otwieram oczy tak mocno w obawie przed napływami płaczu, że aż czuję ból, bo znów próbuję ocierając paznokciem o zdjęcie poczuć coś, czego szukałam w obszarze promieniowania twoich tkanek, kiedy stałam obok z tak bardzo nieużytecznym ciałem.
/wczoraj;
nocą rozdzierają światła samochodu czerń oblepiającą każdy skrawek lasu, który rozrastał się wokoło drogi. potoki płynów mazgających się nad głowami ciemnych chmur, które swoją ponurą aurę rozsiewają po całym niebie, zamieniając jego błękitne spojrzenie w rozmazy szarości. co chwila zarysy przeskakujących na sąsiedni, niemal brzeg drogi, bo te chimery pogodowe uczyniły ją niemal morską siostrą małych żab i myszy, których nieświadomość wpycha je pewnie pod koła wszystkich pojazdów sennie mknących przez węglowe krajobrazy początku kolejnego dnia.
znów wyeksploatowana z sił i strzępek nadziei przyczepionych jeszcze gdzieś do ciała kładę się nie przebrawszy się nawet do łóżka, które stało się małą kolebką myśli z wykrzywioną twarzą i twoimi ustami. ciszą.
nie mam ochoty choćby skakać z wieżowców bo ogołocona z każdego marnego złudzenia czuję jak zaczyna boleć mnie wzrok, słuch i dotyk na każde ujęcie ciebie.
tragiczne życiorysy rozrzucone na stole. granatowe trampki. herbata. czas. milczenie telefonu. rozrastające się zimno podskórnie-wewnętrzne. skwierczące od próżni dzisiaj (nieobecny..).
sobota, 28 sierpnia 2010
czwartek, 26 sierpnia 2010
140.
słowa miarowo stukają wewnątrz głowy i wystukują bezsenność. słowa kopulujące z ciszą namnażają we mnie podskórne konflikty.
nie bawię się nocą, sklejając kontury pochłaniane przez jej rozrastają się czerń wszystkiego, co zasięg oka obejmuje. walczę z tego natłoku myśli z kołdrą, ciałem, pozycją ułożenia głowy, namolnie otwierającymi się powiekami i samą sobą produkującą coraz to większe ich szeregi.
analizuję powoli każdy kroczek, każde słowo rozgryzam na pół i szukam tego błędu, który z lubieżnością obrócił mi ten oniryczny dzień w czeluście rozumu, który kruszy wszelki obraz namalowany lewą ręką nadziei (nadzieja nie jest mańkutem, panowie). wybałuszam oczy i nadziewam wzrok na zegarek, który napędzany tym czasem, który zdaje się za szybko uciekać wybudza rozum otumaniony urojonymi scenariuszami, a ten za to maluje tą moją wewnętrzną poczekalnie na te parę słów czernią i żałobne pieśni wyśpiewuje przy zamknięciu jej drzwi. sygnału nie będzie, słowa choćby przeżutego. mieszkasz tam w tym swoim świecie i łamiesz mi kości palców, kiedy próbuję otwierając lekko drzwi wejść do środka, a wtedy nie czuję bólu rozgniecionych kości, ani złości, właściwie nie czuję nic, a ta nicość rozrasta się do każdego skrawka ciała, coraz mocniej nieczułego i przesiąkniętego tym wszystkim, czego nie dotknęło.
znów czuję się arlekinem o włosach koloru brązowej koperty, który uporczywie próbuje jakoś poruszyć jednoosobowym tłumem, do którego należy. który, mimo, że znów schowany gdzieś w odmęty dnia i obrastający szarością wypluwaną przez jego serce to obmyśla tylko nowe sztuczki, żeby tłum był skory uśmiechnąć się, choć raz, tak specjalnie, dla niego.
