środa, 30 czerwca 2010

125.

czas, który powinien leczyć wszystkie następstwa rozmyślań ułożonych na prawej stronie ciała ze wzrokiem wbitym w żółte ściany. sen, niczym złośliwy nowotwór, daje przerzuty na wszystkie fragmenty ciała. wyczuwalną pustką oddycham, pustką zamkniętą w każdym samotnym oddechu.

przestrzeń, rozłożona w każdym skrawku ciała, myśl podpisana imieniem, którym pachną wieczory, styropian rozrzucony po ulicy, deszcz i trawy rozkołysane przez markotne wiatry niczym kosmyki zbożowych włosów.
jutro z małomównością na ustach i poplątanymi słowami układanymi w głowie moje oczy wybiorą się na wyprawę po niemych twarzach, horyzontach nadziei i wspomnieniach, którymi wymalowane są gwiazdy.
apopleksje nasercowe zalewające wszystkie komory, oddechy, cebulki włosów i bezwładne wargi.
/mam ochotę rozdrapać blado zielonym paznokciem twarz człowieka z przed lustra. wyjść, trzasnąć drzwiami, nie wracać więcej w krainę postrzeganą przez zmysły, które wszystko układają mi w przypominajkę o kimś, kogo we mnie być nie powinno, kto zatruwa każde spojrzenie i kogo podświadomie szukam w każdym szczególe w konflikcie ze świadomością, która przymusowo wpycha mnie w niedołężne uściski zapomnienia.

niedziela, 27 czerwca 2010

124.

popołudnie w gdyni. martynowe spacery po bulwarze, parkach i osiedlach pełnych szarzyzny bloków poukładanych jeden przy drugim. w mieście, do którego mogłabym wracać w każdej minucie zamienionej w nieskończoność. dożylnie wprowadzony do krwioobiegu dobry nastrój. dziś nie czuję tej spotęgowanej tęsknoty.

sobota, 26 czerwca 2010

123.

w perspektywie dwa miesiące w których będziemy odpoczywać od dróg krzyżowych zamkniętych w codzienności, zapominać o dniach tygodnia, godzinach i oddychaniu.

można doszukiwać się sensu, predestynacji w przypadkach rozrzuconych po ulicy. można układać wszystko w niebanalne obietnice i coraz mocniej zawierzać się szaleństwom bujnej fantazji, układać się z uśmiechem na ustach do snu i wmawiać szarym komórkom, że są różowe.

/boję się siebie; obsesyjnie wpatruję się w zdjęcia. półprzytomnie siedzę oparta na łokciach przy stole rozmyślając nad herbatą, że mogłam nie podsycać nadziei innym, kiedy to mi samej do głowy przebijała się myśl, że warto ją odrzucić. zabawić się w kuratele zamysłów i nie płakać w zimną podłogę.
gdyby tak spytać, czego szukam w tym świecie, zapewne rozłożywszy bezradnie ręce wybuchnęłabym płaczem w głowie tworząc samobójcze wizje, wykrzykując, że urodziłam się za późno by zobaczyć the doors i zaznać trochę autentyczności ludzkich odruchów, z których dzisiejsze powietrze wydychane przez ludzi, których mózg przekształcił się w drugie jelito lub kalkulator jest całkowicie ogołocone.

miewam ostatnio problemy z zamianą myśli w słowa. z ubraniem tego czegoś schludnie i mniej pasywnie. palę listy schowane pod sterty książek przypalając sobie opuszki palców.
/ciemność i dwie leniwe latarnie za oknem, markotnie mrugające bladym światłem, rozlewającym się w nocy niby promienie. 00:38, czas skończyć tą konsternacje dnia.

czwartek, 24 czerwca 2010

122.

(Ściany szepczą..)
ludzie mrugają, a wtedy przegapiają najlepsze chwile.
piszę listy, których nigdy nie wyślę i chowam je pod pudłami, na których zalegają ślady czasu.
delikatnie niczym niewidomy gładzę opuszkami palców zżółknięte kartki i czytam słowa, szukając w nich harmonii. ubieranie całego chaosu w słowa i wizje, gdy wyszeptuję je do ucha na ciemnej ulicy przy warkoczach latarnianego światła wijącego się nam pod nogami.
pod powiekami mieszkają fragmenty uśmiechu i rozmów.
tylko problemy układają się co noc, obok skonałego ciała. one nie są zmęczone.
na karuzelach błędnika myśli dalej tworzą splątane połączenia, a wszystkie szczegóły, litery, godziny i nazwy mijanych ulic przypominają o jednym. w mojej małej iluzorycznej astronomii jest osoba, która zawsze trwa, która nie zasypia ani ze słońcem ani z gwiazdami i w rozciągniętym swetrze mojej wyobraźni ma swój dom, którego okna są niczym oczy, w które beznamiętnie potrafię się wpatrywać, drzwi, niczym usta, które rzadko się otwierają i których milczenie bywa wymowne.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

