rozlepiam powieki, kiedy wyrywa mnie ze snów dźwięk irytującej melodi budzika, budzę się z twarzą opuchniętą od łkania nad obrazami z głowy.
boję się swoich snów.
jakoś toczę się przez ten dzień, wyglądam przez okno na chwilę odsuwając od siebie działania algebraiczne, widzę stary opuszczony dom, utożsamiam się z nim. łzy napływają, potykam się o myśli nacierające z wielką siłą, przedzierając się przez pancerz zajętego umysłu.
wychodzę, chłodne powietrze bonifikatą w pochłanianiu optymizmu przez chandrę piątkową.
znowu czuję zapach autobusu 162, wysiadam przy cmentarzu. znowu widzę odkopywane wspomnienia, swąd pozerstwa zaklętego w zniczach, chrystusowym kurestwie, kwiatach i tłumach otaczających to miejsce. wspomnienia, które zostaną pogrzebane na nowo, na kolejny rok, by wyciągnąć je jak wyżęte szmaty do ścierania podłogi.
czekam na Aleksandrę, razem oglądamy zachód słońca w jednym z parków, siedziąc na huśtawkach i zachwycając przeplatającym się różem i błękitem konającego nieba.
zapominam na chwilę, beztrosko oddycham.
i jakiś kuriozalny wewnętrzny szept, obija mi się wokół żeber, miażdży żołądek, ściska serce, wprawia w drżenie dłoni, łzy wyciska jak gąbkę. uruchamia się po najmniejszym krzyku.
nie czuję tych godzin. nie czuję całego tego tygodnia.
samotnie mi.
"Jesteśmy z tego samego materiału, co nasze sny."
- William Shakespeare
piątek, 30 października 2009
czwartek, 29 października 2009
45.
czwartkowe zmrożone kończyny, rozmyślania o życiu w międzyczasie, rozmemłanie od rana.
nieład jak po orkanie seksu na głowie zmoczonej deszczem.
spotkanie z Andżeliką, spacerujemy tak między kałużami, ktoś z drugiej strony ulicy pali papierosa, przemaczam buty.
Andżelika, zazwyczaj nazywana po prostu Koko, jest uprzywilejowana do nazywania ją niemal moją siostrą bliźniaczą, ale nie ze względu na podobieństwo wizualne. uwielbiam to, że namacalnie rozumie każde słowo, każdą łzę. uwielbiam jej nos. uwielbiam jej kapelusz. uwielbiam ją.
autobusowe rozmowy nastają, wysiadam.
po czym wracam flegmatycznie objawiającą się drogą do domu, drżące plecy chowam pod czarną kurtką, ciastka zjadam, pustawo jakoś. niedługo prysznic gorący wezmę, potem zataję swoje istnienie przed napływającym tsunami gryzących do krwi myśli. chcę, bądź, jak wtedy.
nieład jak po orkanie seksu na głowie zmoczonej deszczem.
spotkanie z Andżeliką, spacerujemy tak między kałużami, ktoś z drugiej strony ulicy pali papierosa, przemaczam buty.
Andżelika, zazwyczaj nazywana po prostu Koko, jest uprzywilejowana do nazywania ją niemal moją siostrą bliźniaczą, ale nie ze względu na podobieństwo wizualne. uwielbiam to, że namacalnie rozumie każde słowo, każdą łzę. uwielbiam jej nos. uwielbiam jej kapelusz. uwielbiam ją.
autobusowe rozmowy nastają, wysiadam.
po czym wracam flegmatycznie objawiającą się drogą do domu, drżące plecy chowam pod czarną kurtką, ciastka zjadam, pustawo jakoś. niedługo prysznic gorący wezmę, potem zataję swoje istnienie przed napływającym tsunami gryzących do krwi myśli. chcę, bądź, jak wtedy.
środa, 28 października 2009
44.
chyba stopniowo coraz bardziej popełniam powolne samobójstwo.
chrystusowe kurewstwo wplątane w poezje ulicy.
wyżerają mnie strzępy poczucia winy, porozrzucane gdzieś po drodze w te jesienne poranki, na korytarzach napęczniałych od uników, z których okien wylewa się gehenna.
gehenna błękitu i dużych źrenic.
parkowa żółć i truskawkowa czekolada. lubię tą jesień. napawam się nią. chłodem, zimnymi dłoniami, czerwienią warg i brązem na ulicach.
"Ona sama się zniszczyła. Żyje zamknięta w swoim kretowisku, jest samolubna, nikomu niepotrzebna. Przez to, że użyłem jej ciała, nadałem sens jej życiu."
