całe szeregi chwili, dających złudzenie sensu toną w ulotności.
wyposażona w wielki worek zabobonów nic nie rozumiem i trzymam się ledwo chwil, które napełniają serce, by w dniu następnym rzucić mnie na kolana przed huraganami codzienności.
mało spokojne noce, mimowolne wybudzanie się ze snu, którego usilnie chcę pamiętać, a który wycieka ze mnie wraz z otwarciem oczu.
lubię wczoraj.
dziś jest ambiwalencją. dziś, parszywe w niedopowiedzeniach, we wpatrywaniu się w ekran telefonu w nadziei na widok komunikatu obwieszczającego zielonej parze oczu o nowej wiadomości. dziś, pyszne w rozmowach o sensie, przeznaczeniu i wszystkiego, co układa nam się w wyraz 'życie' pod granatową peleryną nocy, z których natłoku pękają mi zwieracze w oczach.
(magdalenie dziękuję za wszystko..).
"Kiedy inni oczekują od nas, że staniemy się takimi jakimi oni chcą żebyśmy byli, zmuszają nas do zniszczenia tego kim naprawdę jesteśmy. To dosyć subtelny rodzaj morderstwa. Większość kochających rodziców i krewnych popełnia je z uśmiechem na twarzy."
- Jim Morrison
sobota, 29 maja 2010
środa, 26 maja 2010
112.
codziennie budzę się, mimowolnie, około godziny piątej, a potem zasypiam znów na godzinę, po której nie mogę odkleić się od poduszki. w głowie tłuką mi się naczynia, przy każdym ruchu ciała. przewód pokarmowy zaczyna wiosenne histerie. tramwaje o poranku, niezwykle sprzyjają refleksjom. strzępy rozmów i kawałek małego świata, pozostawiony na poprzednim przystanku układają się w krótkometrażową odsłonę jestestwa, zamkniętego w kratach tego miasta, narzuconych ram, o które się potykam i martwych dni.
życie mnie dotyka. połykam wielką pigułkę nicości zapakowaną w gratisie do lepszych snów.
cienie rosną w oczach i chcę umierać w ramionach gwiazd.
nic nie sprawi mi tak wielkiej radości, jak pewność, że się mylę. że cała melanholia i teorie, których mam pełną głowę, odejdą w czeluście wczorajszego dnia razem z zachodem słońca, który nigdy więcej się nie powtórzy.
"[...] ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?"
- Wiesław Myśliwski
życie mnie dotyka. połykam wielką pigułkę nicości zapakowaną w gratisie do lepszych snów.
cienie rosną w oczach i chcę umierać w ramionach gwiazd.
nic nie sprawi mi tak wielkiej radości, jak pewność, że się mylę. że cała melanholia i teorie, których mam pełną głowę, odejdą w czeluście wczorajszego dnia razem z zachodem słońca, który nigdy więcej się nie powtórzy.
"[...] ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. Doświadczył pan może takiego płaczu?"
- Wiesław Myśliwski
sobota, 22 maja 2010
111.
poranna morfologia.
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.
dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)
ulica w kolorze żonkila.
gałąź starego drzewa na której siedząc wymachuję nogami nad małym strumieniem.
rozłożywszy myśli w bezradności, czekając na autobus, który pojawić ma się za minut dwadzieścia, maszeruję przed siebie w poszukiwaniu wcześniejszego przystanku zakarmarkami nieciekawej dzielnicy miasta skąpanego w rozpoczynającym swój codzienny zgon słońcu.
mam kwiaty we włosach i powoli wargi układają mi się w uśmiech. samotne spacery mi sprzyjają, choć nadal prześladują mnie niedopowiedzenia.
dziś uzależniona jestem od:
Beirut - Mount Wroclai (Idle days)
piątek, 21 maja 2010
woody allen said
dzień dobry, znajdujemy się tu o godzinie 00:08, w ciemnym pokoju, z pustą szklanką po herbacie na którą opadają warkocze światła monitora.
dziś, właściwie wczoraj; gubię się i odnajduję.
autobus wyposażony we wspomnienia z zakładów karnych, zapach taniego piwa i majowe powietrze.
tak spędzam urocze chwile na małym pomoście w sopocie przy horyncie wtulonym w mgłe i niebie, które jest pastelowym przejściem błękitu w markotną biel z Klaudią, rozmawiając o życiu i bibelotach zamkniętych w chwili.
