przy rosyjskim spektaklu wpiętym w noc małe słone krople cisną się z oczu, bo urody zazdroszczę złotowłosej aktorce. nowy bagaż doznań wpisanych w karty ze wspomnieniami z minionych dni gdańskiego festiwalu teatrów ulicznych.
/możemy przeszukiwać siebie samych wewnętrznie, chaotycznie i rzucać kurwami w bezradności, bagatela. powierzone chwili nagłe olśnienia buszują we mnie, jak te myśli przy których czuję gwałtowne szarpnięcia strun nasercowych po których rozlewa się fala wspomnień i ponurości życia wywołująca fizyczny ból. każdego dnia coraz mocniej ubywam. ubywam w tęsknoty zasznurowane twoimi wargami.
blade prześwity na peronie przeciskając się przez samotne chodniki będą szumiały o pustce wylewającej się przez palce. o opustoszałej przestrzeni w której czuć tylko swąd rozkładających się ciał marzeń poturbowanych ciszą.
witaj paryżu w swojej romantycznej aurze, witaj hiszpanio wybrukowana czarnymi oczyma swoich mieszkańców, witaj barcelono, konstelacjo moich wyobrażeń o lepszym życiu, planszo historii, w które chcę się wplątać.
zabawimy się w niepamięć?
wtorek, 20 lipca 2010
czwartek, 15 lipca 2010
132.
małe balony rozświetlające mglistym pomarańczowym blaskiem sopockie niebo, kiedy dostrzegam, że pojawiły się już gwiazdy. godzina dwudziesta trzecia i minuty dwadzieścia trzy i życzenie posłane wraz ze wzrokiem wbitym w górę, które nie różni się niczym od wszystkich, które w nadziei na jakąś siłę przesądów, której powierzone słowa mogłyby za jej sprawą pozlepiać fragmenty życia w coś bardziej konstruktywnego. tymczasem duszno mi na ciele i w snach, drżą mi myśli i kończyny wybudzone przez niemożność złapania oddechu w parnej osłonie pościeli o piątej nad ranem.
/ciągle pamiętam ten zimowy tydzień. pamiętam te dni wraz z którymi mój rozum i wyobraźnie zabrały zbożowe kosmyki i oblane rumieńcem blade policzki. tam zaczęła się bajka o nadziei więdnącej jak świeżo zerwane kwiaty między spoconymi palcami. o odkryciu wszechświata, do którego niewielu z nas dotrze. do płaszczyzny, która jako jedyna stanowi o naszej odrębności od wszystkich innych żywych gatunków, jakie z uśmiechem na twarzy rozgniatamy połamanymi obcasami. moje konstelacje układają się w litery, które wykrzykują mi sny w gorączkowych i spektakularnie pachnących fragmentach pod powiekami.
minęły niespełna dwa lata, w których uświadomiłam sobie, że dane mi było poznać i otrzeć się o tajemnice małego wszechświata, właściwie fundamentalnej niewiadomej naszego jestestwa. że w mieście niemych twarzy i bezpańskich dusz, przed którymi nie otworzą się jego drzwi, wciąż w nim jestem, oddycham i zaludniam go procesją marzeń, oblewam całunem cichych myśli i że pomimo, iż czuję, że byłabym o niebo szczęśliwsza nie przegrywając batalii z pamięcią o dniu wczorajszym i wszystkich minionych chwilach to należę do jednej pary nieistniejących dla mnie dłoni, ku którym biegnę w każdej iluzorycznej migawce, w której chowam się przed brutalnością rzeczywistości.