- Jonathan Kellerman
chrystusowe kurewstwo wplątane w poezje ulicy.
wyżerają mnie strzępy poczucia winy, porozrzucane gdzieś po drodze w te jesienne poranki, na korytarzach napęczniałych od uników, z których okien wylewa się gehenna.
gehenna błękitu i dużych źrenic.
parkowa żółć i truskawkowa czekolada. lubię tą jesień. napawam się nią. chłodem, zimnymi dłoniami, czerwienią warg i brązem na ulicach.
"Ona sama się zniszczyła. Żyje zamknięta w swoim kretowisku, jest samolubna, nikomu niepotrzebna. Przez to, że użyłem jej ciała, nadałem sens jej życiu."
- Jonathan Kellerman
poniedziałek, 26 października 2009
43.
cholernie szmatławo-płaczliwy dzień, wypłakany Aleksandrze do słuchawki.
i boję się amputować to, co powoli zaczyna umierać, obarczając mnie ciężarem swojej agonii.
był dziś moment, kiedy już nie czułam strachu ani żalu, chyba właściwie przez chwilę nie czułam zupełnie nic.
"Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego."
- Emily Brontë
i boję się amputować to, co powoli zaczyna umierać, obarczając mnie ciężarem swojej agonii.
był dziś moment, kiedy już nie czułam strachu ani żalu, chyba właściwie przez chwilę nie czułam zupełnie nic.
"Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego."
- Emily Brontë
niedziela, 25 października 2009
42.
nadzieja szybko więdnie, razem z ostatnimi roślinami o tej porze roku. ten tydzień jest okropny, przynajmniej jego ostatnie dni. nienawidzę niedziel, nienawidzę. polegają tylko na jedzeniu ciasteczek, czy czegokolwiek, co mam w domu, w nadziei, że to właśnie napychanie żołądka polepszy ogólnie samopoczucie. zarówno fizyczne jak i psychiczne.
rozrywam się na części i daje się rozdziobać czarnym krukom i wronom przed bramką, krążącym nad domem o zmierzchu i o brzasku. stoję, dłonie chowam w rękawiczkach, przysłaniam delikatnie wzrok, lecz wciąż widzę, choć nie chcę, jak pożerają mnie, napełniając brzuchy. jak rzygają mną po kątach.
umieram ostatnio z powodu coraz częstszych i coraz bardziej dotkliwych bólów głowy. egzystuję między ścianami przemilczenia, które swoją cnotą burzą mury, które budowałam szmat czasu. płaczę też coraz częściej, przed promykami nadziei chowam się pod kołdrą.
próbuję zmusić się do spędzenia odrobiny czasu nad książką, lecz wyrywa mnie z tego postanowienia szmer klawiatury, którą powinnam omijać szerokim łukiem.
sny o narkomanii, przedsmak zgonu.
ta impreza się przeciąga, chyba zbyt wiele twarzy wtargnęło na nią bez zaproszenia.
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."
- Haruki Murakami
rozrywam się na części i daje się rozdziobać czarnym krukom i wronom przed bramką, krążącym nad domem o zmierzchu i o brzasku. stoję, dłonie chowam w rękawiczkach, przysłaniam delikatnie wzrok, lecz wciąż widzę, choć nie chcę, jak pożerają mnie, napełniając brzuchy. jak rzygają mną po kątach.
umieram ostatnio z powodu coraz częstszych i coraz bardziej dotkliwych bólów głowy. egzystuję między ścianami przemilczenia, które swoją cnotą burzą mury, które budowałam szmat czasu. płaczę też coraz częściej, przed promykami nadziei chowam się pod kołdrą.
próbuję zmusić się do spędzenia odrobiny czasu nad książką, lecz wyrywa mnie z tego postanowienia szmer klawiatury, którą powinnam omijać szerokim łukiem.
sny o narkomanii, przedsmak zgonu.
ta impreza się przeciąga, chyba zbyt wiele twarzy wtargnęło na nią bez zaproszenia.
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."
- Haruki Murakami
piątek, 23 października 2009
41.
chyba nawet krew niedługo wystygnie mi razem ze stygnącymi nadziejami.
nie umiem używać bezpośrednich słów, choć one ciążą, gniotą się gdzieś na końcu języka to wciąż, omijam je, gdyż boję się konsekwencji ich wypowiedzenia, miotam się w banałach, krępacji i niepewnych spojrzeniach. chyba już zdążyłam stracić, pogmatwać, co mogłam, teraz siedząc przed monitorem ze sflaszałym poczuciem winy za to, co mogłam, a czego nie zrobiłam.
piątek dwudziestego trzeciego, te same oczy o poranku, niby wszystko w porządku. kolejne godziny, niby wszystko w porządku. przypływ chandry. dwie czekolady, paraliżujący ból głowy, trochę łez. idealny początek weekendu. choć przecież aż do dziś dwadzieścia trzy niosło szczęście.
