środa, 12 stycznia 2011

165.

dzieję się nicość.
nie potrafię rozciągnąć w sobie wizji przyszłości, rozłożyć jej starannie na wargach i opatulić serca.
nie potrafię też rozerwać bezustannego miarowego rytmu stóp natarciem przeszłości.

spaceruję rozrzucając się na chodnik w skowyczenie wszechobecnej obojętności zabarykadowanej gdzieś między żebrami.
rozlewam się w ślepą strugę łez parującą na wargach muskanych nieużywaniem.
złowrogie konary wiją się zaokiennie nieudolnie rozszarpując mdłą szarość nieba, w której topią się płody moich nadziei.

chcę tylko, żeby sen lizał moje blade czoło, beznamiętnie.
umieranie nie boli, naprawdę.

sobota, 1 stycznia 2011

165.

blady materac skóry rozłożonej na udach mizernieje z każdą sekundą. posępne czarne kruki siedzą na sznurach obok ulicy miłości i powolnym ruchem skrzydeł wzbijają się w poszarzałe niebo przybierające kolor moich oczu po kolejnej nieprzespanej nocy.
rozpięłam się w śliską monotonię. wyblakłam z każdej barwy wspomnienia rozlewając się w szarość miasta.
boli mnie słuch od tej jednostronnej ciszy rozprzestrzeniającej się na kolejne niewinne godziny. boli mnie dotyk, który rozpadł się nieśmiałością na sopockiej ulicy.
panoszą mi się przeterminowane słowa, które są kojącym balsamem przeszłości na lęki rozlazłe po każdej tkance, w każdym zmyśle.

wczoraj zerwałam z siebie powłokę kamienności, wczoraj upuściłam kilka ślepych łez, wczoraj wypiłam cynamonowe kakao i tęskniłam.

O mnie

Obserwatorzy