121.

poczucie nicości jest wpisane w codzienność myślę. nieruchome, zastygnięte białe chmury przyczepione do kołnierza błękitnego nieba.

połykam wielkie nic rozpuszczone w porannej herbacie.
gorączkowo trzymam się pojedynczych członów, anormalnych sytuacji, wielokrotnie powtórzonych i przyłączonych do normalności.
nadzieja, ukryta w mnogości mrugających gwiazd obgryziona i już inna, niż kiedyś. gasnąca razem z nimi przy każdym świcie oblewającym powieki i wyrywającym z nieobecnego trwania w ramionach morfeusza.

sobota, 19 czerwca 2010

120.

uciekam ponownie w mały wszechświat zamknięty w stronach "cienia wiatru". w konstelacje słów, które zagnieżdżają się w głowie i pobudzają wyobraźnie.
bohaterowie i historie, w ramiona których chciałoby się uciec. zasypiać w ciemnościach i budzić się w purpurze poranku rozlewającego się i przecinającego pomrukami zmartwychwstałego słońca na ulicach dwudziestowiecznej barcelony.

tymczasem wczoraj i dziś odwiedzam gdynię i będąc jeszcze bliżej, czuje się jeszcze bardziej odlegle. odjeżdżając, coraz mocniej czuję, jak bardzo tęsknie za widmem chwil, które się nie narodziły. wspominam gesty i niby film układam sobie w głowie wszystko, za co czuję wdzięczność, że dane było mi to przeżyć i schowawszy gdzieś na dnie oczu, wylewać to razem ze łzami.

codziennie rano budzę się w całkiem jasnym pokoju, który kradnie senne złudzenia, które istnieją tylko w świeżym mroku. które smakują lepiej i są bardziej obecne, kiedy miasto, którego z całej siły nienawidzę owinięte jest jeszcze czarnym szalem nocy, a latarnie oświetlają jedynie mgliste warkocze i kontury przechodniów sunących po ulicach usłanych wielkimi źrenicami.
tęsknie za czarną paletą kolorów, którą wymalowane są ściany, domy, mosty i twarze.

"Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić."
- Janusz Leon Wiśniewski

poniedziałek, 14 czerwca 2010

119.

sztuczne kwiaty wpięte we włosy. wróżby z kart rozrzuconych na blacie jednego ze stołów w fastfoodzie. dźwięki ze starych rosyjskich kreskówek.

niepojęte jutro. zasznurowane wargi, niedowłady palców i kolejne rozczarowanie rozlane na podłodze.
urojone chwile są obecne. zawsze o krok, coraz bardziej realne i coraz bardziej bytują we krwi. wewnętrzne krzyki parzą słuch i głuchnę na słowa, które burzą mój irracjonalnie poukładany sen.
mam ochotę na rozmowy w świetle bladego księżyca.
dzisiaj nie mam na nic siły/ochoty/życia.

piątek, 11 czerwca 2010

118.

wyniszczająca świadomość, że odkryło się świat, o którym inni nie mają zielonego pojęcia, w którym budzą się dziwne odruchy, nienaturalna chęć autodestrukcji.

pogoda lubi skrajności; wychodząc z domu widzę drgające od gorąca powietrze, wracając zastaje porozrzucane po pokoju zdjęcia, które wpadający przez lekko otwarte okno wiatr zerwał ze ścian.

/"Dlaczego mój umysł wciąż krąży wokół ciebie
Dlaczego planety myślą jak to byłoby być tobą
Wszystkie twoje słodkie dzikie obietnice były słowami
ptakami w bezustannym locie.."
czuję się rozdziobana, rozrzucona w chwilach, w retrospekcjach, w czekaniu. w głosie, którego nie potrafię zapamiętać i w uśmiechu, którego szukam w ścianach.
złe scenariusze w głowie, niepoukładane i gryzące. dostaję pierdolca i do trzeciej nad ranem nie mogę zasnąć. problemy nie są zmęczone i dożylnie wstrzykują mi bezsenność. w tej chwili nic nie ucieszy mnie bardziej ani w jakikolwiek sposób, niż pewność, że się mylę. że scenariusze nigdy nie zostały wcielone w życie.
zamykając oczy, widzę w ciemności pokoju o zgaszonych światłach widzę małą kropkę, wielkości główki od szpilki, gwiazdę, przed którą wylewałam się z obaw i składałam ku niej życzenie w nadziei, że nie jest samolotem.
chyba jednak samoloty latają wysoko (..)

czwartek, 10 czerwca 2010

117.