"Życie cuchnie. Jest jak ustawiona gra, w której zawsze wygrywa kasyno. Warto o tym pamiętać."
- Janet Fitch
nie umiem używać bezpośrednich słów, choć one ciążą, gniotą się gdzieś na końcu języka to wciąż, omijam je, gdyż boję się konsekwencji ich wypowiedzenia, miotam się w banałach, krępacji i niepewnych spojrzeniach. chyba już zdążyłam stracić, pogmatwać, co mogłam, teraz siedząc przed monitorem ze sflaszałym poczuciem winy za to, co mogłam, a czego nie zrobiłam.
piątek dwudziestego trzeciego, te same oczy o poranku, niby wszystko w porządku. kolejne godziny, niby wszystko w porządku. przypływ chandry. dwie czekolady, paraliżujący ból głowy, trochę łez. idealny początek weekendu. choć przecież aż do dziś dwadzieścia trzy niosło szczęście.
"Życie cuchnie. Jest jak ustawiona gra, w której zawsze wygrywa kasyno. Warto o tym pamiętać."
- Janet Fitch
czwartek, 22 października 2009
40.
zatrute opary wieczornej szamotaniny zmysłów.
moje oczy wybrały się na podróż w poszukawaniu chłopaka przypalającego papierosem opuszki swych palców, mój obupłciowy strach przed brakiem egzystencji, którą i tak najchętniej bym porzuciła niczym martwego czarnego kota dziurawi mi realia. tętnice dróg miasta wyrwanego z królestwa nocy, epizodyczni bohaterowie teatru codzienności, których schody są pełne, marionetki smutnie śledzące tętno człowieka zza szyby.
robi się późno, czternaście lat za późno, żeby coś zmieniać.
narkotyki, seks, alkohol, papierosy i tułaczka, dlaczego tak nie może skończyć się ta gra?
"W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość, która męczy, dusi i zabija... bez niej jest wielka pustka."
- Jim Morrison
moje oczy wybrały się na podróż w poszukawaniu chłopaka przypalającego papierosem opuszki swych palców, mój obupłciowy strach przed brakiem egzystencji, którą i tak najchętniej bym porzuciła niczym martwego czarnego kota dziurawi mi realia. tętnice dróg miasta wyrwanego z królestwa nocy, epizodyczni bohaterowie teatru codzienności, których schody są pełne, marionetki smutnie śledzące tętno człowieka zza szyby.
robi się późno, czternaście lat za późno, żeby coś zmieniać.
narkotyki, seks, alkohol, papierosy i tułaczka, dlaczego tak nie może skończyć się ta gra?
"W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość, która męczy, dusi i zabija... bez niej jest wielka pustka."
- Jim Morrison
środa, 21 października 2009
39.
całą tą szarzyznę, poezję codzienności łyknęłam jak proszek nasenny, jak tabletkę na ból głowy, lekarstwo uśmierzające objawy, lecz nie przyczyny.
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.
___
poranki lśnią raczej czernią, niż promieniami słonecznymi. gdy wyrywa mnie ze snu dźwięk budzika oczy nie zostają otumanione przez jasność.
mgła owija budynki, ulice pachną wilgocią, siąpie deszcz, ulice pełne miłości i różu wstającego słońca około godziny siódmej. tę samą urokliwą scenerię napotykam każdego dnia.
październikowe nadzieje, herbata, jeszcze większa magia w powietrzu.
póki co, hipnotyzuję się muzyką doorsów, myślę o wczesnej śmierci jak Jim Marisson, myślę o tym, jak wymienią mi legitymację na szarą tablice, dopiszą jeszcze jedną datę, jedyną, której nie znam, o tym, jak na wszystkim zalegnie kurz zapomnienia, stęchłych marzeń.
tylko ten zapach, ten zapach chciałabym zabrać ze sobą.
piątek, 16 października 2009
38.
po siedmiogodzinnym, niezwykle nurzącym tarzaniu się w szkole najlepszym wynagrodzeniem były smerfożelki, za którymi stękniłam się niemiłosiernie. najbardziej to lubię, wgryzać się w ich niebieskie ciałko i czerwone kapelusiki z żelatyny.
należało spotkać się dziś z Angeliką, przymierzyć jej kapelusz, który uwielbiam, zaczekać na Aleksandrę, iść razem, jak zwykle, do wrzeszczowego parku bijącego żółcią, brązem i wilgocią. usiąść znów na tej samej ławeczce, strzepnąć z niej ślady jesieni.
suche dłonie, spierzchnięte usta, rumieńce, przemoczone buty i zabawa w fryzjera, by okiełznać nieład na mej głowie, równy co w snach miewam.
chciałabym się wylać na białą kartkę papieru, zapełnić ją tymi wszystkimi uczuciami, które tłamszę w sobie, gniotę, gdzieś utykam pod żebrami, po raz ostatni wymówić twoje imię o zmroku popękanymi kącikami bladych nienaturalnie warg.