nie bawię się nocą, sklejając kontury pochłaniane przez jej rozrastają się czerń wszystkiego, co zasięg oka obejmuje. walczę z tego natłoku myśli z kołdrą, ciałem, pozycją ułożenia głowy, namolnie otwierającymi się powiekami i samą sobą produkującą coraz to większe ich szeregi.
analizuję powoli każdy kroczek, każde słowo rozgryzam na pół i szukam tego błędu, który z lubieżnością obrócił mi ten oniryczny dzień w czeluście rozumu, który kruszy wszelki obraz namalowany lewą ręką nadziei (nadzieja nie jest mańkutem, panowie). wybałuszam oczy i nadziewam wzrok na zegarek, który napędzany tym czasem, który zdaje się za szybko uciekać wybudza rozum otumaniony urojonymi scenariuszami, a ten za to maluje tą moją wewnętrzną poczekalnie na te parę słów czernią i żałobne pieśni wyśpiewuje przy zamknięciu jej drzwi. sygnału nie będzie, słowa choćby przeżutego. mieszkasz tam w tym swoim świecie i łamiesz mi kości palców, kiedy próbuję otwierając lekko drzwi wejść do środka, a wtedy nie czuję bólu rozgniecionych kości, ani złości, właściwie nie czuję nic, a ta nicość rozrasta się do każdego skrawka ciała, coraz mocniej nieczułego i przesiąkniętego tym wszystkim, czego nie dotknęło.
znów czuję się arlekinem o włosach koloru brązowej koperty, który uporczywie próbuje jakoś poruszyć jednoosobowym tłumem, do którego należy. który, mimo, że znów schowany gdzieś w odmęty dnia i obrastający szarością wypluwaną przez jego serce to obmyśla tylko nowe sztuczki, żeby tłum był skory uśmiechnąć się, choć raz, tak specjalnie, dla niego.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
139.
niespodzianka wpięta w wieczór, który obejmuje nas poszatkowanymi łzawym strumieniem przyjaznymi ramionami.
nie dość, że wszystko dzieje się jakby obok mnie, łono matki poskąpiło mi dobrego głosu i te wszystkie czynniki niezależne ode mnie przewracają mi co chwile życie na skrajny bok w trakcie jego harmonicznego snu, to nie mogę zdecydować się choćby, czy zjeść dziś cokolwiek.
myśli powtarzane systematycznie w ciągu dnia lepią mi sny, a ja znów obgryzam paznokcie i co gorsza, nie potrafię się rozradować w przestrzeni tego domowego konfliktu na myśl o tym, co w perspektywicznym myśleniu jawiło się jako spełnienie absolutne.
na ubranie tego całego galimatiasu, jakim się stałam, w słowa zabraknie nawet poezji. chyba zaczynam krztusić się tą całą papką dla otumanionego iluzorycznością, która etapami zaczyna przenikać w (nie)codzienność umysłu.
budzą się permanentne bóle głowy i uczucie mdłości, a noce rozciągają się nicią bezsenności.
"Szczęście jest optyczną iluzją. Dwa lustra, które wysyłają sobie ten sam obraz w nieskończoność. Nie próbuj dotrzeć do początkowego obrazu, nie ma go tam. "
- Lolita Pille
nie dość, że wszystko dzieje się jakby obok mnie, łono matki poskąpiło mi dobrego głosu i te wszystkie czynniki niezależne ode mnie przewracają mi co chwile życie na skrajny bok w trakcie jego harmonicznego snu, to nie mogę zdecydować się choćby, czy zjeść dziś cokolwiek.
myśli powtarzane systematycznie w ciągu dnia lepią mi sny, a ja znów obgryzam paznokcie i co gorsza, nie potrafię się rozradować w przestrzeni tego domowego konfliktu na myśl o tym, co w perspektywicznym myśleniu jawiło się jako spełnienie absolutne.
na ubranie tego całego galimatiasu, jakim się stałam, w słowa zabraknie nawet poezji. chyba zaczynam krztusić się tą całą papką dla otumanionego iluzorycznością, która etapami zaczyna przenikać w (nie)codzienność umysłu.
budzą się permanentne bóle głowy i uczucie mdłości, a noce rozciągają się nicią bezsenności.
