sobota, 25 grudnia 2010

164.

w noc przedwigilijną, a właściwie na przełomie dwudziestego trzeciego i dwudziestego czwartego grudnia śnią mi się wystrzały przed babcinym domem, w tym samym miejscu, w którym rozlewają się krwiste zachody słońca na pustej przestrzeni niezabudowanych hektarów, a tam ludzie, z niewyraźnymi, poszarpanymi szarością twarzami, których w sennych obrazach odtworzyć nigdy nie mogę. wśród tych wszystkich ponuro mknących między sobą znajomych konturów jest jeden, który lekko przykucnięty ma wyrazistą twarz, niewzruszoną jak fotografia. sen nagle się rozrywa wtłaczając tą świadomość nierealności właśnie wtedy, gdy ktoś miał przyjść.
śnią mi się też ludzie zamknięci w torbie podróżnej ułożonej między dwoma trampolinami między którymi lawiruję z powabnością godną nie lada baletnicy.
krzywo zwisające spodnie z czarnej szafki ustawionej po prawej stronie wyglądają jak zjawa o posępnej twarzy tłumiąca mój spokojny sen.

/znów rozepnę się nagością mojej wyobraźni.
nie poczułam świątecznej atmosfery przy stole, w kroczu czy pakując prezenty. nigdy wewnątrz-myślowo nie pulsowały we mnie, choć teraz niewzruszenie przeszłam przez te dwa dni, aż rozlałam się we własną bezduszność.

środa, 22 grudnia 2010

163.

"Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi.."

bezładna mozaika moich myśli wrzeszczy lejąc się z oczu. zielonym strumieniem nadziei spływającym w ciszę.
/wstałam rano przedwcześnie, stanęłam przed lustrem i zmyłam resztki wczorajszego makijażu lęgnącego się pod rzęsami oblezionymi przez zastygłe ślepe łzy. mgła złowrogo wisiała i sklejała miasto w białą masę przez którą nieskutecznie próbowałam przebić się sennym wzrokiem.

czerwone manekiny z brodą z waty zamknięte za szybą, sine palce wyciągnięte z mokrych butów, pierniki pachnące na stole i przy tym wszystkim cisza, która nieodwracalnie burzy coraz większy obszar mojej wiary, podwalin mojego małego królestwa miłości, którego wizję rozerwały aż do kości czarne kruki ostatnich niespełna trzech miesięcy.
usiadłam w kącie. rozkoszowałam się w tej samej plugawej ciszy każdym słowem, które podkładam pod powieki przed zaśnięciem.
mówię do Ciebie, wieczorną motaniną zmysłów, konfliktem wspomnień, tych rzeczywistych i nie, taką samą ciszą roztrzaskaną o zmarznięte płaty czasu. mówię pod skórę, niemym wrzaskiem, którego wyziewy tamują zakleszczone wargi pod nadzorem szeroko pojętego zdrowego rozsądku.
mam ręce związane niepewnością styczniowego dnia, który ułożony w coś spektakularnego, pewnie okaże się kolejnym małym zgonem, nieprzerwaną powłóczystą ciszą.

środa, 15 grudnia 2010

162.

wdycham nieobecność rozpełzłą po ulicy, mieszkaniu i na wargach.
na wskroś przeszyta szarością. kładę się wcześnie spać z pół-strawioną przeszłością nienarodzoną i budzę się z ochłapami jakiegoś snu na powiekami, lekko sklejonych niepamięcią o minionej nocy.
świeżo spłodzone przeziębienie rozdrażnia bóle głowy.

to zabawne, ale chyba czasem człowiek potrafi stać się spersonifikowanym magazynem wszelakich emocji, które zabiera razem ze sobą. w ciszę.
opustoszałe szeregi tkanek pozostają niewzruszone, przelewa się krew napędzana miarowym stukotem serca, zwężone płuca krztuszą się zimnym powietrzem, które oblepia tym chłodem obojętności każdy przesmyk mięsa, w którym trwam niezłomnie od niespełna szesnastu dwunastomiesięcznych cykli.
beznamiętnie oglądam zaokiennie ptaki w spokojnym locie wklejone w tablicę błękitu nieba, unoszącą się pod okapem kuchennym parę, sentymentalne obrazy, stare filmy i albumy wspomnień.
chciałabym omamiona przeszłością w sennej halucynacji zamknąć się w niezmienności tego stanu.
tym czasem śnią mi się przypadkowi ludzie w incydentalnych szatach dnia.
wszystko jedno.

piątek, 10 grudnia 2010

161.

za oknem z rana nacierały na siebie sznury bieli, wijącej się chaotycznie jak żmije. zaokienne niegdyś miasto było tylko mglistą otchłanią, w której mieściły się wszystkie dni, wyrzucone na te chodniki, które pamiętałam.
blokada wspomnień minionej nocy została sforsowana, że tłum bezsenności zalęgł się i rozprzestrzenił pod powiekami, które rano przybrały kolor niedojrzałych śliwek.

niekompletnie się ubrałam, zapaliłam pomarańczowe kadzidło i postawiłam je na kapslu od piwa, który pełni czasem rolę magazynu dla popiołu. wsunęłam na nogi skórzane spodnie, tak, że ledwo sięgały linii szerokich bioder, a z głośników sączył się szum poezji na tle linii dźwięków klawiszy pianina. usiadłam na wysokim drewnianym krześle ustawionym na parapecie, z którego niezauważenie można obserwować życie tętniące poniżej czternastego piętra i zaczęłam czytać krainę chichów Jonathana Carrolla.
czasem lubię przytulać się do każdego zdania, które cierpi.

