czwartek, 21 kwietnia 2011

170.

dzieję się jedna wielka analiza. rozrywanie wspomnień wklejanie tych pół-wspomnień w stworzone teorie, do których pasują.
/umiem marnować każdą minutę ciszą ramion skrzyżowanych na klatce piersiowej, snem w pozycji embrionalnej, malowaniem rzęs obrzynami dnia wczorajszego czy najbardziej banalnym pochłanianiem powietrza.
wystarczy tylko napoczęte słowo, żeby rozwinąć się w uśmiech, stworzyć tysiące wspomnień nieistniejących i zwinąć się pod ich niedowładem w ślepotę łez chaotycznie tworzących mozaiki na bladej twarzy.

chcę spotkań na zimnych betonach tego miasta, chcę autentyczności każdego oddechu, chcę czasem śliny też, tak naprawdę.
galimatias pęcznieje z każdym dniem, tylko tym razem rwąc każdy dzień nie ma ujścia. czekam na apogeum bierności, co rozsiadła się w teraźniejszości.
czasem smutna ze mnie postać, z nad bulwaru zachodzącego słońca.

niedziela, 3 kwietnia 2011

169.

nie wiem właściwie do czego chcę się dziś przytulić.
sen rzyga przeszłością, której nie było. nie mam tych samych warg. nie masz tej samej śliny.
staje się mdło. staje się tęsknota.

zastępy martwego jutra forsują twierdze wieczoru. zastępy o twojej twarzy, bardzo niematerialnej.
perturbacje mojej wyobraźni ustają, za kościołem, gdzie się rozkładamy na wilgotnej trawie, gdzie nad głowami latają nietoperze pod płachtą ciemnego kołnierza nieba ze szczyptą gwiazd po nim rozrzuconych.
zresztą z tego nic nie robienia wykiełkował filar każdego mojego dnia, mała defilada beztroski krocząca bezwonnymi ulicami, w kolejny kres dnia, w kolejny rytuał płodzenia dnia następnego, w kolejną nicość.
/trwajmy znowu, proszę.

sobota, 2 kwietnia 2011

168.

zostawiam za sobą kolejne nierozwinięte nici życia, kolejne rozerwane sekwencje niewydarzonych zdarzeń.
cisza pod skórą, między wargami a zaraz obok potargany chaos obłąkanego świtu rozlanego na bladym ramieniu. mam ochotę spędzić wieczność w nagrzanej od ciała pierzynie, w świadomej halucynacji, w osobistym omamie przeszłości zlanej z nieistniejącą poczwarą spłodzoną z każdej małej nadziei. w zimnej klatce struchlałych ścian, w pełni uroczystości snu, której nigdy w satysfakcjonujący sposób nie opiszę. właściwie to nie znam się na słowach równie co i na krawiectwie, umieraniu i życiu, cokolwiek to znaczy. myśli płodzą mi się w tempie zajęczej kopulacji, nierozwinięte, skrócone ustępujące miejsca kolejnym orszakom wizji wzniosłości kolejnych dni.
doświadczyło mi się coś dziwnego; każda postać, każdy zwój tętniących tkanek stał się sentymentalną fatamorganą rozpełzłą po planszy mojego dnia. po mnie, jako jedynej kreaturze o ciepłym oddechu miętoszonej przez wspomnienia wijące się teraz nieobecnie, nacierające zewsząd - we wzrok, słuch i papierowy dotyk. przesiąknęłam martwością, wyobrażeniem samotności, którą trzeba przeżyć samemu i w sobie.

dajmy odpaść naszym ustom.

O mnie

Obserwatorzy