"Szczęście jest optyczną iluzją. Dwa lustra, które wysyłają sobie ten sam obraz w nieskończoność. Nie próbuj dotrzeć do początkowego obrazu, nie ma go tam. "
- Lolita Pille
czwartek, 19 sierpnia 2010
138.
nakręciłam kilka filmów w głowie i chowałam się gdzieś w taśmach, tych zawiniętych na białym krążku, wiesz. wystawałam lekko wybałuszając zielone oczy szukając gdzieś ciebie i czując jak literalnie głupieję z każdą minutą czekania na namacalny obraz, którego tym razem będę mogła dotknąć i skłonna jestem ulokować wzrok na każdym szczególe rozpraszającym natrętne niczym owady lgnące do światła owady myśli i zatrzymuję się na dłoniach wiążących białe buty w pociągu. a chłopak młody, włosy krótkie, też blond, ale niepodobny myślę i wędruje tymi oczami do szyby, zimnej podmuchami wiatru od zewnątrz. całe ciało mam zdrętwiałe od tej pustej tęsknoty za iluzorycznością historii wcielanej systematycznie do tego życia. (nie, bo?)
rewolucjonizm wewnętrzny ostatnich miesięcy poszedł się kochać i znowu wpadam w te same schematy, z których w chwilowych olśnieniach zechciałam się wyrwać tak jak wiesz, wszystkie organy pulsujące w ciele kiedy oczy przetwarzały twoje kontury, te rzeczywiste, pochłaniane przez paletę czerni. albo kiedy właśnie oczy wyrywały się z oczodołów na wycieczki po niemych twarzach w poszukiwaniu tego niebieskiego uśmiechu rozlanego na którejś z gdyńskich ulic.
gdynia znów bywa pustką przepychu, odległością bliskości, gdynią-oksymoronem, który wplątuje spojrzenia w każde zbożowe włosy rozwiewane przez chłodny wiatr i równocześnie rozświetlanych przez to sierpniowe słońce słaniające się już ku jesiennym pomrukom.
/dostałam dziś kartkę od magdaleny. miło dostawać kartki. lubię dostawać kartki. lubię słowa. szczególnie te na papierze.
ofuckme, wrzesień puka lekko.
rewolucjonizm wewnętrzny ostatnich miesięcy poszedł się kochać i znowu wpadam w te same schematy, z których w chwilowych olśnieniach zechciałam się wyrwać tak jak wiesz, wszystkie organy pulsujące w ciele kiedy oczy przetwarzały twoje kontury, te rzeczywiste, pochłaniane przez paletę czerni. albo kiedy właśnie oczy wyrywały się z oczodołów na wycieczki po niemych twarzach w poszukiwaniu tego niebieskiego uśmiechu rozlanego na którejś z gdyńskich ulic.
gdynia znów bywa pustką przepychu, odległością bliskości, gdynią-oksymoronem, który wplątuje spojrzenia w każde zbożowe włosy rozwiewane przez chłodny wiatr i równocześnie rozświetlanych przez to sierpniowe słońce słaniające się już ku jesiennym pomrukom.
/dostałam dziś kartkę od magdaleny. miło dostawać kartki. lubię dostawać kartki. lubię słowa. szczególnie te na papierze.
ofuckme, wrzesień puka lekko.
wtorek, 17 sierpnia 2010
137.
drżący poślizg dłoni po ciepłym monitorze w zastępstwie dotyku ciała zamkniętego w martwym zdjęciu, a oczy migoczą jeszcze mocniej łzawą poświatą oświetlaną przez promienie słońca konające w natarciu z szarością nieba.
wspomnienia egzystują w każdym oddechu, tak nierównym i rozrywanym popłochem myśli. dziwne poczucie przynależności zawsze obecne i dławiące chwile. krztuszę się tą ciszą pod twoimi wargami, chłonę tą linię horyzontu wymalowaną grantem i szarością od samego poranka, który pachnie głodem.
nadzieja, obłudna komediantka, aktorka i schizofreniczka, wciąż zasiewa swoje plony na polach nieurodzai przykrytych jej trupami.