"Czyje serce jest puste, tego usta słów pełne."
- Karl Kraus
należało spotkać się dziś z Angeliką, przymierzyć jej kapelusz, który uwielbiam, zaczekać na Aleksandrę, iść razem, jak zwykle, do wrzeszczowego parku bijącego żółcią, brązem i wilgocią. usiąść znów na tej samej ławeczce, strzepnąć z niej ślady jesieni.
suche dłonie, spierzchnięte usta, rumieńce, przemoczone buty i zabawa w fryzjera, by okiełznać nieład na mej głowie, równy co w snach miewam.
chciałabym się wylać na białą kartkę papieru, zapełnić ją tymi wszystkimi uczuciami, które tłamszę w sobie, gniotę, gdzieś utykam pod żebrami, po raz ostatni wymówić twoje imię o zmroku popękanymi kącikami bladych nienaturalnie warg.
"Czyje serce jest puste, tego usta słów pełne."
- Karl Kraus
wtorek, 13 października 2009
37.
kolejne jesienne dni za mną. przemoczone buty, mokre włosy, chmury, parasolki, żołte liście. choć najbardziej lubię widok kropel deszczu opadających na ziemie w świetle latarnii wieczorami.
nabieram w płuca woń ziemi zmoczonej deszczem, pochłaniam ją, przypominam sobie całe życie, czasy zabaw w piaskownicy, pierwszych przyjaźni, pierwszej śmierci, pierwszego stałego zęba, pierwszego smaku zwycięstwa, ostatnie godziny wczorajszego dnia, potem wydycham to powietrze i znów czuję, że mam czternaście lat. zaraz potem przechodzę przez próg domu, powolnym krokiem wchodzę po schodach, zdejmuję koszulę i kładę się na łóżko, by zebrać myśli. w stanie rozkojarzenia, w jakim znajduję się od niewątpliwie długiego już czasu, jest to niewykle trudne, a wręcz niemożliwe. leżę więc ze wzrokiem wlepionym w okno połaciowe, myśli napływają chaotycznie. chyba szczęście jest jak naiwny chłopiec, który bierze w ramiona i znika wcześniej, niż się pojawił. za to nieszczęście jest jak dojrzały mężczyzna, który w zdrowiu i chorobie siedzi obok Twojego łóżka trzymając mocno Twoją dłoń.
"Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga - czas."
- Joseph Conrad
nabieram w płuca woń ziemi zmoczonej deszczem, pochłaniam ją, przypominam sobie całe życie, czasy zabaw w piaskownicy, pierwszych przyjaźni, pierwszej śmierci, pierwszego stałego zęba, pierwszego smaku zwycięstwa, ostatnie godziny wczorajszego dnia, potem wydycham to powietrze i znów czuję, że mam czternaście lat. zaraz potem przechodzę przez próg domu, powolnym krokiem wchodzę po schodach, zdejmuję koszulę i kładę się na łóżko, by zebrać myśli. w stanie rozkojarzenia, w jakim znajduję się od niewątpliwie długiego już czasu, jest to niewykle trudne, a wręcz niemożliwe. leżę więc ze wzrokiem wlepionym w okno połaciowe, myśli napływają chaotycznie. chyba szczęście jest jak naiwny chłopiec, który bierze w ramiona i znika wcześniej, niż się pojawił. za to nieszczęście jest jak dojrzały mężczyzna, który w zdrowiu i chorobie siedzi obok Twojego łóżka trzymając mocno Twoją dłoń.
"Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga - czas."
- Joseph Conrad
czwartek, 8 października 2009
36.
jesienne powietrze przenikające przez nozdrza pieszcząc umysł, czekoladowe cukierki, hey na głośnikach, deszcz stukający o parapet za oknem, rozmywający się promień światła latarni.
koniec czwartkowego dnia, obrazy z głowy, dogorywające słońce, jest przyjemnie nie ma co.
"Wierność jest pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu życiu jednolitość – w przeciwnym wypadku rozprysnęłoby się na tysiące chwilowych wrażeń jak na tysiąc szklanych odłamków."
- Milan Kundera
koniec czwartkowego dnia, obrazy z głowy, dogorywające słońce, jest przyjemnie nie ma co.
"Wierność jest pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu życiu jednolitość – w przeciwnym wypadku rozprysnęłoby się na tysiące chwilowych wrażeń jak na tysiąc szklanych odłamków."
- Milan Kundera
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
