w milczeniu się roztapiam.
siedzę ścierając ze skóry obrzynki zaufania i zastanawiam się tylko, ile mi zostało, ilu ludzi odejdzie w skutek normalnego przesiewu, ile perspektywicznych znajomości zostanie tylko epizodem i kiedy rozklejając rzęsy o poranku zobaczę, że każdy oddech stwarza coraz większą lukę.
ćmy przyklejone do szyby podrywa oddech firmamentu zalanego czernią, w której nie migoczą choćby poległe w batalii z pochmurnością gwiazdy.
splin balansuje lekko na krawędzi szklanki wypełnionej owocową herbatą.
w jękach wspomnień szukam balsamu łatwowierności, który rozproszyłby to dzisiaj spłodzone otumanienie, jakie widzę w perspektywie najbliższych dni.
dziś spaceruję po gdyńskiej plaży, przy zamąconym szarością zachodzie słońca i coraz bardziej rozgryzam każdą chwilę, w którą próbuję się chować przed biczem każdego dnia skamlącego tęsknotą.
wykrzywiam splugawione wargi na myśl, że koniec stoi obok i delikatnie pieści moją dłoń. po kalkulacji umysłu wiem, że doszliśmy już na skraj. tylko ta czerwona pikawa schowana w piersi karze mi się telepać na kolejny przystanek i kolejny opustoszały peron po którym błądzić będę wzrokiem szukając zarysu twarzy, szukać zapachu na ulicy i wypatrywać nawrotu tych kilku chwil, co nawiedzają swoim widmem każdy wieczór.
niedziela, 24 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Gdynia - tak blisko, a tak daleko...
OdpowiedzUsuńulice przypominają, w powietrzu unosi się zapach ubrań, a głowa mimo wszystko przywraca obrazy. odłączmy ciało od panelu sterowania.