czwartek, 29 września 2011

175.

myślę, że twory mojej wyobraźni nigdy nie przybiorą kształtów rzeczywistych.
tak właściwie sobie umarłam, niewłaściwie w sposobie.
nigdy nic. nigdy.
stałam się wykreowanym kontrastem samej siebie.

wtorek, 23 sierpnia 2011

174.

słowa wystygły.
ogół tego wszystkiego, namnożonego w ostatnich tygodniach wytępił chyba wszystkie perspektywiczne myśli.
wszystko rozlazło się nam w rękach, wielkie plany ucieczek zastąpiła ulica miłości i noce, w których próbowałam umierać w sobie dla świata.

zdarzyło się znowu rozrysowywać przyszłoście, tworzyć wspomnienia, które nie zaistniały, w końcu zachłysnąć się tym wszystkim i utopić w kubku wieczornej, ostygłej herbaty w kolorze nieobecnych oczu.
za szybko, za łapczywie próbowałam wchłonąć się w obojętność, która raczej zaczęła napastować mnie z naprzeciwka.
nie lubię wieczorów. znów czas to zlepek marnych epizodów ciągnących za sobą wizje kontynuacji, które zdążyłam stworzyć. w które zdążyłam uwierzyć i które zaczęłam wspominać tymi właśnie wieczorami rozbudzającymi martwą wyobraźnie.
zimna od wszystkich gryzących słów od dziś patrzę w lustro mając nadzieję, że spotkam w nim kogoś innego. takiego wiesz, bez włosów, co wypadają garściami i obgryzionych paznokci. kogoś o autentycznym uśmiechu myślę.

/gaśniemy z emocjonalnego wzburzenia.
w otumanienie. w ulice dawnych miłości.
niezaistniałych.

środa, 22 czerwca 2011

173.

wszyscy rozpraszamy się w skrajności.
trwamy tylko w epizodycznych łachmanach dni.
a mi się chciało kiedyś marzyć o powłóczystościach rozłożonych na życiowych ścieżkach, o niezmiennościach ułożonych w szereg oddechów.
głupia byłam myślę. wszyscy nosimy znamiona przeszłości i znamiona teraźniejszości na którą patrzymy ze świadomością, że zaraz i ona się nią stanie.
wszystkie moje leniwe myśli skupiają się na naturalnym przesiewie ludzi ważnych i ważniejszych. wszystkie zaczynają wyć i pękać pod wpływem powietrza.

zamknęłam się w wymuszonych zdaniach, nieudanych próbach trwania nadal. tam się zatrzymałam. tam dogorywajcie wszyscy.
pierwotne kształty zniknęły pod mgłą czasu.

piątek, 10 czerwca 2011

172.

coś w niczym i głodne popołudnia.
duszne dni rozlewają się żółcią na splocie moich włosów.
z niewydolności ciała siedzę nad ciszą, nad wyobraźnią w sekwencji zdarzeń przypadkowych, w które wpadłam, które polubiłam i które łechcę, by chciały mnie mocniej.

sny tak realne, że wpadam w nie po trzykroć, które rozwijają we mnie kalekie nadzieje. zabawne, że zwykła senna projekcja już nie raz potrafiła przetrzepać moje szafy z wartościami i celami i tak dalej i nagle połowę powyrzucać, powrzucać nowe i zamknąć drzwi a z otwarciem powiek, otworzyć i drzwi i stać w bezradności kończyn, które nie wiedzą czego się złapać. niby taki stan rzeczy nic nowego, zawsze mam bałagan w okół siebie i ubrań muszę szukać pod łóżkiem. dziwnie mi myślę, niepewnie chyba.

/chcę mojej ulicy miłości, która zawsze uśmiecha się tylko do nas. chcę tych ulic i chodników, na których marnowałam rok swojej leniwej młodości.
te wszystkie zwyczajne zakamarki tego miasta są tylko nasze. zaczynają istnieć w swoich mistycznych imionach, jakimi je ochrzciłyśmy.
ulica miłości to pewnie tylko wąska ścieżka na której wybudowano szeregi pleśniejących teraz garaży. ulica nienawiści to pewnie tylko schowana za sklepem monopolowym przestrzeń do spożywania alkoholu miejscowych dziadów pijących tanie trunki.
czasami mi się wydaje, że w każdym z tych miejsc zostawiłam cząstkę siebie i kiedyś tu wrócę, pewnie jak siebie stracę, żeby chociaż znaleźć tą pozostawioną namiastkę, tą małą duszyczkę, która szukała niezwykłości w szarym chodniku i dopatrywała się w ciągach zdarzeń roli przeznaczenia. powoli to tracę, wydycham się w pustkę. zresztą, może to i lepiej. kiedyś pewnie się obudzę z mojego małego nihilizmu i tu wrócę, zatęsknię i może znów będę.

wtorek, 24 maja 2011

171.