/ciągle pamiętam ten zimowy tydzień. pamiętam te dni wraz z którymi mój rozum i wyobraźnie zabrały zbożowe kosmyki i oblane rumieńcem blade policzki. tam zaczęła się bajka o nadziei więdnącej jak świeżo zerwane kwiaty między spoconymi palcami. o odkryciu wszechświata, do którego niewielu z nas dotrze. do płaszczyzny, która jako jedyna stanowi o naszej odrębności od wszystkich innych żywych gatunków, jakie z uśmiechem na twarzy rozgniatamy połamanymi obcasami. moje konstelacje układają się w litery, które wykrzykują mi sny w gorączkowych i spektakularnie pachnących fragmentach pod powiekami.
minęły niespełna dwa lata, w których uświadomiłam sobie, że dane mi było poznać i otrzeć się o tajemnice małego wszechświata, właściwie fundamentalnej niewiadomej naszego jestestwa. że w mieście niemych twarzy i bezpańskich dusz, przed którymi nie otworzą się jego drzwi, wciąż w nim jestem, oddycham i zaludniam go procesją marzeń, oblewam całunem cichych myśli i że pomimo, iż czuję, że byłabym o niebo szczęśliwsza nie przegrywając batalii z pamięcią o dniu wczorajszym i wszystkich minionych chwilach to należę do jednej pary nieistniejących dla mnie dłoni, ku którym biegnę w każdej iluzorycznej migawce, w której chowam się przed brutalnością rzeczywistości.
niedziela, 11 lipca 2010
131.
kto by pomyślał, że na starych i zimnych szynach kolejowych można spotkać mężczyznę w podartych spodniach, starych butach i piwem w dłoni, z którym spędzi się czterdzieści minut na rozprawianiu o życiu.
- jestem okropnym alkoholikiem, przyznaję. - mówił. - i na zdjęciach wyglądam jak syn hitlera.
później wgłębiając się w całą tą przestrzeń prywatności otwieranej zapewne każdemu napotkanemu człowiekowi mówi o rodzinie, którą stracił, o latach liceum, swoich kruczoczarnych włosach, których zazdrościła mu była żona a z których dzisiaj pozostały jedynie szare nitki przesiąknięte wonią tanich trunków i papierosów. co moment przerywa swoją historię, żeby powiedzieć, że siedzenie na zimnych szynach może przyprawić mnie o przeziębienie. wspomina dużo o osamotnieniu, o bohaterskiej śmierci ojca i stracie matki. stracie tego wszystkiego, czego później próbował szukać w butelce. kto by pomyślał, że na punkowym festiwalu można poznać osiemnastoletniego fińczyka z finansową biegunką, który uroczo potykał się o polski akcent i leśnika, który tuła się przez kraj autostopem, snuje nam opowieści przeszłości, o starych dobrych latach polskiej muzyki, o swoim małym miasteczku, który sypia gdzie popadnie i zawsze pod ręką ma kompas.
/wczoraj mruczało mi do ucha, że czas na przeprowadzkę małego chłopca. na wbicie sobie do głowy tej bezsilności dłoni.
nie wracajmy tam, mały chłopcze. nie nakładaj wciąż na mnie pancerzyka lekkich złudzeń, od którego zaczynam wznosić wielkie królestwo nadziei, w którym co raz umieram.
paradoksalnie; trzeba zobaczyć, że niczego nie ma.
- jestem okropnym alkoholikiem, przyznaję. - mówił. - i na zdjęciach wyglądam jak syn hitlera.
później wgłębiając się w całą tą przestrzeń prywatności otwieranej zapewne każdemu napotkanemu człowiekowi mówi o rodzinie, którą stracił, o latach liceum, swoich kruczoczarnych włosach, których zazdrościła mu była żona a z których dzisiaj pozostały jedynie szare nitki przesiąknięte wonią tanich trunków i papierosów. co moment przerywa swoją historię, żeby powiedzieć, że siedzenie na zimnych szynach może przyprawić mnie o przeziębienie. wspomina dużo o osamotnieniu, o bohaterskiej śmierci ojca i stracie matki. stracie tego wszystkiego, czego później próbował szukać w butelce. kto by pomyślał, że na punkowym festiwalu można poznać osiemnastoletniego fińczyka z finansową biegunką, który uroczo potykał się o polski akcent i leśnika, który tuła się przez kraj autostopem, snuje nam opowieści przeszłości, o starych dobrych latach polskiej muzyki, o swoim małym miasteczku, który sypia gdzie popadnie i zawsze pod ręką ma kompas.