/proszę nie próbujcie mnie zrozumieć.
wspomnienia egzystują w każdym oddechu, tak nierównym i rozrywanym popłochem myśli. dziwne poczucie przynależności zawsze obecne i dławiące chwile. krztuszę się tą ciszą pod twoimi wargami, chłonę tą linię horyzontu wymalowaną grantem i szarością od samego poranka, który pachnie głodem.
nadzieja, obłudna komediantka, aktorka i schizofreniczka, wciąż zasiewa swoje plony na polach nieurodzai przykrytych jej trupami.
/proszę nie próbujcie mnie zrozumieć.
niedziela, 15 sierpnia 2010
136.
nieme twarze wklejone w ulice. migawki pod powiekami, tak natrętne. wszędobylskie poczucie pustki wgniecionej pod żołądek, między żebra i nogi. bo niedługo przyjdą dni wywrócone do góry nogami i wyrwie się spokój z zatrutych wspomnieniem tych wszystkich chwili, których nie chce się pamiętać ścian.
/spacerujemy cmentarzem schowane w granatowym kołnierzu nieba, a noc jest tak piękna mnogością mrugających gwiazd i tylko szuranie naszych stóp przerywa koci jazgot, który ocknąwszy satanistyczne wizje popycha nas w popłochu myśli ku wyjściu.
rozłożywszy ciało na moście zbudowanym ponad ulicą pełną samochodowego zgiełku, oglądamy wschód słońca nierozrywany warkotem żadnego prawie silnika, horyzont różowieje i z jasności przeradza się w czysty błękit, którego widok znów wlecze nas do domu, w którym to wreszcie przymykamy na kilka godzin powieki, pod którymi trwa nadal analiza "into the wild", skończonego tuż przed brzaskiem. rankiem znów powłóczywszy zmęczonymi kończynami obchodzimy okolicę.
(nie)zwyczajność nocy i poranku z perspektywą dnia jutrzejszego sprawia, że układam się w wewnętrzny uśmiech, czuję się jakoś pociesznie z tym wszystkim, czego nadmiary wchłaniam i tym, czego brak wylewam ze łzami.
/spacerujemy cmentarzem schowane w granatowym kołnierzu nieba, a noc jest tak piękna mnogością mrugających gwiazd i tylko szuranie naszych stóp przerywa koci jazgot, który ocknąwszy satanistyczne wizje popycha nas w popłochu myśli ku wyjściu.
rozłożywszy ciało na moście zbudowanym ponad ulicą pełną samochodowego zgiełku, oglądamy wschód słońca nierozrywany warkotem żadnego prawie silnika, horyzont różowieje i z jasności przeradza się w czysty błękit, którego widok znów wlecze nas do domu, w którym to wreszcie przymykamy na kilka godzin powieki, pod którymi trwa nadal analiza "into the wild", skończonego tuż przed brzaskiem. rankiem znów powłóczywszy zmęczonymi kończynami obchodzimy okolicę.
(nie)zwyczajność nocy i poranku z perspektywą dnia jutrzejszego sprawia, że układam się w wewnętrzny uśmiech, czuję się jakoś pociesznie z tym wszystkim, czego nadmiary wchłaniam i tym, czego brak wylewam ze łzami.
