środa, 27 października 2010

151.

po spożyciu ilości pokarmu znacznie przekraczającej kilkudniową ilość, jaką zwykle przetrawiałam czuję, że mój niedbale zawiązany żołądek pęka w szwach. znowu stoję w ciemnej łazience i staję się arbitrem dla każdej części ciała, której nadmiar odbija się w ponurym lustrze.

każda sekunda roztrwoniona myślą o bezdźwięcznych wargach ucieka razem z oddechem podrażniając ślepia nieba. zdjęcie podrywa ciało niczym gromadę czarnych kruków wzbijających się do lotu.
obumarłe ciało ułożone do snu, ciężki oddech i sen tłumiony nieustającym bojem wspomnień, migawki wszystkich chwil, które tworzą sklejoną obietnice złamaną milczeniem. tak więc zmęczenie nie pozwala zasnąć, obce ciało w celi rzęs, co kraty rwie szarpiąc firankę wieczoru.

chyba wiem czemu nie lubię prostych ulic tego miasta, czemu w koło słucham tej samej muzyki i oglądam te same filmy, czemu głuche ściany zrywają tamy błogości zajętego umysłu, czemu coraz bardziej plugawię cały ten rozgardiasz zebrany w jednym miejscu, w którym przyszło mi sapać przy niemiarowości oddechu torpedowanego kolejnym rozczarowaniem i kolejnym samotnym stukotem klawisza.

któregoś dnia opowiem ci o dziewczynce, która płakała. o dziewczynce, która zawsze płacze.
od dzisiaj będę uśmiechać się dla nikogo.

wtorek, 26 października 2010

150.

układam harmonogram słów w głowie, co staje się na tyle rozległe, że nie pamiętam, co złożyłam jako pierwsze, a stłumione zmysły wrzeszczą tak bardzo, że nie chcę choćby cofnąć pamięciowej taśmy.
codziennie rano przekręcam drzwi zostawiając za nimi rozlane miasto, te wszystkie kobiety i mężczyzn, którzy jeszcze śpią, ludzi rozrywających poranną mgłę i wdychających ją zaspanymi nozdrzami, świeżo zakorkowane ulice, to wszystko, co oglądam przez okno. przekręcam je dużym kluczem, z rowkowatymi wgłębieniami, o którym czasem myślę, że wyrwał się z jakiejś baśni, żeby potem móc przesiąknąć wonią mojej dłoni niezdarnie kręcącej nim w lewą stronę. zjeżdżam windą z czternastego piętra, przyglądając się ciemnemu odbiciu swojego ciała, w którym pulsuje jeszcze sen.
popołudnia mijają marudnie, obślizgłe zawistną ciszą albo cuchnące fetorem dnia wczorajszego.
wieczorem siadam z magdaleną na dużym kamieniu i zaglądam w okna pod mnogością gwiazd i bulwiastego księżyca zmąconego żółcią wyróżniającego się na tle czarnego kołnierza nieba za zasłoną liści drzew rosnących po lewej stronie. jakkolwiek przytłacza mnie ogrom wszechświata roztoczonego nad moją głową to każda sekunda chowa w sobie ten raban tęsknoty. często zamykam wtedy wargi, ale nie do końca, wdycham to chłodne powietrze, które pachnie dziesięcioma tysiącami wcześniejszych dni i dziesięcioma tysiącami dni przyszłości, później gorącym podmuchem zimnego ciała wyrzucam tą historię na wiatr i nie pamiętam nic więcej. tylko chyba większość strat wzięłam na siebie, rozlałam krew w milczenie i tak nie wiem, czy mam umartwiać się ciszą czy unosić się złością. na chodnikach tego miasta rozkładają się zwierzęce odchody, puszki, sobotnie rzygowiny i czas, a myśl, że cokolwiek się zmieni, że zdołasz rozsupłać te wargi, wydaje mi się niedorzeczna.

niedziela, 24 października 2010

149.

w milczeniu się roztapiam.
siedzę ścierając ze skóry obrzynki zaufania i zastanawiam się tylko, ile mi zostało, ilu ludzi odejdzie w skutek normalnego przesiewu, ile perspektywicznych znajomości zostanie tylko epizodem i kiedy rozklejając rzęsy o poranku zobaczę, że każdy oddech stwarza coraz większą lukę.
ćmy przyklejone do szyby podrywa oddech firmamentu zalanego czernią, w której nie migoczą choćby poległe w batalii z pochmurnością gwiazdy.
splin balansuje lekko na krawędzi szklanki wypełnionej owocową herbatą.
w jękach wspomnień szukam balsamu łatwowierności, który rozproszyłby to dzisiaj spłodzone otumanienie, jakie widzę w perspektywie najbliższych dni.

dziś spaceruję po gdyńskiej plaży, przy zamąconym szarością zachodzie słońca i coraz bardziej rozgryzam każdą chwilę, w którą próbuję się chować przed biczem każdego dnia skamlącego tęsknotą.
wykrzywiam splugawione wargi na myśl, że koniec stoi obok i delikatnie pieści moją dłoń. po kalkulacji umysłu wiem, że doszliśmy już na skraj. tylko ta czerwona pikawa schowana w piersi karze mi się telepać na kolejny przystanek i kolejny opustoszały peron po którym błądzić będę wzrokiem szukając zarysu twarzy, szukać zapachu na ulicy i wypatrywać nawrotu tych kilku chwil, co nawiedzają swoim widmem każdy wieczór.