/wczoraj mruczało mi do ucha, że czas na przeprowadzkę małego chłopca. na wbicie sobie do głowy tej bezsilności dłoni.
nie wracajmy tam, mały chłopcze. nie nakładaj wciąż na mnie pancerzyka lekkich złudzeń, od którego zaczynam wznosić wielkie królestwo nadziei, w którym co raz umieram.
paradoksalnie; trzeba zobaczyć, że niczego nie ma.
czwartek, 8 lipca 2010
130.
dzisiaj mówimy o sobie w trzeciej osobie.
w dużym mieście, w którym każda płyta chodnikowa jest placem odciśniętych śladów, historii, małych przestrzeni codziennej anonimowości i fragmentów wyrwanych z sekwencji zdarzeń, do których należą.
mężczyzna postawił stopę wracając z pracy z mocno zarysowaną linią brwi po której spływały strużki zimnego potu w nadziei, że po przekroczeniu drzwi frontowych szarego mieszkania będzie mógł usiąść wygodnie w samotnym fotelu i w puszce piwa utopić kolejny nabrzmiały monotonią dzień. kobieta w wiśniowym swetrze, papierosem w ustach i telefonem przy uchu, poprawiająca co chwile nieład jaki ogarnia jej włosy przy natarciach letniego wiatru. małżeństwo w podeszłym wieku podtrzymujące się nawzajem i powolnym krokiem zmierzające do małego domku, w którym pachnie starością, mydłem i wypaloną miłością. w mnogości śladów jest też jeden, niepozorny i całkiem pospolity, należy do dziewczyny, która nie poznała jeszcze smaku najsłodszych złocistych jabłek i warg, miłosnych uniesień i kawioru. dziewczyny, której mina rzednie na widok słonecznych promieni, które opływają jej brązowe kosmyki falujące niczym rtęć poruszane przez małe pomruki wiatru, który burzył tą parną atmosferę dnia. w której rozbrzmiewają nieme słowa. w którą wklejony jest portret, którego usilnie szuka w każdym napotkanym człowieku. której marzenia zabija codzienność i czynniki od niej niezależne przenikające przez palce, wciąż zajęte ocieraniem się o siebie przez natłok myśli. dziewczyna na chwile zatrzymuje się, wbija wzrok w niebo po czym gwałtownie obraca głowę. zapewne każdy element tego świata mruczy jej do ucha, że powinna być gdzie indziej. kroczyć innymi chodnikami, nie sama. spuszcza wzrok i razem z płaczliwym spojrzeniem wyżłabia przezroczysty ślad jej wyobraźni w betonie. po czym podnosi głowę i idzie dalej. najzwyczajniej. z tą swoją historią. potem tylko wieczorami, pod kocem ciemności, którą tak lubi czuć na każdym kawałku ciała patrzy w gwiazdy i snuje im opowieści i dołącza życzenie. tak, tak. tam wysoko, w gwiazdy.
w dużym mieście, w którym każda płyta chodnikowa jest placem odciśniętych śladów, historii, małych przestrzeni codziennej anonimowości i fragmentów wyrwanych z sekwencji zdarzeń, do których należą.
mężczyzna postawił stopę wracając z pracy z mocno zarysowaną linią brwi po której spływały strużki zimnego potu w nadziei, że po przekroczeniu drzwi frontowych szarego mieszkania będzie mógł usiąść wygodnie w samotnym fotelu i w puszce piwa utopić kolejny nabrzmiały monotonią dzień. kobieta w wiśniowym swetrze, papierosem w ustach i telefonem przy uchu, poprawiająca co chwile nieład jaki ogarnia jej włosy przy natarciach letniego wiatru. małżeństwo w podeszłym wieku podtrzymujące się nawzajem i powolnym krokiem zmierzające do małego domku, w którym pachnie starością, mydłem i wypaloną miłością. w mnogości śladów jest też jeden, niepozorny i całkiem pospolity, należy do dziewczyny, która nie poznała jeszcze smaku najsłodszych złocistych jabłek i warg, miłosnych uniesień i kawioru. dziewczyny, której mina rzednie na widok słonecznych promieni, które opływają jej brązowe kosmyki falujące niczym rtęć poruszane przez małe pomruki wiatru, który burzył tą parną atmosferę dnia. w której rozbrzmiewają nieme słowa. w którą wklejony jest portret, którego usilnie szuka w każdym napotkanym człowieku. której marzenia zabija codzienność i czynniki od niej niezależne przenikające przez palce, wciąż zajęte ocieraniem się o siebie przez natłok myśli. dziewczyna na chwile zatrzymuje się, wbija wzrok w niebo po czym gwałtownie obraca głowę. zapewne każdy element tego świata mruczy jej do ucha, że powinna być gdzie indziej. kroczyć innymi chodnikami, nie sama. spuszcza wzrok i razem z płaczliwym spojrzeniem wyżłabia przezroczysty ślad jej wyobraźni w betonie. po czym podnosi głowę i idzie dalej. najzwyczajniej. z tą swoją historią. potem tylko wieczorami, pod kocem ciemności, którą tak lubi czuć na każdym kawałku ciała patrzy w gwiazdy i snuje im opowieści i dołącza życzenie. tak, tak. tam wysoko, w gwiazdy.