środa, 11 sierpnia 2010
135.
od początku zeszłorocznej zimy, aż do początku lata kiedy z tego wszystkiego coraz mocniej ulatywał niezauważenie sens moja wyobraźnia nie zaprzestała tworzenia abstrakcji. mimowolnie myśli pobudzają niby-pięść podpisaną twoim imieniem, która uśpiona przez dni kilka spoczywała gdzieś pod żołądkiem by rozbudzić złowrogim uciskiem miażdżącym żebra wszystkie te chwile, małe i większe układając je w zarys fragmentu niedokończonego wspomnienia. wspomnienia rozwianego w niedopowiedzeniach, mogiłach rzeczywistości, które z łobuzerskim uśmiechem grzebała tląca się niczym woskowe światło w krztuszącym się szarością pokoju nadzieja.
bo widzisz, pod zalewającym się nowymi pokładami ciemnych chmur niebem przyklękam na chwilę na kawałku ziemi obrośniętym przez koniczyny, by tej czterolistnej wypatrzeć jak wtedy w dniu poprzedzającym najostrzej pachnące szczęściem chwile i w tej deszczowej osłonie dnia wdycham powietrze w płuca i układam sobie minione lata, które uciekły za szybko, wszystkie słowa, o których wypowiedzenie jestem uboższa, bo teraz jesteśmy prawie dorośli, bo już nie mieszka w nas tylko słońce, którego promienie układają się w uśmiech, bo już nie przesiadujemy godzinami bawiąc się istnieniem, bo my kurwa (nie)dorośliśmy.
no i widzisz chyba, że przez te lata marudne zgubiłam wszystko, dla czego warto by było wyjść z siebie, z wyobraźnią i rozgniecionym umysłem na dłoni. że moje ciało tętni każdym swoim skrawkiem nienawiścią do miejsc, nazwisk i niemych twarzy zatrutych wyziewami tego miasta.
bo ciągle myślę, że co dzień będziesz mówił dobranoc, a ja poprzedzając trzepotem rzęs osunę się w głębokie rewiry mojej sennej wyobraźni, które rozpruwając taflę rzeczywistości przenikną w te ściany, które oglądam codziennie, a wtedy świt rozleje się po podłodze i Twoich oczach kurcząc Ci źrenice i razem z brzaskiem powiesz dzień dobry i będziesz się niemo uśmiechał, oczami.
bo widzisz, pod zalewającym się nowymi pokładami ciemnych chmur niebem przyklękam na chwilę na kawałku ziemi obrośniętym przez koniczyny, by tej czterolistnej wypatrzeć jak wtedy w dniu poprzedzającym najostrzej pachnące szczęściem chwile i w tej deszczowej osłonie dnia wdycham powietrze w płuca i układam sobie minione lata, które uciekły za szybko, wszystkie słowa, o których wypowiedzenie jestem uboższa, bo teraz jesteśmy prawie dorośli, bo już nie mieszka w nas tylko słońce, którego promienie układają się w uśmiech, bo już nie przesiadujemy godzinami bawiąc się istnieniem, bo my kurwa (nie)dorośliśmy.
no i widzisz chyba, że przez te lata marudne zgubiłam wszystko, dla czego warto by było wyjść z siebie, z wyobraźnią i rozgniecionym umysłem na dłoni. że moje ciało tętni każdym swoim skrawkiem nienawiścią do miejsc, nazwisk i niemych twarzy zatrutych wyziewami tego miasta.
bo ciągle myślę, że co dzień będziesz mówił dobranoc, a ja poprzedzając trzepotem rzęs osunę się w głębokie rewiry mojej sennej wyobraźni, które rozpruwając taflę rzeczywistości przenikną w te ściany, które oglądam codziennie, a wtedy świt rozleje się po podłodze i Twoich oczach kurcząc Ci źrenice i razem z brzaskiem powiesz dzień dobry i będziesz się niemo uśmiechał, oczami.
wtorek, 3 sierpnia 2010
134.
to dziwne, ale ramowo ustalone granice między państwami i nowe krajobrazy wpychające się pod powieki stanowią poniekąd zaporę dla myśli, kraniec wyobraźni zatrutej monotonią pytań.
