niedziela, 28 listopada 2010

158.

to nie była dłoń.
całe jestestwo tego świata dało mi w ryj.

dziwne wizje mam we wnętrzu opierzone roztrzaskanym w szczęściu wzrokiem na widok bieli zaokiennej o poranku.
mój proces zapominania stał się powłóczystą linią rozdrażnionego spojrzenia. listopadowe powietrze znów ma swoje imię. topię popioły duszy śpiąc ponad jedenaście godzin, chaotycznie przerywanym snem kolejnym rozdziałem ekscentrycznej plątaniny zdarzeń nierzeczywistych zlepionych ze strzępek wystraszonych źrenic, monotonnych pomruków, śliny i nocy.
dwudziesty ósmy listopada rozpina się szyldem pod którym w krwawej bitwie z rozumiem giną wszelkie tkanki, w których pulsowała miłość. wiara w jakąkolwiek rzeczywistą szatę nadziei przy nagości rozczarowania rozpełzłego po materacu mięśni i ścięgien ogołoconego ze szczątek ludzkich odruchów, w którym tkwię.
ostatnio czułam, jakby mieszkał we mnie drugi człowiek, obcy. umierał powoli rozpryskując ciężar swojej agonii po całej powłoce mojego ciała.
żołądek płacze, kończyny wyją, serce jęczy pustką.

mówiłam, że ktoś nie żyje.

wtorek, 23 listopada 2010

157.

co tu dużo mówić, coś pękło. pękło w nas wszystkich rozłożywszy się grymasem szarego nieba.
korzystając z przywileju śmierci rozlewamy się pod powieki.

z albumów nieautentycznych.
cicho podpieram ścianę bladą dłonią. chaosem myśli nieobecnych wyżłabiając niemal dziury w zielonej pokrywie umysłu.
czasem chodzę moją osobliwą ulicą miłości i rozkładam się na części pod kopułą gwiazd. okrywam nocą nagość rozdrobnionej wyobraźni kiedy miasto bieleje mglistą powłoką.

każdy tańczący w powietrzu atom czuł dziś więcej ode mnie, kiedy rozlepiałam rzęsy, kiedy zalałam sen gorącą herbatą, kiedy uśmiechem doprowadziłam dawne strapienia do wrzenia, że spienione wyszły wieczorem, żeby obleźć ciało kłączem prawdy i słabością kończyn.
długo wpatruję się w mętny wers horyzontu za oknem, który właściwie scala się w jedną, odległą ciemność, która nie mówi nic.
to coś patrzy agonalnym wzrokiem. wewnątrz.

środa, 17 listopada 2010

156.

są łóżka przesiąknięte wonią leniwie rozłożonych na nich ciał. są rozbolałe żyły. są szybko zgaszone światła. są powłóczyste godziny rozklejające czas.

złożyło się, że przy zgaszonym świetle biel budynku odbijała się na drzewach tak bardzo, że przesiąknęłam zimą i zamknęłam powieki. zapamiętałam każdy urywek snu łapczywie wyciągnięty z łona nocy skrzypliwym skowytem otwieranych drzwi.
bezuśmiechem cicho oblepiającym twarz zaczyna się kolejny cykl kończenia. rozpełzłego na podłodze, wargach i wietrze.

dziś położę się już w swoim łóżku. trzymając w ręku garść słów, które nikogo nie obchodzą i z których dawno odeszło tchnienie rzeczywistości.
mam chęć naoliwienia własnego wnętrza, w którym tańczą jeszcze dogorywające nadzieje. w tafli kałuży tonie kolejna kropka deszczu, wiatr uprawia chaos. wypiłam pokaźny kubek, z którego brzegów wylewało się kakao. ta cała rzeźba życia rozsypała się mi pomiędzy palcami kiedy jeden ruch stworzyłby jej ostateczny obraz. bezmyślnie patrzyłam na telewizor, oglądając na suficie tango moich myśli. zatęskniłam za zimową poświatą roztoczoną nad miastem. właściwie to zatęskniłam za każdą ulicą i całym tym światem, który pozostał niezmieniony od czasu kiedy odszedł z niego mój duch. trochę za sobą. sama nie wiem.

