poniedziałek, 21 grudnia 2015

185.

z precyzją grzmotu nocą pukają i są
są takie myśli, które chciałyby
powiedzieć
że twój dom wciąż tu jest
choć nie ma żadnych fundamentów

że ktoś mieszka pod każdą z powiek
istnieje tylko w mistycznym imieniu
chrztów tęsknoty

przyjdź, usiądź
policz palce
zanurz usta w bezmiarze czerwieni
i jak kwiat przed zerwaniem
piękniej z każdą chwilą
i zaśnij zostaw oddech
na lewym policzku
i zabierz jego krew

/byłam na własnym pogrzebie.


niedziela, 20 grudnia 2015

184.

któregoś dnia przyjdzie ta szara godzina, w której oplotą człowieka i dłonie i macki nieobecności.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.

tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.

niedziela, 14 czerwca 2015

183.

czerń rozlewa się po pokoju z dokładnością kaligrafa. wszystkie zmysły znów mi tępieją.
któregoś dnia chcę zobaczyć poranek z wielkim słońcem i twarzami.
zobaczyć to wszystko, kiedy powieki opadną już nieodwracalnie.
będę tam, gdzie jestem. 
\ciekawe jak daleko zawiezie mnie ta bryka. 
wykolejeniec.

czwartek, 21 maja 2015

182.

duszno mi w tej cielistej powłoce nawleczonej na mięśnie i kości. straciłam z oczu wszystko, do czego chciałam się przytulać wieczorami. są tylko obrazy ruchome i te same oczy, co tyle straciły wbite w czerwień ścienną.
w głowie mieszkają kawałki szkła, z każdego stłuczonego lustra, w którym patrzę na siebie. z perspektywy sennej, w której patrzę przed siebie i na siebie w tej samej linii czasu.
chcę łykać dzieci afektu z przyjemnością jaką daje płucom podeszczowe powietrze.
nauczyć się żyć bez domu.
być wszędzie.

środa, 20 maja 2015

181.

stał się czas niby stworzony z metalowych prętów twór, co ruchy krępuje. ciało przestaje szukać uciechy innej od wtłaczania do krwi wystarczających ilości trunków, by świat był do zniesienia. usta rozrywają ciszę, która - gdyby była - powinna być mentorem. wypluwane z tych ust zlepki liter, rodzą się i zostają osierocone, bo dla nikogo nie przedstawiają wartości. choćby znikomej.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.

wtorek, 24 marca 2015

180.

rozbryzgał się jasny, słoneczny paw na moim oknie. w trzewiach czuć było pulsującą szkarłatną krew.
był dzień, w którym miarowy turkot serca stanowił małą, niemą gwarancję, że doznaję.
żołądek potrzebował jedynie niezbędnego minimum. przeprosiłyśmy się z nieubłaganym końcem, a dotychczasowa suma oddechów została spłodzona na nowo.
to takie miejsce, w którym perspektywa kończy się wraz z ulicą po której się poruszasz i gdzie wschody słońca tracą mistyczny powab.

wtorek, 6 stycznia 2015

179.

czarno jest na paznokciach, czarno jest w przełyku i głębiej też czarno.
dawno nie widziano w tych stronach słońca. wyją kłęby ciepłych oddechów porzucane na pastwę chłodu zaokiennego.
wygryzły mi trzy lata dziurę w życiorysie. zjadły mi mowę. zabrały w tułaczkę, w której widziałam siebie za lat naście, ze złotym przypadkiem na palcu, śmierdzącą pierzyną i smutnym fioletowym sińcem pod okiem.
zamknęłam się w błękitnych ścianach, których kolor powoduje mdłości, we wszędobylskim scenariuszu nieuchronnej śmierci.
horyzont się rozlewa i coraz większy dystans dzieli mnie od karawanu, w którym nieoddychająca jest moja ulica miłości.
poczyniam słowami drogę powrotną do kolebki błogiego otumanienia, bezwizyjności dnia teraźniejszego i każdego kolejnego, zapachu papierosa i rozgrzanego od słońca chodnika.
styczeń usiadł zadem na mojej twarzy, a ja nie mogę oddychać w konwulsji mojej chęci do bycia.
te dziury mocno bolą. z uporem godnym marnej kurwy drążą się same w sobie i taką tworzą sobie mnie podziurawioną.
czas przeprosić butelki wina.
wrócić.
czuć.
boli mnie czas.

O mnie

Obserwatorzy