nie byłam nigdy małym wojakiem
i młodości w mdłościach nie rzuciłam
na wrzeciono trzaskające i plujące świeżą czerwienią
któregoś wschodu bekłam i oróżowiałam
były dni orszaki i nocnych niedoli konwoje
dłoni nikt nie chciał odgryźć ani posiąść
przędzalnictwo już dawno wepchnięto do trumny
i nic już w denko nie zabębniło
krwiobiegi szczęśliwie zatamowane
te wszystkie dłonie są wciąż zimne
i nie znają żadnych domów
choć samopas po świecie najsamcalszym żywot swój pędzą
nie dotrwałam jeszcze do południa
ale ciężko jest żyć na samych nogach
nikogo już nigdy żadne słowo nie opryska
poniedziałek, 26 lutego 2018
sobota, 3 lutego 2018
188.
świat już nigdy nie pozna wartości oddechu.
w powietrzu są tylko dyskusję o tym, na co człowiek nie ma słów.
ja trzymam twą dłoń, a miasto jeszcze nie śpi. mam halucynację i śnieg w oczach.
męczy mnie światło i ukośni ludzie poupychani w tramwajach. męczy mnie niedopasowanie i lekkość z jaką człowiek zaprasza do swojego serca każdego, kto tylko tym nie pogardzi.
męczy mnie rozczarowanie, które nigdzie się nie zagnieżdża, tylko ustępuje miejsca kolejnej licytacji co łaska.
kakofonia miasta nigdy nie zastąpi symofonii leśnego skrzata. przycupniętego na pieńku, dobijającego w pół-martwe zające.
zbiegłabym, gdyby ziemia nie była okrągła.
w noc.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