/od rana wisiała nade mną czarna chmura przyszłości, którą i tak zdążyłam już przełknąć, rozgryźć, wyrzygać, znów połknąć i tak dalej. nie poradziłam sobie jeszcze z przetrawieniem kolejnej czarnej masy oblepiającej moje wewnętrzne tkanki. zbawiennego wydźwięku patetycznych haseł wpychanych do gardła, żeby uczesać myśli, wsunąć spodnie i wyjść z czterech ścian.
czerń emitowała do wewnątrz próżnię, która rozeszła się po każdej myśli niegdyś krzyczącej a dziś bezładnie dyndającej między wrzaskiem nienawiści a jękiem miłości. nic takiego, wlekłam to bezduszne ciało. nic takiego. możecie się śmiać.

czwartek, 11 listopada 2010

155.

miasto w pokrywie sepii i nieokrzesana szarość na firmamencie. godzina piętnasta trzynaście, bagatela. morze zaokienne stało się brudną zawiesiną, w której sidła wpadły pojedyncze statki.

spałam z pięć godzin. właściwie to dzień wczorajszy wtłoczył we mnie mały optymizm, który powoli przestaje się ze mną wlec przez kolejne godziny. tak właściwie to każda godzina mnie nuży. ostatnio pałaszują mnie przeczucia i opróżnioną głową sklejam wargi lekkim uśmiechem. czasami wszystko wydaje się takie puste i wtedy tylko cisza potrafi mówić. któregoś razu podczas takiej rozmowy zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam swojego dzieciństwa. nie pamiętam właściwie, co powinnam pamiętać.
piętnasta trzydzieści dziewięć: niebo ma kolor skóry noworodka i podbitych oczu na płachcie rozlanego błękitu.
czasem myślę, że wychowały mnie szeregi moich urojeń, stosy zapisków z dni, kiedy żyłam we własnej głowie.

boję się tego zepsutego miasta.

poniedziałek, 8 listopada 2010

154.

kuchenne spowiedzi; rozrywane zgrzytem otwieranych drzwi. ulepione.

od kilku dni permanentnie doskwierała mi wewnętrzna próżnia. dnie wzrastały na moich oczach i wbijały się u schyłku słonecznej kadencji w horyzont rozsiewając nad całym miastem plantację barw.
ogrom patetycznych haseł wpełzał głęboko do życiorysu trawionego wydzielinami każdego dnia.
deszcz miarowo rozbijał się na szarym chodniku z którego szczelin wyglądały martwe ptasie pióra. nie widzieli, że roztapia moją powłokę związanych myśli.
w kubku jeszcze o dziewiętnastej z dna łypał osad porannej herbaty.
mój świat nie istniał, a ja każdej nocy usilnie próbowałam wyżymać umysł, zapętlając wir myśli na tyle mocno, by powstał. później pełzłam mozolnie zostawiając w ciemnej przestrzeni historii, kolejną datę. czasem nadziewałam wzrok na jeden punkt roztaczając wokół siebie sferę ciszy, która krzyczała z oczu.
w stercie zżółkłych liści leżał czarny bucik z niewielkim obcasem. na balkonie kobieta rozłożywszy ręce wprawiała w ruch wargi modlitwą. ktoś po drugiej stronie odpalił papierosa. na ślepiach nieba niby rzęsy ułożył się klucz ptaków.
nie zauważyli, że nakryłam się codziennością.

niedziela, 7 listopada 2010

153.

rozrzucam się na chaos myśli.
lepię powłóczystą bezsenność bólem głowy i motaniną chwil, które przywołać chcę snem choć na chwilę.
mam pod skórą nic, zatrute każdym rwącym ciało wspomnieniem.
każdym zdjęciem przyprawiam się o palpitację serca i wylew czerni ze źrenic.
obnażony dzień przykrywam kakaem, marną telewizją, książką i cmentarnym spacerem.

