poniedziałek, 29 marca 2010

97.

confusion will be my epitaph. as I crawl a cracked and broken path (...).

wtapiam się w tłumy i w samotne ulice, w niespektakularne zachody słońca, w pociągi i w nie bycie. sen przyćmiewa nieustanna batalia myśli aż do godziny drugiej nad ranem. wiosenne powietrze gładzi skronie w lekkim gorącu i rozwiewa włosy tworząc z nich zgrabny nieład.
mój chaos jest twoim porządkiem. twoim cicho poukładanym uśmiechem, który tak dobrze pamiętam i którego szukam w każdej napotkanej twarzy.

to zabawne, że naszym życiem steruje seria przypadków kompletnie niezależnych od nas. sekwencja chwilowych zaślepień, pochopnych decyzji, krótkich dialogów, pojedynczych słów rzuconych na zeszłoroczny wiatr, który zabrał wraz z nimi nasze małe obietnice innych dni.
/gdybym tylko..

niedziela, 21 marca 2010

96.

przesympatyczny koniec tygodnia. uroczy wypad do sopotu z Laurą i Beatą układa się w szeroki uśmiech na mojej twarzy przed snem.

.. biegniemy we wrzeszczu na autobus, bo niepunktualna natura Beaty daje o sobie znać. papryka wita nas brakiem biletów, więc poszukujemy uroczej kawiarni, w której potem popijając kaktusową herbatę przesiadujemy. spacerujemy po plaży i przy poszarzałym niebie i łzach wylewających się z jego kołnierza żegnamy białą porę roku niby marzanną wyrzuconą z sopockiego molo. mylimy autobusy i wracamy do gdańska drogą okrężnie namalowaną. z Laurą zrywając plakaty buszujemy do wieczora po całym wrzeszczu :)
/tylko boleśnie odbywa się wyrastanie moich zębów mądrości.

środa, 17 marca 2010

95.

dzień po dniu spotykam przeszłości na drodze, na której nie ma miejsca na przyszłość. chronologicznie i mimowolnie w blasku zaskoczenia.
śnieg tańczący na sznurkach słonecznych promieni, herbata miętowa, przepełnione tramwaje, do których nie sposób się zmieścić. rozdarte spodnie, koszula i wnętrze po niedzielnym koncercie.

poranki bywają pełne obietnic. i pozostają tylko obietnicą wpisaną w przebieg przypadkowej sekwencji wydarzeń, w której odgrywamy mimowolnie epizodyczne role.
u kresu dnia powieki nie chcą układać się w zarys snu. bo tylko księżyc kolejną nocą jest bezsenny równie bardzo jak ja. i jak zawsze skomleje coś. o Nim.

piątek, 12 marca 2010

94.

czarny dym ulatniający się z komina sąsiedniego domu. zapach miodu w całym mieszkaniu. spóźniony prezent urodzinowy od Aleksandry, na który warto byłoby czekać jeszcze milion dni.

dni robią się coraz dłuższe, a resztki śniegu topnieją nam w dłoniach. czarny płaszcz zajmuje honorowe miejsce na wieszaku przez co czuję, że ubywa mi dodatkowych lat.
życie jest ekscentryzmem przypadków nic nie znaczących, układających się w zarys prawdy, poszukiwanej przez szaleństwa wyobraźni uczesanych przez wiatry mistyfikacji, która jest tylko sufiksem wielkiej łamigłówki.
naszą małą astronomię gwiazd, które nie zasypiają przyćmiewa wieczorna szarość i ciężkość powiek. bez słów uciekam w krainy moich konstelacji.
sny są nieuniwersalne. niedziela wyznaczy szlaki, schowane gdzieś wewnątrz, co pulsują i krwawią mimowolnie a nieraz z uciechy chcą wyskoczyć z piersi.

poniedziałek, 8 marca 2010

93.

zabieganie w szkole i niebo, które znów uśmiecha się błękitem i przeplata go z bielą, która zalega jeszcze na chodnikach.
posmak wiosny nie sprzyja szlajaniu się po zakamarkach wspomnień i rynsztokach wyobraźni uciekającej w promienie barwiące włosy na rudawo podobne odcienie.

niewyspane ciało ubieram w ciemny płaszcz. z oczu ścieram zmęczenie malując rzęsy.
nie-bycie.

poniedziałek, 1 marca 2010

92.

tak w niestałości jestem. nie dziś, nie jutro.
mimowolnie znów poszukuję tego uśmiechu w ludziach ubranych w nieład.
szary kołnierz nieba płacze wieczorem i odpycha senność w róg pokoju.

wszystko, co zobaczyłam to niedokończone chwile. splamione pomyłkami.
nieufne słowo ubrane w pogrzeby poranków i chrzty nocy.

/namaluj mnie słowami, bo uzbierać ich nie mogę do jednego worka by wysypać i ułożyć ze spektakularną radością.

O mnie

Obserwatorzy