środa, 7 lipca 2010
129.
chciałabym, żeby moje serce, umysł i sny roztrzaskały się na milion kawałeczków, by móc potem je pozbierać i ułożyć w nowy obraz inny niż ten, który oblewa mnie nurtem pytań.
czuję, że wypłakuję każdą minutę, która minęła od czasu, kiedy zobaczyłam twoją bezradną i niewinną twarzyczkę. krótki spacer słonych łez po moim policzku niby metafora całej tej historii, która zatruwa mi oddechy.
choć wiem, że za kilka dni znów będę patrzeć w twoje oczy, tak bardzo uśmiechnięte, pomimo wszystkiego i od razu niby zarażona ułożę wargi w uśmiech. znowu nie poukładam strumienia słów w zalążek sensu. powiem coś nieistotnego wpadłszy na siebie (nie)przypadkiem. w zakamarkach i czeluściach podświadomości znowu zobaczę, jak wspaniały jesteś i rozdrapię skrzepioną nadzieję. gestykulując bezładnie powyrywam słowa z ciągu układającego się w to, co zmusiłoby do pomyślunku nad całą tą niechlujnie ubraną rozmową. zacznę żałować każdego przeżutego słowa, kolejności i nieharmonijności tego wszystkiego. a ty nadal tam będziesz. będziesz uśmiechał się tymi niebieskimi oczami.
/dziewczyna leży napastowana chaotyczną batalią myśli na łóżku. wspomnieniem uśmiechniętego wzroku wżynającego się w każde mrugnięcie. rozkładając bezwładnie ręce w postać litery V ze wzrokiem wbitym w leniwe chmury przepływające spokojnie po błękitnej palecie nieba. gdy konfrontacja wspomnień i trwającego teraz stanu zaczyna milknąć wstaje i z dziecięcą naiwnością przejeżdża wzrokiem po pomarańczowych ścianach pokoju i głęboko nabiera w płuca powietrze cicho szepcące, że całe to starcie czas zawinąć w prześcieradło, schować woń minionych nadziei głęboko do kieszeni i najzwyczajniej wyjść. wychodzi, po drodze zrywa kilkanaście liści, by zająć się czymkolwiek innym niż gmeraniem w pamięci, która aż krzyczy od zatrucia jego enigmatycznością, za którą tak bardzo tęskni.
czuję, że wypłakuję każdą minutę, która minęła od czasu, kiedy zobaczyłam twoją bezradną i niewinną twarzyczkę. krótki spacer słonych łez po moim policzku niby metafora całej tej historii, która zatruwa mi oddechy.
choć wiem, że za kilka dni znów będę patrzeć w twoje oczy, tak bardzo uśmiechnięte, pomimo wszystkiego i od razu niby zarażona ułożę wargi w uśmiech. znowu nie poukładam strumienia słów w zalążek sensu. powiem coś nieistotnego wpadłszy na siebie (nie)przypadkiem. w zakamarkach i czeluściach podświadomości znowu zobaczę, jak wspaniały jesteś i rozdrapię skrzepioną nadzieję. gestykulując bezładnie powyrywam słowa z ciągu układającego się w to, co zmusiłoby do pomyślunku nad całą tą niechlujnie ubraną rozmową. zacznę żałować każdego przeżutego słowa, kolejności i nieharmonijności tego wszystkiego. a ty nadal tam będziesz. będziesz uśmiechał się tymi niebieskimi oczami.
