spacerujemy po cmentarzu i zrywamy żonkile. ostatnia brama cmentarzu przenosi nas na plac budowy, w którym szukamy wyjątkowości w nieużyteczności przedmiotów. droga wiedzie w dół, więc tak postanawiamy wracać i ze słońcem odbijającym się w oczach wdzieramy się na górę przez wypalone trawy, spalone wiosną.
cmentarne rozmowy o życiu i zerwanych żonkilach wcale nie są szare niczym nagrobki, mijane wolnym krokiem ze wzrokiem wbitym w daty.
nie mam czelności pytać o drogę, gdy życie ekscentrycznie zakręca w małe, piaskowe dróżki bez drogowskazów. niebo, matecznikiem myśli, krzepiących ciało i usta pozostawiających w pół zamknięte. wiosna i małe rozczarowania. w pokoju śpi chaos i wdziera się w raban wspomnień. rozrzuconych rozmachem dłoni w pajęczyny snów.
a w snach katastrofy, tonące statki, potoki łez i troskliwe uściski ramion.
na brzegu rzeczywistości siedzę machając nogami i z oczu potokiem łez podlewam kwiaty.
niedziela, 2 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

nie lepiej konefką? o.O
OdpowiedzUsuńNie płacz nie płacz, pójdzisz na ten Pearl.
ofcors że pójdziesz na pj!
OdpowiedzUsuńja mam już osiem dyszek uzbieranych. :)
*sześć dyszek. znowu wydaję kasę nie wiem na co. :<
OdpowiedzUsuń