutnym fioletowym sińcem pod okiem.
zamknęłam się w błękitnych ścianach, których kolor powoduje mdłości, we wszędobylskim scenariuszu nieuchronnej śmierci.
horyzont się rozlewa i coraz większy dystans dzieli mnie od karawanu, w którym nieoddychająca jest moja ulica miłości.
poczyniam słowami drogę powrotną do kolebki błogiego otumanienia, bezwizyjności dnia teraźniejszego i każdego kolejnego, zapachu papierosa i rozgrzanego od słońca chodnika.
styczeń usiadł zadem na mojej twarzy, a ja nie mogę oddychać w konwulsji mojej chęci do bycia.
te dziury mocno bolą. z uporem godnym marnej kurwy drążą się same w sobie i taką tworzą sobie mnie podziurawioną.
czas przeprosić butelki wina.
wrócić.
czuć.
boli mnie czas.
niedziela, 15 września 2013
178.
wydycham nic.
nie mogę się upijać, bo współpraca przewodu pokarmowego z korporacją mojego ciała kuleje.
lustro krzyczy, a ja lubię przesypiać dnie, bo życie trwa wtedy ale wiesz, nie uderza pięścią tego wszystkiego byle-czego między oczy.
chciałabym kochać tą miłością, co nie stawia warunków, a nie tą co w nazwie ulicy widzi wojnę.
nie mogę się upijać, bo współpraca przewodu pokarmowego z korporacją mojego ciała kuleje.
lustro krzyczy, a ja lubię przesypiać dnie, bo życie trwa wtedy ale wiesz, nie uderza pięścią tego wszystkiego byle-czego między oczy.
chciałabym kochać tą miłością, co nie stawia warunków, a nie tą co w nazwie ulicy widzi wojnę.
sobota, 9 lutego 2013
177.
I kiedy się uśmiechasz pod kołdrą z niezwykłości przesypiając kolejne godziny.
Lubię leżeć pod fikcją.
czwartek, 20 września 2012
176.
moja kontrastowa kreacja zaczyna blaknąć. słowa znowu cisną się na struny głosowe i tam zostają nie docierając do warg.
zgubiła się gdzieś w stercie dni nieprzeciętność i pewność oddechu.
oczy wciąż penetrują horyzont, jeszcze bardziej niemy z każdym mrugnięciem.
spopielam cię życie i chyba zaczynam dorastać.
zgubiła się gdzieś w stercie dni nieprzeciętność i pewność oddechu.
oczy wciąż penetrują horyzont, jeszcze bardziej niemy z każdym mrugnięciem.
spopielam cię życie i chyba zaczynam dorastać.
czwartek, 29 września 2011
175.
myślę, że twory mojej wyobraźni nigdy nie przybiorą kształtów rzeczywistych.
tak właściwie sobie umarłam, niewłaściwie w sposobie.
nigdy nic. nigdy.
stałam się wykreowanym kontrastem samej siebie.
tak właściwie sobie umarłam, niewłaściwie w sposobie.
nigdy nic. nigdy.
stałam się wykreowanym kontrastem samej siebie.
wtorek, 23 sierpnia 2011
174.
słowa wystygły.
ogół tego wszystkiego, namnożonego w ostatnich tygodniach wytępił chyba wszystkie perspektywiczne myśli.
wszystko rozlazło się nam w rękach, wielkie plany ucieczek zastąpiła ulica miłości i noce, w których próbowałam umierać w sobie dla świata.
zdarzyło się znowu rozrysowywać przyszłoście, tworzyć wspomnienia, które nie zaistniały, w końcu zachłysnąć się tym wszystkim i utopić w kubku wieczornej, ostygłej herbaty w kolorze nieobecnych oczu.
za szybko, za łapczywie próbowałam wchłonąć się w obojętność, która raczej zaczęła napastować mnie z naprzeciwka.
nie lubię wieczorów. znów czas to zlepek marnych epizodów ciągnących za sobą wizje kontynuacji, które zdążyłam stworzyć. w które zdążyłam uwierzyć i które zaczęłam wspominać tymi właśnie wieczorami rozbudzającymi martwą wyobraźnie.
zimna od wszystkich gryzących słów od dziś patrzę w lustro mając nadzieję, że spotkam w nim kogoś innego. takiego wiesz, bez włosów, co wypadają garściami i obgryzionych paznokci. kogoś o autentycznym uśmiechu myślę.