uszczuplając minione dwa tygodnie wylewa mi się z każdej szczeliny ciała dożylnie stosowane niebo jakim okazał się dla mnie paryż. kraina tłumiąca pełnię udręk przybitych do krzyża codzienności, w której maszerując szybkim krokiem nawet przejścia dla pieszych i zamglone horyzonty układają się w uśmiech.
nic nie może też równać się ze spacerem po ulicach barcelony, na których słychać jeszcze szmer przerzucanych stron pachnących typowo przegnitą tekturą. z błądzeniem wzrokiem, który niedawno układał jeszcze słowa w wyobrażenie miejsc, w które uciekało się zanurzając się w nie coraz to bardziej karmiąc czas nieobecnością, w których szaleństwa wyobraźni posuwały się do kreowania złudzeń, które mruczały o ponownym urodzeniu, przeżywaniu tego pieskiego życia na innych zaułkach na których czuć byłoby woń ulotnej miłości i krwi zmieszanej z moczem.
tak samo obecne w krwioobiegu są chwile kiedy to kąpiąc się w morzu na którego tafli niewinnie tańczyła pełnia księżyca razem z pomrukami bluesa po których leżąc na ostudzonym schyłkiem dnia piasku nadziewam oczy na jasno mrugające gwiazdy osadzone na granacie nieba calelli.
mały wycinek pamięci przeznaczony dla miasta kasyn, nocnego życia i starych mężczyzn z wypadającymi odbytami wyposażonymi w hojnie obdarzone wdziękami przez chirurgów plastycznych młode kobiety i łajdaczących się jak ostatnie kurwisony ludzi obarczającymi cię spojrzeniami napęczniałymi od dumy i wyniosłości pachnącej papierowym banknotem.
są uczucia, które muszą pozostać uczuciami nieistniejącymi dla słów. są też miejsca, w których nieobecnie trwamy i oddychamy wspomnieniem o nich rozpraszając je każdym oddechem.
uszczuplając minione dwa tygodnie wylewa mi się z każdej szczeliny ciała dożylnie stosowane niebo jakim okazał się dla mnie paryż. kraina tłumiąca pełnię udręk przybitych do krzyża codzienności, w której maszerując szybkim krokiem nawet przejścia dla pieszych i zamglone horyzonty układają się w uśmiech.
nic nie może też równać się ze spacerem po ulicach barcelony, na których słychać jeszcze szmer przerzucanych stron pachnących typowo przegnitą tekturą. z błądzeniem wzrokiem, który niedawno układał jeszcze słowa w wyobrażenie miejsc, w które uciekało się zanurzając się w nie coraz to bardziej karmiąc czas nieobecnością, w których szaleństwa wyobraźni posuwały się do kreowania złudzeń, które mruczały o ponownym urodzeniu, przeżywaniu tego pieskiego życia na innych zaułkach na których czuć byłoby woń ulotnej miłości i krwi zmieszanej z moczem.
tak samo obecne w krwioobiegu są chwile kiedy to kąpiąc się w morzu na którego tafli niewinnie tańczyła pełnia księżyca razem z pomrukami bluesa po których leżąc na ostudzonym schyłkiem dnia piasku nadziewam oczy na jasno mrugające gwiazdy osadzone na granacie nieba calelli.
mały wycinek pamięci przeznaczony dla miasta kasyn, nocnego życia i starych mężczyzn z wypadającymi odbytami wyposażonymi w hojnie obdarzone wdziękami przez chirurgów plastycznych młode kobiety i łajdaczących się jak ostatnie kurwisony ludzi obarczającymi cię spojrzeniami napęczniałymi od dumy i wyniosłości pachnącej papierowym banknotem.
są uczucia, które muszą pozostać uczuciami nieistniejącymi dla słów. są też miejsca, w których nieobecnie trwamy i oddychamy wspomnieniem o nich rozpraszając je każdym oddechem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