Ludzie, którzy rozmawiają, nic nie mówiąc.
Ludzie, którzy słyszą, nie słuchając.

ciekawe czym byłby każdy dzień bez ceremoniału spotkania. dźwiękiem ciszy krzyku myśli.
ciekawe czym byłoby wszystko zebrane w szeregu miesięcy bez tych okiennych przesiadywań z dymem zagnieżdżającym we włosach, bez ulicy miłości i ramion jej mistycznej siły, bez nietoperzy w cieniu krzyży rozdzierających powietrze nad głową.
chyba doświadczam istnienia jakiejś kosmicznej więzi i niematerialnej obecności. chyba doświadczam też tęsknoty wzmaganej każdą godziną, rzeczywistości tego, co zlizywałam ze sznurów związanych słów na brudnych stronach książek.
czasem nie mam liter.
bo to za duże na te małe ulice. nasze ulice. bądźmy niezmiennością tylko.
/bawię się w autodestrukcję rozpuszczoną w ciepłym kubku ambiwalencji. odrywam sobie ręce i wyrywam wargi wzniesione ku skórze. skórze schowanej w ciemnym pokoju. w przeszłości, której pewnie i tak nie było. śnią mi się końce światów, wybuchy i uściski ostateczne. rozwinęłam się w halucynacji zwiniętej w zwój ciepłych snów.
kiedyś umrę pewnie.

czwartek, 21 kwietnia 2011

170.

dzieję się jedna wielka analiza. rozrywanie wspomnień wklejanie tych pół-wspomnień w stworzone teorie, do których pasują.
/umiem marnować każdą minutę ciszą ramion skrzyżowanych na klatce piersiowej, snem w pozycji embrionalnej, malowaniem rzęs obrzynami dnia wczorajszego czy najbardziej banalnym pochłanianiem powietrza.
wystarczy tylko napoczęte słowo, żeby rozwinąć się w uśmiech, stworzyć tysiące wspomnień nieistniejących i zwinąć się pod ich niedowładem w ślepotę łez chaotycznie tworzących mozaiki na bladej twarzy.

chcę spotkań na zimnych betonach tego miasta, chcę autentyczności każdego oddechu, chcę czasem śliny też, tak naprawdę.
galimatias pęcznieje z każdym dniem, tylko tym razem rwąc każdy dzień nie ma ujścia. czekam na apogeum bierności, co rozsiadła się w teraźniejszości.
czasem smutna ze mnie postać, z nad bulwaru zachodzącego słońca.

niedziela, 3 kwietnia 2011

169.

nie wiem właściwie do czego chcę się dziś przytulić.
sen rzyga przeszłością, której nie było. nie mam tych samych warg. nie masz tej samej śliny.
staje się mdło. staje się tęsknota.

zastępy martwego jutra forsują twierdze wieczoru. zastępy o twojej twarzy, bardzo niematerialnej.
perturbacje mojej wyobraźni ustają, za kościołem, gdzie się rozkładamy na wilgotnej trawie, gdzie nad głowami latają nietoperze pod płachtą ciemnego kołnierza nieba ze szczyptą gwiazd po nim rozrzuconych.
zresztą z tego nic nie robienia wykiełkował filar każdego mojego dnia, mała defilada beztroski krocząca bezwonnymi ulicami, w kolejny kres dnia, w kolejny rytuał płodzenia dnia następnego, w kolejną nicość.
/trwajmy znowu, proszę.

sobota, 2 kwietnia 2011

168.

