poranny wkurw na spóźnione tramwaje. na to, że w domu sama sobie plączę się pod nogami. że herbata jest niegorąca. że śnieg uprawia nieład na głowie.
senność egzystuje we mnie dzisiaj. razem z niewinnie spłodzonym dobrym nastrojem.
drogi żołnierzyku, z papierową bronią ukrytą w oczach. usiądźmy wspólnie w jeden z tych zimnych wieczorów. rozprawiajmy o duperelach i śmierci nad gorącą herbatą. pomylmy nasze oddechy z kłębami unoszącej się pary. ukryjmy się w gwiazdach, które nigdy nie zasypiają.
poszukuję sensu. cokolwiek miałby on oznaczać: codziennie parzenie herbaty, sadzenia kwiatów, poezję, miłość.
śpieszno mi ostatnimi czasy do umierania.
WE WANT THE WORLD AND WE WANT IT NOW!
wtorek, 19 stycznia 2010
środa, 13 stycznia 2010
88.
życie znów po cichu pęka na pół. kuca w kącie i wykrwawia się potokami wspomnień.
miewam ochotę na ucieczkę w lata 60, w ówczesną Amerykę. na bycie w krainie słowa, poezji, muzyki i pijaństwa na ulicach.
tak bardzo chciałabym wybudzić się z tej gehenny, wyjść jak z widma sennego przekleństwa i znów wpaść w ciepłe ramiona błękitu.
niebo jest rozdrapane czekaniem.
długim palcem czasu.
i czarnym lakierem na paznokciach nocy.
ciężki oddech drzemiącego światła.
tak wtulona w muzykę. z herbatą i bielą za oknem.
miewam ochotę na ucieczkę w lata 60, w ówczesną Amerykę. na bycie w krainie słowa, poezji, muzyki i pijaństwa na ulicach.
tak bardzo chciałabym wybudzić się z tej gehenny, wyjść jak z widma sennego przekleństwa i znów wpaść w ciepłe ramiona błękitu.
niebo jest rozdrapane czekaniem.
długim palcem czasu.
i czarnym lakierem na paznokciach nocy.
ciężki oddech drzemiącego światła.
tak wtulona w muzykę. z herbatą i bielą za oknem.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
87.
pełno białego puchu ze śladami kroków i pomrukami chandry.
wspomnienia egzystują sobie we mnie, jak wyciskacze łez.
sypiam z bezsennością wciśniętą do poduszki.
w gorącej czekoladzie szukam zgubionych chwil ostatnich dni.
i wciąż zdaję się wsłuchiwać w ten głos, prowadzący do czeluści łkających myśli.
maluję rzęsy niedbale. bladością nocy.
wspomnienia egzystują sobie we mnie, jak wyciskacze łez.
sypiam z bezsennością wciśniętą do poduszki.
w gorącej czekoladzie szukam zgubionych chwil ostatnich dni.
i wciąż zdaję się wsłuchiwać w ten głos, prowadzący do czeluści łkających myśli.
maluję rzęsy niedbale. bladością nocy.
"In conclusion, darling, let me repeat: your home is still here, inviolate and certainand. I open the wide smile of my remembrance. This to you on the anniversary of our first night. I know you love me to talk this way. I hope no one sees this message written in the calm lonely far out languid summer afternoon with my total love."
piątek, 8 stycznia 2010
86.
czekolada truskawkowa, herbata i martynowe rozmowy traktujące o wszystkich udrękach naszego jestestwa.
dzisiaj niebo mamrocze smutne historie wplątane w konary drzew. niezgrabnych tancerek prowadzonych przez wiatr.
smutnieję sobie, bo.
za mało wszystkiego i za dużo słów utopionych w herbacie.
najpiękniejsze sny stają się teraz koszmarami.
dzisiaj niebo mamrocze smutne historie wplątane w konary drzew. niezgrabnych tancerek prowadzonych przez wiatr.
smutnieję sobie, bo.
za mało wszystkiego i za dużo słów utopionych w herbacie.
najpiękniejsze sny stają się teraz koszmarami.
wtorek, 5 stycznia 2010
85.
nic nie jest czarne albo białe. chorujemy od wszechobecnej szarości ukrytej w spojrzeniu.
dziś nie rozprawiam o rzeczach wielkich. schowanych do kieszeni czarnego płaszcza.
wszystko prysnęło z (nie)urokiem bańki mydlanej płynącej sobie spokojnie po zamglonej linii błękitu.
dziś chowam się w uśmiechach. w trywialności oplatającej mi wargi.
i chcę równocześnie uciekać i chcę powrotów spektakularnych. takich ubranych w niecodzienność słów.
chcę usiąść spokojnie i wypić przesłodzoną herbatę.
poświąteczność mi sprzyja. uciekam w nią. i chowam się w niej z miną zapalonego pięciolatka z przekonaniem, że ani niebo ani piekło obietnic złożonych przez sny mnie nie znajdą.
/tramwaje przepełnione zmęczeniem i angielskim akcentem.
chaotyczne rzęsy i zimne dłonie.
ciemność zatajająca istnienie miasta.
dziś nie rozprawiam o rzeczach wielkich. schowanych do kieszeni czarnego płaszcza.
wszystko prysnęło z (nie)urokiem bańki mydlanej płynącej sobie spokojnie po zamglonej linii błękitu.
dziś chowam się w uśmiechach. w trywialności oplatającej mi wargi.
i chcę równocześnie uciekać i chcę powrotów spektakularnych. takich ubranych w niecodzienność słów.
chcę usiąść spokojnie i wypić przesłodzoną herbatę.
poświąteczność mi sprzyja. uciekam w nią. i chowam się w niej z miną zapalonego pięciolatka z przekonaniem, że ani niebo ani piekło obietnic złożonych przez sny mnie nie znajdą.
/tramwaje przepełnione zmęczeniem i angielskim akcentem.
chaotyczne rzęsy i zimne dłonie.
ciemność zatajająca istnienie miasta.
piątek, 1 stycznia 2010
84.
w nowy rok weszłam powoli, głaszcząc i balsamując moje potknięcia.
urodziłam się znów, w pudełku zapałek, okryta popiołową szarością rozsypanych chwil. ułożona wzdłuż.
z małymi dłońmi pachnącymi nieużywaniem. z przekonaniem, że zginę uduszona własnymi łzami.
dzisiaj oddycham, rozrywana przez obawy. przez sępy spojrzeń. przez przeszłość, która napatoczyła się tuż obok równo o północy. w tej samej ciemnej kurtce.
nie czuję nowego roku. nic nie czuję. nic się nie zmieni. pesymizm we mnie tańczy.
kolejny rok na tym samym przystanku.
urodziłam się znów, w pudełku zapałek, okryta popiołową szarością rozsypanych chwil. ułożona wzdłuż.
z małymi dłońmi pachnącymi nieużywaniem. z przekonaniem, że zginę uduszona własnymi łzami.
dzisiaj oddycham, rozrywana przez obawy. przez sępy spojrzeń. przez przeszłość, która napatoczyła się tuż obok równo o północy. w tej samej ciemnej kurtce.
nie czuję nowego roku. nic nie czuję. nic się nie zmieni. pesymizm we mnie tańczy.
kolejny rok na tym samym przystanku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