czwartek, 21 października 2010

148.

lśniące miecze na poligonach wymówek, więc słowem krwawimy na wszystkie strony, by potem to wszystko czułym rozejmem warg zakończyć, ale widzisz bo ta batalia rozgrywa się w naszych głowach - W GŁOWACH, w małym kuferku iluzoryczności schowanym pod wycieraczką niby podrzucone niemowlę miłości jutra.

przestałam ciężko znosić rozczarowania, bo wniknęły do codziennego jadłospisu, który rozpycha żołądek pustką, która skwierczy w ciele turbowanym wspomnieniem.
z napiętnowaną ciszą niemrawych słów trzymam między wargami każdy obraz, tak bardzo nienaruszony czasem.
zamknięte w locie obietnice ciepłego imienia, co pękają łzawym kształtem na żałobne rytuały dnia.
bezładnie miotam się wzrokiem po markotnej tęczy rozlanej nad panoramą miasta. chyba zaczynam bawić się w tęsknotę.

niedziela, 17 października 2010

147.

wiatr muska spękane oczy, w których rozlewa się pajęczyna czerwieni.
mam w głowie tysiące krwistych róż w ofierze dla mlecznych strażników, co owijają mnie stalową linią warg.
po dzisiejszej dawce poezji, co wykrzykuje otumaniony umysł słowną wydzieliną mam wyżłobione blizny nasercowe. bo idąc za rękę ze słowem, wszystko zaczyna zalewać wzburzona czerń i wnikać w nić krwi, która pulsując miarowo mruczy, że w życiu z którego właśnie się ruszyłeś, nic nie ma.
więc stoisz z bezwładnym wzrokiem nadzianym na grymas nieba i w odurzonych źrenicach rozlewa się fala nicości, która niczym tabletka na głowę, rękę, dupę niweluje ten ból gruchoczący niczym stare kości strzępy samozachowawczych instynktów.

niedziela, 10 października 2010

146.

kolejne rozczarowanie, takie obecne. siedzi przy łóżku i krząta się pod rzęsami. tyle, że z upływem czasu coraz mniej się odwadniam w tym galimatiasie.
chciałabym cisnąć tobą gdzieś w te imienne czeluście milczenia, wyciągnąć i czuć, że wszystkie niewypowiedziane słowa zalęgły się gdzieś tam, że będą pluć zielonymi różami. weźmiesz je w dłonie i ciepłym podmuchem wargi rozrzucisz w oczy tych ciemnych wieczorów, które wyją kształtami oblanymi czernią.

ulice wieczorami pachną grudniem. zalękniona, krwista nadzieja w żółtych butach, co rozrywają wtapiając się w tafle liści. pierniki w rozerwanych opakowaniach. czas nonszalancko parska śmiechem i ucieka potem. w każdą pojedynczą ulicę, samotną i rozdrażnioną chłodem, w którym pęcznieją dłonie, nieużywane. martwe bardziej niż wczoraj.
czerwień rozlewa mi się po twarzy i czuje jak zlewa mnie w ścianę po tej batalii z ciałem.

czasem pachnie też karmelem i wydzielinami kominów, które opadają na nieokryte kawałki różowej skóry na której rozciąga się pajęczyna naczyń krwionośnych podrażnionych zimnem. cisza przedsenna zawsze pod kołdrą się panoszy, a ja coraz bardziej próbuję wyrysować sen i zaplątać go między palcami. zabłąkane miłosne ptaki w motaninie błękitu próbują odnaleźć się w nocy.
przetrawiam tabletki przeciwbólowe i walczę z wylęgającym się we mnie przeziębieniem.
/ostatnimi czasy spełniło się małe dzieciarniane marzenie, o duszy, co mieszka obok i godzinami oddycha idąc zawsze o krok, obecnej. magdalenie dziękuję.

wtorek, 5 października 2010

145.

wszystkie chwile powyrywane łapczywie z kontekstu stworzyły jakąś namiastkę całości. takiej cichej.
z niepewnością przytuloną mocno do ciała, czuję jak chłodnieje z każdym oddechem w tym wychłostanym wiatrem ciele schowanym w zielonym płaszczu.
pachnie niczym, a ja obawiam się każdego herbacianego poranka pod płaszczem jesieni i czekam zarazem ze wzrokiem nadzianym na cyfry, co układają się w godziny, co raz późniejsze i coraz bardziej zimne.

ulice toną w szklistych oczach. kroki rozdzierają tafle przekwitniętych liści, co podrywane podmuchami mroźnymi lawirują wyścielając koryta dla stóp.
beznamiętne wargi i blade, aż nadto. nie wiem, jak plunąć słowem, jak patrzeć, słyszeć i czuć. rozgardiasz tylko, nieuczesany, wewnętrzny, demony przeszłości, co karmią się słońcem i burzą, uśmiechem i łzą, tobą i mną.

O mnie

Obserwatorzy