/szczęście dało się tylko pomuskać wzrokiem i uciekło, wpychając mnie w uściski strzępów nadziei, uściski chaotyczne i porozrzucane po ciele.
oglądam amelię. tłukę szkło. telefonuję do Aleksandry, by potem szukać jej uśmiechu w martwym błękicie młodej nocy.
mam oczy ciepłe od świeżych łez. rozmawiam z gwiazdami leżąc na balkonie. na betonie, który nie jest dziś zimniejszy ode mnie.
"Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz człowieka. Każdy z nas ciągle oszukuje siebie. Na przykład co dzień spotykamy kobiety, które mówią, że są bardzo samotne i do szczęścia potrzebują tylko dobrego męża. Inni twierdzą, że do szczęścia brakuje im urlopu, wypadów do nocnych klubów, lepszej pracy, przeprowadzki z Teksasu do Nowego Jorku czy do Kalifornii. Jednak kiedy zajrzymy w tych ludzi głębiej, widzimy, że każdy z nich podświadomie pragnie zupełnie czegoś innego. A tak naprawdę, to w ogóle nie wiadomo, czego każdy z nas chce.
Szalenie trudno jest zrozumieć, co się dzieje w naszych sercach i umysłach. Można oczywiście spróbować psychoanalizy i - przy odrobinie szczęścia, po długim czasie - dowiedzieć się nieco więcej o sobie. Znacznie bardziej spektakularne wydają się jednak momenty magicznego olśnienia."
- Woody Allen
dziś, właściwie wczoraj; gubię się i odnajduję.
autobus wyposażony we wspomnienia z zakładów karnych, zapach taniego piwa i majowe powietrze.
tak spędzam urocze chwile na małym pomoście w sopocie przy horyncie wtulonym w mgłe i niebie, które jest pastelowym przejściem błękitu w markotną biel z Klaudią, rozmawiając o życiu i bibelotach zamkniętych w chwili.
/szczęście dało się tylko pomuskać wzrokiem i uciekło, wpychając mnie w uściski strzępów nadziei, uściski chaotyczne i porozrzucane po ciele.
oglądam amelię. tłukę szkło. telefonuję do Aleksandry, by potem szukać jej uśmiechu w martwym błękicie młodej nocy.
mam oczy ciepłe od świeżych łez. rozmawiam z gwiazdami leżąc na balkonie. na betonie, który nie jest dziś zimniejszy ode mnie.
"Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz człowieka. Każdy z nas ciągle oszukuje siebie. Na przykład co dzień spotykamy kobiety, które mówią, że są bardzo samotne i do szczęścia potrzebują tylko dobrego męża. Inni twierdzą, że do szczęścia brakuje im urlopu, wypadów do nocnych klubów, lepszej pracy, przeprowadzki z Teksasu do Nowego Jorku czy do Kalifornii. Jednak kiedy zajrzymy w tych ludzi głębiej, widzimy, że każdy z nich podświadomie pragnie zupełnie czegoś innego. A tak naprawdę, to w ogóle nie wiadomo, czego każdy z nas chce.
Szalenie trudno jest zrozumieć, co się dzieje w naszych sercach i umysłach. Można oczywiście spróbować psychoanalizy i - przy odrobinie szczęścia, po długim czasie - dowiedzieć się nieco więcej o sobie. Znacznie bardziej spektakularne wydają się jednak momenty magicznego olśnienia."
- Woody Allen
czwartek, 20 maja 2010
110.
"-Wiesz co jest najstraszniejsze, córeczko?
- Co?
- Kiedy mając dwadzieścia lat jesteś tak strasznie zakochana, ale boisz się zrobić pierwszy krok i czekasz aż On go zrobi. Ale się nie doczekasz. Po dwudziestu latach spotykacie się i okazuje się, że On był w Tobie szaleńczo zakochany, ale bał się odrzucenia. Córeczko, nigdy nie bój się zrobić pierwszego kroku."
/dziękuję moje martynowe szczęście, bardzo bardzo! :*
- Co?
- Kiedy mając dwadzieścia lat jesteś tak strasznie zakochana, ale boisz się zrobić pierwszy krok i czekasz aż On go zrobi. Ale się nie doczekasz. Po dwudziestu latach spotykacie się i okazuje się, że On był w Tobie szaleńczo zakochany, ale bał się odrzucenia. Córeczko, nigdy nie bój się zrobić pierwszego kroku."