/powłóczysta linia mojego procesu zapominania została rozdziobana przez zielone elfy u schyłku dnia.
przestrzeń zieleni rozlała się po ścianach i ściekała opieszale w małe oczy jeszcze bardziej rozdrażniając bezsenność na kilka kolejnych godzin.
blady materac pękniętych naczynek krwionośnych ułożył się na nogach, dłoniach i zwojach skóry pod oczami.
bardzo przyjemnie myślę o samobójstwie.

środa, 8 grudnia 2010

160.

dziś spotkało mnie coś niesamowitego. (coś patrzy, spogląda w oczodoły i rozgryza strzępy duszy.)
wchodzę do sopockiego antykwariatu, między szeregi niedbale poukładanych książek, stosy spiętych stron rozrzuconych po podłodze, niealfabetycznie ułożone grzbiety z których wyglądają duchy słów zlepionych okładkami. tak czy inaczej, bez większego namysłu sięgam po pomarańczową książkę omamiona tytułem "moonlight drive", niepodejrzewająca jakiegokolwiek powiązania z zespołem the doors, wyrwałam ją z łańcucha książkowego i w tym momencie coś budzi we mnie drzemiące dziecko, rozradowane zdjęciem Jamesa Morrisona, którego woń urodzin panoszy mi się w ciele i którego atencji dopatruję się w owej (nie)przypadkowej sekwencji spojrzeń rozłożonych na kilkunastu identycznych półkach i mnogości brzegów książek wystających niedbale.
ósmy grudnia wyobrażałam sobie jednak inaczej. chciałam przesiąknąć poezją, whisky i psychodeliczną muzyką, zbudować w sobie małą rewolucję i wygrać batalię nad wspomnieniem przeszłości nieprzeżytej albo właśnie zasnąć w schronie historii zlizanej z fotografii i pamiętników. na zawsze. w markotne nieistnienie.

/czasem czuję świat na swoich piersiach, a czasami rozpryskuję ten świat na materac zimnych mięśni skubanych przez czarne ptaki rozczarowań i czasu, co krążą nad igrającą poświatą miasta i każdym splecionym kłębem oddechu.
chowam się wieczorami pod martwą taflą wody. w ciszę, w grudzień, w lęk.

niedziela, 5 grudnia 2010

159.

maszerujemy z oblepioną różem twarzą pośród orszaków tańczącej bieli. z witryn sklepowych leje się czerwień i uśmiechają się manekiny z białą brodą z waty, stoją gdzieś dwa renifery, a niedługo zacznie się panoszyć w nozdrzach zapach goździków.
czasem rzęzi we mnie jałowość mojej przeszłości; powłóczystych prób stworzenia namiastki miłości, kolejnych wykopanych łapczywie pod wpływem nagłego olśnienia nadziei ze zbiorowej mogiły marzeń, wszystkich pozornie złych wyborów, aż w końcu dzieciństwa. właściwie zawsze w bożonarodzeniowej aurze przypominam sobie, że jedyne co pamiętam to starcia wewnątrzrodzinne i ślepe łzy upuszczane z bezradnością na to wszystko, na co wpływu nie miałam.
każda myśl o dzieciństwie jest okryciem nagiej samotności, tęsknotą za czystą percepcją tamtych lat i samym sobą, w którym zaczyna kwitnąć śmierć. moje szczenięce lata nie pachną jednak nieskazitelnością i czystym światem, jakim zdaje się być dla nas w tym wieku miejsce, w którym żyjemy.
kiedyś w grudniu dopadła mnie przeraźliwa gorączka i było to moje pierwsze i jedyne spotkanie z jezusem, który wpełzł w rozpalony ponad czterdziesto stopniową gorączką umysł niesparaliżowany jednak na tyle, by uznać to za mistyczny początek nowej drogi, a jedynie halucynacją ulepioną z paplaniny tamtego okresu.
chciałam więc napisać, że na mikołajki chciałabym odzyskać namiastkę siebie, którą utopiły w czerni rozczarowania wszystkie lata wstecz i czas, jaki zatruł mi jeden niepozorny człowiek, chociaż bardziej wolałabym wrócić do małych chwil, które przytulam wieczorami.

/dużo rzeczy zmieniło się szybko, tak szybko jak wypluwamy jesteśmy z paszczy snu w otchłanie rzeczywistości, bagatela. ostatnio zastanawiam się, czy to, że poznałam Selenę K. to sekwencja przypadkowych zdarzeń, w których jednak należałoby szukać jakiejś predestynacji, zbiegiem okoliczności czy celową krzyżówką dróg, słów, codzienności i dni. nie pamiętam momentu, który stał się przełomem do odkrywania kolejnych płaszczyzn, w których znajduje w niej cząstkę siebie, a może jej cząstkę we mnie.
chociaż ostatnio owija nas przyziemność, to.. to czasem zdawałoby się, że odkryłam jeden z zapachów, który uśmierza mój nihilizm i płodzi coś, o czym chyba wcześniej nie miałam pojęcia, nienamacalność wschodu słońca i gdyńskich rozmów.
Amen.

O mnie

Obserwatorzy