"To ciężkie czasy dla marzycieli." - /Amelia./

to zabawne jak wiele historii i kawałków czasu można ukryć w zapachu. melonowy balsam do ciała, który przypomina najmilej spędzone wakacje, trudny do sprecyzowania zapach nagrzanego słońcem piasku, dzieciństwo i dnie spędzone na grzbietach galopujących koni.

w parnej atmosferze dnia wczorajszego ukazuje się jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w parze z kropiącym deszczem dając pole do popisu wyobraźni, która układa te lawirujące emocje w wieczór niby ostatni w życiu.
wychodzę na balkon i przy jednym z moich ulubionych zapachów, podeszczowej ziemi, spotykam się z echem dni, które minęły pod postacią dźwięków kilku piosenek, które chyba zawsze będą symbolem tego, do czego chcę wracać zawsze i wszędzie. do godzin, w których mogłabym zamieszkać i być nietykalną dla teraz.

środa, 9 czerwca 2010

116.

"Są na świecie Indianie i jest wielka, bezkresna preria. Indianie kłusują sobie po prerii, ot tak - z prawa do lewa i z lewa do prawa. Czasami taki Indianin gdzieś się zatrzyma, przycupnie i myśli. Myśli, że zdąży... Dzisiaj nie zdążył."
- Jan Chojnacki

obmyślam sobie chwile. rozrysowywuję gesty w głowie, nabrzmiałej od mroku gryzącego każdy narożnik pokoju. układam słowa w dwa monologi zlepione w rozmowę. ćwiczę jeden z uśmiechów na specjalną okazję i mrużąc oczy oglądam się w kawałku małego lustra. rozrywam spokój wariacjami zielonych oczu, których kolor pochłania noc, mylnie błądzących po ciemnych ścianach, wychylających się z pod ciepłej kołdry.
do małych wizji prężę się niczym kot do punktowych lamp, by potem zauważyć, że w odpowiednim czasie scenariusze zwiędną niczym białe róże ułożone na trumnie, nad którymi zamknie się wieko czasu teraźniejszego, ustępując miejsca chaosowi.

czas jest reżyserem, a czekanie czyni ze mnie chełpliwego aktora, przebierającego w coraz to bardziej absurdalnych scenariuszach.
/ewokacje wspomnień. rozgryzam każde słowo po kawełeczku.

wtorek, 8 czerwca 2010

115.

przejście dla pieszych, na którym zawsze światło jest czerwone, kiedy po drugiej stronie otwierają się drzwi tramwaju pachnie truskawkami sprzedawanymi w drewnianych koszykach w cenie złotych dwunastu.
wszystkie zielone krzaczki pęcznieją od białych kwiatów, które uwielbiam wsuwać we włosy za lewym uchem.

wieczory stają się ofiarami wewnętrznego gadulstwa o przeżuwanych powoli słowach i bibelotach obecnych i nieobecnych.
wczoraj zasypiam spokojnie, obejrzawszy koniec z hollywood woodiego allena, który jakoś działa dożylnie optymizmem. nie toczę walki o kołdrę z bezsenności, manewrując kończynami w nadziei na sen.
miasto tonie w duchocie wiosennej.
bagatela, pooddychajmy.

wtorek, 1 czerwca 2010

114.

są takie dni, kiedy w duszy pada deszcz. mokre i puste ulice i tylko ten wiatr.

w tramwaju dwaj starsi panowie używający partykuł wzmacniających z puszką rozpoczętego piwa w dłoniach. duchota miasta zamknięta w deszczu zmagazynowanym w chmurach. tramwaje to pojazdy o niezwykle ostrym zapachu refleksji, w szczególności, gdy jedną trasę pokonuję trzy razy dziennie, która wbija mi do głowy, niczym szpilki świadomość monotonności, której częścią się stałam. elementem, który wpasowując się w normalności, roztapia się w chaosie.

otwieram wieko minionych dni i czuję, że nie tylko żołądek napełnia się głodem. obietnice są tylko zastygłą śliną na wargach. czuję się zgnieciona ciągłym czekaniem i tymi rzędami marnych uśmiechów.
zamknięta w pudełku z czasem przeszłym.
niedowłady słów.

O mnie

Obserwatorzy