/dziewczyna leży napastowana chaotyczną batalią myśli na łóżku. wspomnieniem uśmiechniętego wzroku wżynającego się w każde mrugnięcie. rozkładając bezwładnie ręce w postać litery V ze wzrokiem wbitym w leniwe chmury przepływające spokojnie po błękitnej palecie nieba. gdy konfrontacja wspomnień i trwającego teraz stanu zaczyna milknąć wstaje i z dziecięcą naiwnością przejeżdża wzrokiem po pomarańczowych ścianach pokoju i głęboko nabiera w płuca powietrze cicho szepcące, że całe to starcie czas zawinąć w prześcieradło, schować woń minionych nadziei głęboko do kieszeni i najzwyczajniej wyjść. wychodzi, po drodze zrywa kilkanaście liści, by zająć się czymkolwiek innym niż gmeraniem w pamięci, która aż krzyczy od zatrucia jego enigmatycznością, za którą tak bardzo tęskni.
wtorek, 6 lipca 2010
128.
deszcz oblepiający ciało schowane pod kwiecistą spódnicą. wietrzny harmider uprawiany we włosach.
ta wielka przemiana spłodzona niewinnie w małej chwili obliguje do układania życia. uporządkowania tego chaosu niedopowiedzeń, swędzących słów i chwil, w których pachniało miłością.
/budzi mnie trzask okna, którego zapominam zamknąć przed ułożeniem ciała w sen. słyszę głuche echo słów, które wciąż trzymam w głowie. łzy są kobietą, z której wyciekają każdej nocy. która zamknięta w ambiwalencji i wszelakich skrajnościach niemal banalnych, nie wie czego chce. z twarzą wepchniętą w kałużę łzawych słonych wymiocin.
są obrazy, stworzone nie przez gałki oczne, a jakiś organ, bezimienny, który projektuje sny. najwspanialszy album ze zdjęciami, pamiętnik wspomnień, których nie było, do którego zaglądam niezmiernie często podczas gdy pamiątki po minionej rzeczywistości obrastają grubymi warstwami kurzu. to zabawne, że imaginacja staje się w pewnym etapie niedopieszczenia życiem pokarmem dla zmysłów, żołądka i umysłu.
czekanie stało się moją religią. na kilka słów, które zatuszują wszystkie tygodnie, w których umierałam z niepewności. bardzo powoli i z wewnętrznym krwotokiem przeszłości. przy każdym zmrużeniu oka widzę to, czego mieć nie mogę, a stojąc obok czuję, jak bardzo odległa jest para ramion, która swoją wiotkością mogłaby otworzyć nowy rozdział wciąż nieukończonej księgi tych sentymentalnych wzlotów i małych pomruków miłości.
dotykam najbardziej samotnego fotela z taką czułością, że niemal zaczynam drżeć. znów tu mieszkasz. coraz bardziej (nie)obecny.
ta wielka przemiana spłodzona niewinnie w małej chwili obliguje do układania życia. uporządkowania tego chaosu niedopowiedzeń, swędzących słów i chwil, w których pachniało miłością.
/budzi mnie trzask okna, którego zapominam zamknąć przed ułożeniem ciała w sen. słyszę głuche echo słów, które wciąż trzymam w głowie. łzy są kobietą, z której wyciekają każdej nocy. która zamknięta w ambiwalencji i wszelakich skrajnościach niemal banalnych, nie wie czego chce. z twarzą wepchniętą w kałużę łzawych słonych wymiocin.
są obrazy, stworzone nie przez gałki oczne, a jakiś organ, bezimienny, który projektuje sny. najwspanialszy album ze zdjęciami, pamiętnik wspomnień, których nie było, do którego zaglądam niezmiernie często podczas gdy pamiątki po minionej rzeczywistości obrastają grubymi warstwami kurzu. to zabawne, że imaginacja staje się w pewnym etapie niedopieszczenia życiem pokarmem dla zmysłów, żołądka i umysłu.
