sobota, 18 września 2010

144.

piętro czternaste i rozciągające się szarym błękitem na horyzoncie morze. mnogość mrugających spojrzeń miasta pod kołdrą nocy.
myśli płodzą mi całe szeregi snów, tych, co niby znaczyć coś mają. no więc ja wyżłabiam korytarze między regałami dni, wyścielam zimne podłogi nadzieją, potem mimowolnie jakoś życie skręca, a wtedy otumaniona tym zwrotem przecieram powieki i widzę, że w innej części nic nie ma. tyle.
jaka pogoda wewnątrz-myślowa? pochmurność oczekiwania ze skrzeczącym w ciele przeziębieniu.
w połamanych na poligonach wymówek obcasach przewracam się o każde schody.
pluję poezją chyba z nadmiaru czasu, który spędzam z chrypką w gardle, lekką gorączką i słowami oblepiającymi przewód pokarmowy tak mocno, że aż przełknięcie czegokolwiek zamienia się w gehennę powinności wobec fizjologicznych potrzeb. i czekam znów intensywnie, nakryta ciemnością pokoju zatajającego moje istnienie układam sceny, spojrzenia i zlepiam potencjalne dialogi w całość o ostrym zapachu oniryzmu, który i tak pewnie nie wgramoli sie pod podwiązki przyszłości.

niedziela, 5 września 2010

143.

śmierć w śnie rzekomo oznacza kres pewnego etapu w życiu, zapowiedź zbliżających się istotnych zmian i podjęcie radykalnej decyzji.

no chyba, wypluje to wszystko z siebie w te uśmiechnięte oczy, bo wyrywając się z koszmarnych ramion snu otwieram powieki i czuję się obumarła wewnętrznie, bo samo-zatruta snem miotam się po świecie, mieszkaniu i swojej głowie. zarysowana zmarszczka przebiegająca wzdłuż czoła malowana natłokiem analizy tego całego galimatiasu, batalii przeznaczenia z przypadkiem i wspomnień konających na każdej ulicy.
sny potrafią rozerwać całe ciało i wyobraźnie na wszystkie strony brudząc ściany, chociaż tylko silne wstrząsy potrafią ożywić to, co zaczyna umierać zatruwając nonszalancko każdą myśl i każdą tkankę przesiąkniętą wonią tęsknoty.

środa, 1 września 2010

142.

wygniecione eleganckie kubraczki szybkim ruchem wyrwane z rąk szafy i niedbale ułożone na ciele w (nie)harmonii z czerwonymi trampkami. w schematy się wgryzam, w jednostajny turkot toczących się dni.
miłość jest niezgrabną parafrazą myślę. a w tych dniach dusznych od westchnień, wprowadzam do krwiobiegu przyzwyczajenie jak tabletkę na głowę, serce i dupę. od dzisiaj dożylnie stosowane zapomnienie wstrzyknięte pod skórę brakiem czasu i ramową obróbką dnia. tylko nocą tonę w pół-chwilach i niby emocjonalny rozbitek mam ochotę uczepić się czegokolwiek w nadziei na podtrzymanie oddechu.

/chciałam opowiedzieć tu o pewnej osobie, choć myślę, że zasłużyła na coś więcej;
paloma imię jej. niebieskie oczy okazale przez długie brązowe włosy. serce pełne poezji i myśli na dłoni, kiedy umie się czytać i zdolność czytania też, ze mnie, jak z niedomytego talerza i niebotyczne pokłady empatii ukryte w tak drobnym ciele. choć nieforemne figury wychodzą mi ze słów, to powiem, że gdynia na spacerach z kimś takim staje się jeszcze piękniejszą, niż jej obraz w mojej głowie. a czas staje się nieistotny, bo chyba po tym można poznać kogoś wyjątkowego, kiedy mając za sobą tyle powłok czasu bez niego w jednej chwili można oddać całe swoje życie w jego ręce i wyobrazić sobie, że znamy się od pierwszego płaczu.

O mnie

Obserwatorzy