kolejne rozczarowanie, takie obecne. siedzi przy łóżku i krząta się pod rzęsami. tyle, że z upływem czasu coraz mniej się odwadniam w tym galimatiasie.
chciałabym cisnąć tobą gdzieś w te imienne czeluście milczenia, wyciągnąć i czuć, że wszystkie niewypowiedziane słowa zalęgły się gdzieś tam, że będą pluć zielonymi różami. weźmiesz je w dłonie i ciepłym podmuchem wargi rozrzucisz w oczy tych ciemnych wieczorów, które wyją kształtami oblanymi czernią.
ulice wieczorami pachną grudniem. zalękniona, krwista nadzieja w żółtych butach, co rozrywają wtapiając się w tafle liści. pierniki w rozerwanych opakowaniach. czas nonszalancko parska śmiechem i ucieka potem. w każdą pojedynczą ulicę, samotną i rozdrażnioną chłodem, w którym pęcznieją dłonie, nieużywane. martwe bardziej niż wczoraj.
czerwień rozlewa mi się po twarzy i czuje jak zlewa mnie w ścianę po tej batalii z ciałem.
czasem pachnie też karmelem i wydzielinami kominów, które opadają na nieokryte kawałki różowej skóry na której rozciąga się pajęczyna naczyń krwionośnych podrażnionych zimnem. cisza przedsenna zawsze pod kołdrą się panoszy, a ja coraz bardziej próbuję wyrysować sen i zaplątać go między palcami. zabłąkane miłosne ptaki w motaninie błękitu próbują odnaleźć się w nocy.
przetrawiam tabletki przeciwbólowe i walczę z wylęgającym się we mnie przeziębieniem.
/ostatnimi czasy spełniło się małe dzieciarniane marzenie, o duszy, co mieszka obok i godzinami oddycha idąc zawsze o krok, obecnej. magdalenie dziękuję.
niedziela, 10 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

proszę, zamknijmy oczy. poudajemy że jesteśmy w pełni szczęśliwi, uniesiemy się ponad ziemie i zawirujemy w powietrzu. Polecimy do Nibylandi, zabierzemy wszystko co piękne, szczere i prawdziwe, a potem rozpustnie w dostatku zamieszkamy tam na zawsze, nie chcąc dorosnąć...
OdpowiedzUsuń