czekanie stało się moją religią. na kilka słów, które zatuszują wszystkie tygodnie, w których umierałam z niepewności. bardzo powoli i z wewnętrznym krwotokiem przeszłości. przy każdym zmrużeniu oka widzę to, czego mieć nie mogę, a stojąc obok czuję, jak bardzo odległa jest para ramion, która swoją wiotkością mogłaby otworzyć nowy rozdział wciąż nieukończonej księgi tych sentymentalnych wzlotów i małych pomruków miłości.
dotykam najbardziej samotnego fotela z taką czułością, że niemal zaczynam drżeć. znów tu mieszkasz. coraz bardziej (nie)obecny.
niedziela, 4 lipca 2010
127.
przy zachodzie słońca, zajmując miejsca w wygodnych leżakach słuchamy muzyki yanna tiersena, która przy takim pejzażu działa jeszcze mocniej. w romantycznej aurze przeciskają się gdzieś wymemłane słowa, retrospekcje i wszystko to na co chciałyśmy zawiązać wargi mocnym węzłem rozmów o bibelotach i uśmiechu.
(dziękuję klau za małe eskapady od życia, w których zapominam..)
/rozczesuję dokładnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość na trzy pasma, później plotę warkocz wspomnień i obietnic wplątanych we włosy.
jeszcze kilka oddechów i wydychane powietrze będzie szumiało tylko o tym, że trzeba było zrobić więcej, działać bardziej konstruktywnie lub zapomnieć zanim opadły na mnie zielone wyziewy nadziei.
raz spalonej zapałki nie da się zapalić po raz drugi. dziś jestem zapałką.
(dziękuję klau za małe eskapady od życia, w których zapominam..)
/rozczesuję dokładnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość na trzy pasma, później plotę warkocz wspomnień i obietnic wplątanych we włosy.
jeszcze kilka oddechów i wydychane powietrze będzie szumiało tylko o tym, że trzeba było zrobić więcej, działać bardziej konstruktywnie lub zapomnieć zanim opadły na mnie zielone wyziewy nadziei.
raz spalonej zapałki nie da się zapalić po raz drugi. dziś jestem zapałką.
piątek, 2 lipca 2010
126.
jedno słowo; rewelacja. nic więcej. choć jak z krzyża zdjęta kładę się spać razem z rozpoczynającym wschód słońcem. wielki ścisk i niemożność poruszania kończynami, tysiące dłoni wyciągniętych ku niebu zapiętemu granatowym guzikiem nocy.
/w mojej głowie mieszka ktoś. mały chłopiec z zasznurowanymi wargami. z milczeniem przyklejonym do rzęs.
znajdujemy się w punkcie wyjścia, bo choć zdaje sobie sprawę z mojego patowego położenia to brnę w to wszystko dalej i choć wstyd mówić o tym głośno to w małych gestach, uśmiechach, pojedynczych słowach i samym byciu obok zmartwychwstaje nadzieja, której kurczowo trzymam się aż do kolejnych dni ciszy.
w zaplątanych wymysłach uśmiercam gdzieś rozwagę. niespokojni strażnicy snów wyciągają dłonie ku oczom, na dnie których rozbudzone zmysły wykrzykują imię.
głaskani czasem słowem, z trudem oddychamy.
/w mojej głowie mieszka ktoś. mały chłopiec z zasznurowanymi wargami. z milczeniem przyklejonym do rzęs.
znajdujemy się w punkcie wyjścia, bo choć zdaje sobie sprawę z mojego patowego położenia to brnę w to wszystko dalej i choć wstyd mówić o tym głośno to w małych gestach, uśmiechach, pojedynczych słowach i samym byciu obok zmartwychwstaje nadzieja, której kurczowo trzymam się aż do kolejnych dni ciszy.
w zaplątanych wymysłach uśmiercam gdzieś rozwagę. niespokojni strażnicy snów wyciągają dłonie ku oczom, na dnie których rozbudzone zmysły wykrzykują imię.
głaskani czasem słowem, z trudem oddychamy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