/gaśniemy z emocjonalnego wzburzenia.
w otumanienie. w ulice dawnych miłości.
niezaistniałych.
ogół tego wszystkiego, namnożonego w ostatnich tygodniach wytępił chyba wszystkie perspektywiczne myśli.
wszystko rozlazło się nam w rękach, wielkie plany ucieczek zastąpiła ulica miłości i noce, w których próbowałam umierać w sobie dla świata.
zdarzyło się znowu rozrysowywać przyszłoście, tworzyć wspomnienia, które nie zaistniały, w końcu zachłysnąć się tym wszystkim i utopić w kubku wieczornej, ostygłej herbaty w kolorze nieobecnych oczu.
za szybko, za łapczywie próbowałam wchłonąć się w obojętność, która raczej zaczęła napastować mnie z naprzeciwka.
nie lubię wieczorów. znów czas to zlepek marnych epizodów ciągnących za sobą wizje kontynuacji, które zdążyłam stworzyć. w które zdążyłam uwierzyć i które zaczęłam wspominać tymi właśnie wieczorami rozbudzającymi martwą wyobraźnie.
zimna od wszystkich gryzących słów od dziś patrzę w lustro mając nadzieję, że spotkam w nim kogoś innego. takiego wiesz, bez włosów, co wypadają garściami i obgryzionych paznokci. kogoś o autentycznym uśmiechu myślę.
/gaśniemy z emocjonalnego wzburzenia.
w otumanienie. w ulice dawnych miłości.
niezaistniałych.
środa, 22 czerwca 2011
173.
wszyscy rozpraszamy się w skrajności.
trwamy tylko w epizodycznych łachmanach dni.
a mi się chciało kiedyś marzyć o powłóczystościach rozłożonych na życiowych ścieżkach, o niezmiennościach ułożonych w szereg oddechów.
głupia byłam myślę. wszyscy nosimy znamiona przeszłości i znamiona teraźniejszości na którą patrzymy ze świadomością, że zaraz i ona się nią stanie.
wszystkie moje leniwe myśli skupiają się na naturalnym przesiewie ludzi ważnych i ważniejszych. wszystkie zaczynają wyć i pękać pod wpływem powietrza.
zamknęłam się w wymuszonych zdaniach, nieudanych próbach trwania nadal. tam się zatrzymałam. tam dogorywajcie wszyscy.
pierwotne kształty zniknęły pod mgłą czasu.
trwamy tylko w epizodycznych łachmanach dni.
a mi się chciało kiedyś marzyć o powłóczystościach rozłożonych na życiowych ścieżkach, o niezmiennościach ułożonych w szereg oddechów.
głupia byłam myślę. wszyscy nosimy znamiona przeszłości i znamiona teraźniejszości na którą patrzymy ze świadomością, że zaraz i ona się nią stanie.
wszystkie moje leniwe myśli skupiają się na naturalnym przesiewie ludzi ważnych i ważniejszych. wszystkie zaczynają wyć i pękać pod wpływem powietrza.
zamknęłam się w wymuszonych zdaniach, nieudanych próbach trwania nadal. tam się zatrzymałam. tam dogorywajcie wszyscy.
pierwotne kształty zniknęły pod mgłą czasu.
piątek, 10 czerwca 2011
172.
coś w niczym i głodne popołudnia.
duszne dni rozlewają się żółcią na splocie moich włosów.z niewydolności ciała siedzę nad ciszą, nad wyobraźnią w sekwencji zdarzeń przypadkowych, w które wpadłam, które polubiłam i które łechcę, by chciały mnie mocniej.
sny tak realne, że wpadam w nie po trzykroć, które rozwijają we mnie kalekie nadzieje. zabawne, że zwykła senna projekcja już nie raz potrafiła przetrzepać moje szafy z wartościami i celami i tak dalej i nagle połowę powyrzucać, powrzucać nowe i zamknąć drzwi a z otwarciem powiek, otworzyć i drzwi i stać w bezradności kończyn, które nie wiedzą czego się złapać. niby taki stan rzeczy nic nowego, zawsze mam bałagan w okół siebie i ubrań muszę szukać pod łóżkiem. dziwnie mi myślę, niepewnie chyba.