/dziękuję moje martynowe szczęście, bardzo bardzo! :*
wtorek, 18 maja 2010
109.
prześladują mnie dziwne noce.
podkrążone oczy, bóle głowy i szum w uszach który krzyczy o sen.
nieobecności, które są obecne w każdej minucie.
to wszystko, niby niedokończony jeszcze sen rzeczywistości.
podkrążone oczy, bóle głowy i szum w uszach który krzyczy o sen.
nieobecności, które są obecne w każdej minucie.
to wszystko, niby niedokończony jeszcze sen rzeczywistości.
czwartek, 13 maja 2010
108.
burzyście i grzmiąco.
za oknem i pod skórą.
targuję się z nadzieją o jej miejsce w przestrzeni rzeczywistej.
maj wlewa się w deszczowe nastroje, zmęczenie i martwe powieki.
nie pamiętam snów.
za oknem i pod skórą.
targuję się z nadzieją o jej miejsce w przestrzeni rzeczywistej.
maj wlewa się w deszczowe nastroje, zmęczenie i martwe powieki.
nie pamiętam snów.
poniedziałek, 10 maja 2010
107.
bo zdarzyło się mi po raz pierwszy ze szczęścia wylewać łzy na gdyńskie ulice mokre od deszczu.
w dniu następnym o poranku spacerować sopockimi ulicami i zajmować miejsce w jeszcze zamkniętej kawiarni z zuzanną, w której potem niemal wpadam w objęcia snu. w małej szufladce ukrytej w okrągłym, brązowym stoliku mokrym od rozlanej kaktusowej herbaty, przy którym chłonąc jazz z głośników, wypchanej od listów napisanych na biletach z grudziądza, skasowanych biletów tramwajowych i paragonach czytam, że liczy się tylko miłość i na małych skrawkach papieru wchodzę w małe przestrzenie prywatności.
/ułożona wzorkiem wbitym w ciemną ściane miotam się w bezsennościach.
w dniu następnym o poranku spacerować sopockimi ulicami i zajmować miejsce w jeszcze zamkniętej kawiarni z zuzanną, w której potem niemal wpadam w objęcia snu. w małej szufladce ukrytej w okrągłym, brązowym stoliku mokrym od rozlanej kaktusowej herbaty, przy którym chłonąc jazz z głośników, wypchanej od listów napisanych na biletach z grudziądza, skasowanych biletów tramwajowych i paragonach czytam, że liczy się tylko miłość i na małych skrawkach papieru wchodzę w małe przestrzenie prywatności.
/ułożona wzorkiem wbitym w ciemną ściane miotam się w bezsennościach.
czwartek, 6 maja 2010
106.
spotkanie z czesławem mozilem, na którym udało mi się zdobyć dwa autografy, przytulić czesława i odbić ślad swoich warg na jego prawym policzku. zdjęcia nie mam, bo zdjęcia to cisi zabójcy chwil. najpiękniejsze momenty trzymam w albumie moich wspomnień, wciąż niedomkniętym, a dziś wytartym z kurzu.
/wychodzimy w drodzę na autobus na parkiecie deszczu, chowam się w czarnej kurtce. jutro tribute to seattle, dziś przed piątkowe obgryzanie paznokci. spłodzony pozytywną energią czesława dobry nastrój miesza mi się z wymemłanymi zgryzotami. bo nic się nie zmienia, chociaż podobno oboje tego chcemy. gubię się.
środa, 5 maja 2010
105.
noce w pół bezsenne.
porankom towarzyszy chłód, który jeszcze bardziej wpycha mnie w ramiona snu, łapczywego i spychającego mnie w czeluście wyobraźni. popołudnie zatrute trzaskiem okien, zgrzytem i rytmicznym uderzaniem wewnątrz głowy. wieczorami myśli delikatnie muskają gwiazdy, przykryte peleryną szarych chmur, tłumiących ich blask. subtelnie uciekają w granatową garderobę nocy. garderobę duszną od parujących łez, wrzasków rozczarowań i fetoru umartwionych marzeń.
/dzisiaj z Zuzanną. przesiadujemy w pokoju krzyczącym od pomarańczowości. głośniki pełne głosu grzegorza ciechowskiego, a przede mną Zuzanna w czerwonej flanelowej koszuli, chyłkiem wykradzionej ze stosu wypranych ubrań, z pełnymi wydętymi ustami na małe rozmowy./
otwieram drzwi i poszukuję pigułek na ból głowy. parzę herbatę i zjadam ciasto.
potajemnie błądzę w korytarzach blizn nasercowych i rozdrapuję je tworząc scenariusze piątkowe.
chyba mam cykora, który narasta we mnie i rozszarpuje moją (nie)świadomość, bo nic się nie uśmiecha w zarys tryumfu. zakładam bransoletkę za 2zł, którą szczęśliwą nazwała pani sprzedawczyni w sklepie.