harmider wewnątrz-myślowy przykryty jesienną peleryną, skomląca w każdej onirystycznej halucynacji, która przenika głęboko w krew, co jest wodą na młyn małej utopii, w której mam kawałek jego serca ułożonego całkiem obok, że aż czuję bicie ułożona wzdłuż. niby nic takiego.
zielony lakier starła z paznokci dłoń czasu, pole fioletowych siniaków niedbale rozrzuconych po nogach, koniuszki rzęs stały się bezbarwne, na dłoniach rozciąga się pajęczyna spękanych naczyń krwionośnych utkanej nad bladością skóry listopadowej zresztą.

nad miastem wisi złowroga płachta czerni, w mieszkaniu żarówki plują żółtym światłem. nie lubię żółtego światła. zewsząd słychać tylko, że o szesnastej robi się ciemno, że wydzieliny ciemnej zawiesiny nocy zatruwają każdy poranek targając myśli, które stały się już mozolną rutyną każdego dnia, który u schyłku znów zatacza koło, by skazić kolejne godziny, w których każdy oddech pachnie perspektywą powolnej śmierci, która gotowa jest zacząć się od zaraz przeżuwając strzępki tej spopielonej duszy wypluwając ją do wewnątrz by w końcu pozostawić po nas tylko podgniły zwój kości, tętnic, ścięgien i gdzieniegdzie mięśni.

w sumie śmieszą mnie ludzie ze swoim zamkniętym postrzeganiem świata, w sumie to też jestem śmieszna w swojej świadomej hipokryzji, bo mój świat kończy się na sztywnym czekaniu bo czasem czuje się mojrzeszem, który od nużącej drogi na stopach ma zaschnięte strużki zimnej już krwi a na twarzy kamienne zmęczenie, choć pokrzepiony nadzieją zmiany idzie dalej przeoczając kolejny dzień, kolejną twarz i zaułek, w którym być może stoi szczęście-kadłubek i wyrwane (nie)szczęśliwe rączki bezładnie wijące się resztką tchnienia, jakie jeszcze im zostało.

środa, 3 listopada 2010

152.

w dniu pierwszolistopadowym z natłoku wszystkiego, co wylęgło się we mnie w małej przeszłości wychodzę niedbale ubrana, w wilgotnych źrenicach i w całej bojaźliwości, jaka rozgrzewa moje ciało spaceruję po małym cmentarzu schowanym w matczynych objęciach lasu.
małe nagrobki, które łamią się w pół i rozkruszają na mizerną trawę. sponiewierane czasem, który starł daty zostawiając nienaruszoną szarość płyty którą rozświetlają lekko tlące się w ciemności płomienie czerwonych zniczy ułożonych pojedynczo na każdym z nich.

każdy oddech szarego sklepienia rozdrażnia tylko to rozgdybanie o przemijaniu którym pachnie cała ulica, epizodyczności wygryzającej dziury w życiorysie i każde jej ujęcie prowadzi do punktu wyjścia i panoszy się w głowie, duszy, pokoju i całym mieszkaniu.
w tym wszystkim wargi wykrzywiam do podłogi, nadziewam wzrok beznamiętnie i zamknięta gdzieś w gnieździe swojej świadomości usypiam każdy zmysł, który karze mi odczuwać.
następnego dnia, kiedy odór bazarostwa święta wszystkich zmarłych powoli zaczyna zanikać, spaceruję z magdaleną po srebrzysku. dostajemy za darmo kwiaty, układamy je na obsypanych zapomnieniem grobach, które stoją jeszcze na własnych popiołach.

dzisiaj znowu mydli mi oczy nadzieją.
doskwierasz mi w każdym zakamarku rozkładającej się duszy. umartwiam się w obawach, w wieczorze i tęsknocie.

/gdyby istniała jakakolwiek predestynacja jakiejś wyższej siły dzięki której atencji jesteśmy tu gdzie jesteśmy, to chyba nieprzypadkiem mieszkam ciągle przy cmentarzach otulona mnogością trupów moich marzeń, które gniją wewnątrz ciała sprawiając niemal fizyczny ból.

O mnie

Obserwatorzy