/chcę mojej ulicy miłości, która zawsze uśmiecha się tylko do nas. chcę tych ulic i chodników, na których marnowałam rok swojej leniwej młodości.
te wszystkie zwyczajne zakamarki tego miasta są tylko nasze. zaczynają istnieć w swoich mistycznych imionach, jakimi je ochrzciłyśmy.
ulica miłości to pewnie tylko wąska ścieżka na której wybudowano szeregi pleśniejących teraz garaży. ulica nienawiści to pewnie tylko schowana za sklepem monopolowym przestrzeń do spożywania alkoholu miejscowych dziadów pijących tanie trunki.
czasami mi się wydaje, że w każdym z tych miejsc zostawiłam cząstkę siebie i kiedyś tu wrócę, pewnie jak siebie stracę, żeby chociaż znaleźć tą pozostawioną namiastkę, tą małą duszyczkę, która szukała niezwykłości w szarym chodniku i dopatrywała się w ciągach zdarzeń roli przeznaczenia. powoli to tracę, wydycham się w pustkę. zresztą, może to i lepiej. kiedyś pewnie się obudzę z mojego małego nihilizmu i tu wrócę, zatęsknię i może znów będę.
/chcę mojej ulicy miłości, która zawsze uśmiecha się tylko do nas. chcę tych ulic i chodników, na których marnowałam rok swojej leniwej młodości.
te wszystkie zwyczajne zakamarki tego miasta są tylko nasze. zaczynają istnieć w swoich mistycznych imionach, jakimi je ochrzciłyśmy.
ulica miłości to pewnie tylko wąska ścieżka na której wybudowano szeregi pleśniejących teraz garaży. ulica nienawiści to pewnie tylko schowana za sklepem monopolowym przestrzeń do spożywania alkoholu miejscowych dziadów pijących tanie trunki.
czasami mi się wydaje, że w każdym z tych miejsc zostawiłam cząstkę siebie i kiedyś tu wrócę, pewnie jak siebie stracę, żeby chociaż znaleźć tą pozostawioną namiastkę, tą małą duszyczkę, która szukała niezwykłości w szarym chodniku i dopatrywała się w ciągach zdarzeń roli przeznaczenia. powoli to tracę, wydycham się w pustkę. zresztą, może to i lepiej. kiedyś pewnie się obudzę z mojego małego nihilizmu i tu wrócę, zatęsknię i może znów będę.
wtorek, 24 maja 2011
171.
Ludzie, którzy rozmawiają, nic nie mówiąc.
Ludzie, którzy słyszą, nie słuchając.
ciekawe czym byłby każdy dzień bez ceremoniału spotkania. dźwiękiem ciszy krzyku myśli.
ciekawe czym byłoby wszystko zebrane w szeregu miesięcy bez tych okiennych przesiadywań z dymem zagnieżdżającym we włosach, bez ulicy miłości i ramion jej mistycznej siły, bez nietoperzy w cieniu krzyży rozdzierających powietrze nad głową.
chyba doświadczam istnienia jakiejś kosmicznej więzi i niematerialnej obecności. chyba doświadczam też tęsknoty wzmaganej każdą godziną, rzeczywistości tego, co zlizywałam ze sznurów związanych słów na brudnych stronach książek.
czasem nie mam liter.
bo to za duże na te małe ulice. nasze ulice. bądźmy niezmiennością tylko.
/bawię się w autodestrukcję rozpuszczoną w ciepłym kubku ambiwalencji. odrywam sobie ręce i wyrywam wargi wzniesione ku skórze. skórze schowanej w ciemnym pokoju. w przeszłości, której pewnie i tak nie było. śnią mi się końce światów, wybuchy i uściski ostateczne. rozwinęłam się w halucynacji zwiniętej w zwój ciepłych snów.
kiedyś umrę pewnie.
Ludzie, którzy słyszą, nie słuchając.
ciekawe czym byłby każdy dzień bez ceremoniału spotkania. dźwiękiem ciszy krzyku myśli.
ciekawe czym byłoby wszystko zebrane w szeregu miesięcy bez tych okiennych przesiadywań z dymem zagnieżdżającym we włosach, bez ulicy miłości i ramion jej mistycznej siły, bez nietoperzy w cieniu krzyży rozdzierających powietrze nad głową.
chyba doświadczam istnienia jakiejś kosmicznej więzi i niematerialnej obecności. chyba doświadczam też tęsknoty wzmaganej każdą godziną, rzeczywistości tego, co zlizywałam ze sznurów związanych słów na brudnych stronach książek.
czasem nie mam liter.
bo to za duże na te małe ulice. nasze ulice. bądźmy niezmiennością tylko.
/bawię się w autodestrukcję rozpuszczoną w ciepłym kubku ambiwalencji. odrywam sobie ręce i wyrywam wargi wzniesione ku skórze. skórze schowanej w ciemnym pokoju. w przeszłości, której pewnie i tak nie było. śnią mi się końce światów, wybuchy i uściski ostateczne. rozwinęłam się w halucynacji zwiniętej w zwój ciepłych snów.
kiedyś umrę pewnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