żonkile w szarawym wazonie zaczynają więdnąć razem z małym wyobcowanym czerwonym tulipanem.
"- Cóż, przyznam się, że postanowiłem iść za tobą i zobaczyć to z bliska.
- Jeżeli szedłeś za mną, to dlaczego byłeś tu przede mną?
- Szedłem za tobą... bardzo szybko. "
- Woody Allen
porankom towarzyszy chłód, który jeszcze bardziej wpycha mnie w ramiona snu, łapczywego i spychającego mnie w czeluście wyobraźni. popołudnie zatrute trzaskiem okien, zgrzytem i rytmicznym uderzaniem wewnątrz głowy. wieczorami myśli delikatnie muskają gwiazdy, przykryte peleryną szarych chmur, tłumiących ich blask. subtelnie uciekają w granatową garderobę nocy. garderobę duszną od parujących łez, wrzasków rozczarowań i fetoru umartwionych marzeń.
/dzisiaj z Zuzanną. przesiadujemy w pokoju krzyczącym od pomarańczowości. głośniki pełne głosu grzegorza ciechowskiego, a przede mną Zuzanna w czerwonej flanelowej koszuli, chyłkiem wykradzionej ze stosu wypranych ubrań, z pełnymi wydętymi ustami na małe rozmowy./
otwieram drzwi i poszukuję pigułek na ból głowy. parzę herbatę i zjadam ciasto.
potajemnie błądzę w korytarzach blizn nasercowych i rozdrapuję je tworząc scenariusze piątkowe.
chyba mam cykora, który narasta we mnie i rozszarpuje moją (nie)świadomość, bo nic się nie uśmiecha w zarys tryumfu. zakładam bransoletkę za 2zł, którą szczęśliwą nazwała pani sprzedawczyni w sklepie.
żonkile w szarawym wazonie zaczynają więdnąć razem z małym wyobcowanym czerwonym tulipanem.
"- Cóż, przyznam się, że postanowiłem iść za tobą i zobaczyć to z bliska.
- Jeżeli szedłeś za mną, to dlaczego byłeś tu przede mną?
- Szedłem za tobą... bardzo szybko. "
- Woody Allen
niedziela, 2 maja 2010
104.
spacerujemy po cmentarzu i zrywamy żonkile. ostatnia brama cmentarzu przenosi nas na plac budowy, w którym szukamy wyjątkowości w nieużyteczności przedmiotów. droga wiedzie w dół, więc tak postanawiamy wracać i ze słońcem odbijającym się w oczach wdzieramy się na górę przez wypalone trawy, spalone wiosną.
cmentarne rozmowy o życiu i zerwanych żonkilach wcale nie są szare niczym nagrobki, mijane wolnym krokiem ze wzrokiem wbitym w daty.
nie mam czelności pytać o drogę, gdy życie ekscentrycznie zakręca w małe, piaskowe dróżki bez drogowskazów. niebo, matecznikiem myśli, krzepiących ciało i usta pozostawiających w pół zamknięte. wiosna i małe rozczarowania. w pokoju śpi chaos i wdziera się w raban wspomnień. rozrzuconych rozmachem dłoni w pajęczyny snów.
a w snach katastrofy, tonące statki, potoki łez i troskliwe uściski ramion.
na brzegu rzeczywistości siedzę machając nogami i z oczu potokiem łez podlewam kwiaty.
cmentarne rozmowy o życiu i zerwanych żonkilach wcale nie są szare niczym nagrobki, mijane wolnym krokiem ze wzrokiem wbitym w daty.
nie mam czelności pytać o drogę, gdy życie ekscentrycznie zakręca w małe, piaskowe dróżki bez drogowskazów. niebo, matecznikiem myśli, krzepiących ciało i usta pozostawiających w pół zamknięte. wiosna i małe rozczarowania. w pokoju śpi chaos i wdziera się w raban wspomnień. rozrzuconych rozmachem dłoni w pajęczyny snów.
a w snach katastrofy, tonące statki, potoki łez i troskliwe uściski ramion.
na brzegu rzeczywistości siedzę machając nogami i z oczu potokiem łez podlewam kwiaty.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