zostawiam za sobą kolejne nierozwinięte nici życia, kolejne rozerwane sekwencje niewydarzonych zdarzeń.
cisza pod skórą, między wargami a zaraz obok potargany chaos obłąkanego świtu rozlanego na bladym ramieniu. mam ochotę spędzić wieczność w nagrzanej od ciała pierzynie, w świadomej halucynacji, w osobistym omamie przeszłości zlanej z nieistniejącą poczwarą spłodzoną z każdej małej nadziei. w zimnej klatce struchlałych ścian, w pełni uroczystości snu, której nigdy w satysfakcjonujący sposób nie opiszę. właściwie to nie znam się na słowach równie co i na krawiectwie, umieraniu i życiu, cokolwiek to znaczy. myśli płodzą mi się w tempie zajęczej kopulacji, nierozwinięte, skrócone ustępujące miejsca kolejnym orszakom wizji wzniosłości kolejnych dni.
doświadczyło mi się coś dziwnego; każda postać, każdy zwój tętniących tkanek stał się sentymentalną fatamorganą rozpełzłą po planszy mojego dnia. po mnie, jako jedynej kreaturze o ciepłym oddechu miętoszonej przez wspomnienia wijące się teraz nieobecnie, nacierające zewsząd - we wzrok, słuch i papierowy dotyk. przesiąknęłam martwością, wyobrażeniem samotności, którą trzeba przeżyć samemu i w sobie.

dajmy odpaść naszym ustom.

czwartek, 24 marca 2011

167.

w (nie)obecnościach; zdałam sobie sprawę, że mój horyzont jest niczym więcej jak tylko ciemną płachtą moich powiek opadającą na obrazy po których w danej chwili wije się mój wzrok.
cała sekwencja przeszłych zdarzeń ścieka na mój sen tworząc tylko białą plamę urojonej historii trwającej tylko nocą.
zasiedziałam się tworząc wizje spektakularnych końców i wznowień. zasiedziałam się nad grobową ciszą warg. zasiedziałam się, jako fragment nieistotnej części tego wszystkiego, co jest.
w swojej nagiej fantazji pulsującej gdzieś między szarością każdego martwego już o brzasku dnia.

wychodzę czasem z szuflady stworzonych halucynacji.
wychodzę i boję się światła.

wtorek, 15 lutego 2011

166.

pamiętasz, kiedyś uciekaliśmy przed trzepotem ptasich skrzydeł w nadmorskim powietrzu.
kiedy spojrzę na siebie z przed kilku miesięcy; byłam rozpełzła w nieistniejącej już wtedy namiastce miłości. ktoś stawał się coraz ważniejszym elementem mojego życia, a z upływem czasu niemal jego treścią. dziś ten sam czas rozgryzł resztki tego samego życia i wypluł na wczorajszy wiatr.
nieustannie piję kakao, patrzę przez okno na mnogość świateł otumaniających lepki wzrok. senne projekcje liżą koniuszki moich palców wysysając złe wyobrażenia o świecie.
każde niebo wygląda niczym chmura tytoniowego dymu wypuszczona ze splugawionych przeciętnością warg. czasem tylko płaszczyzny przeszłości przenikają przez struchlałe organy kolejnych dni i rozpływają się w tafli absolutu.

środa, 12 stycznia 2011

165.

dzieję się nicość.
nie potrafię rozciągnąć w sobie wizji przyszłości, rozłożyć jej starannie na wargach i opatulić serca.
nie potrafię też rozerwać bezustannego miarowego rytmu stóp natarciem przeszłości.

spaceruję rozrzucając się na chodnik w skowyczenie wszechobecnej obojętności zabarykadowanej gdzieś między żebrami.
rozlewam się w ślepą strugę łez parującą na wargach muskanych nieużywaniem.
złowrogie konary wiją się zaokiennie nieudolnie rozszarpując mdłą szarość nieba, w której topią się płody moich nadziei.

chcę tylko, żeby sen lizał moje blade czoło, beznamiętnie.
umieranie nie boli, naprawdę.

sobota, 1 stycznia 2011

165.

blady materac skóry rozłożonej na udach mizernieje z każdą sekundą. posępne czarne kruki siedzą na sznurach obok ulicy miłości i powolnym ruchem skrzydeł wzbijają się w poszarzałe niebo przybierające kolor moich oczu po kolejnej nieprzespanej nocy.
rozpięłam się w śliską monotonię. wyblakłam z każdej barwy wspomnienia rozlewając się w szarość miasta.
boli mnie słuch od tej jednostronnej ciszy rozprzestrzeniającej się na kolejne niewinne godziny. boli mnie dotyk, który rozpadł się nieśmiałością na sopockiej ulicy.
panoszą mi się przeterminowane słowa, które są kojącym balsamem przeszłości na lęki rozlazłe po każdej tkance, w każdym zmyśle.

wczoraj zerwałam z siebie powłokę kamienności, wczoraj upuściłam kilka ślepych łez, wczoraj wypiłam cynamonowe kakao i tęskniłam.

O mnie

Obserwatorzy