z precyzją grzmotu nocą pukają i są
są takie myśli, które chciałyby
powiedzieć
że twój dom wciąż tu jest
choć nie ma żadnych fundamentów
że ktoś mieszka pod każdą z powiek
istnieje tylko w mistycznym imieniu
chrztów tęsknoty
przyjdź, usiądź
policz palce
zanurz usta w bezmiarze czerwieni
i jak kwiat przed zerwaniem
piękniej z każdą chwilą
i zaśnij zostaw oddech
na lewym policzku
i zabierz jego krew
/byłam na własnym pogrzebie.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
niedziela, 20 grudnia 2015
184.
któregoś dnia przyjdzie ta szara godzina, w której oplotą człowieka i dłonie i macki nieobecności.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.
tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.
przyjdzie po cichu, kiedy alkohol zacznie parować ze skóry.
taką wyschniętą już skórę, podrą na strzępy z łatwością jaką dziecięce palce drą papier.
nieudane obrazy.
życie.
tęczówki mam bardziej zszarzałe niż przez ostatnich dwadzieścia lat.
z (nie)urokiem lat wczesnonastoletnich znów haratam sobie nerwy i żyje bardziej pod poduszką niż na własnych nogach.
trzeźwość nie popłaca, przy złudnym uproszczeniu tego, na co patrzeć chcą oczy.
marzy mi się chaos rozrzucony po nieznajomych kształtach, ulicach i twarzach.
małe zmartwychwstanie, w którym już nigdy nie usiądziemy razem do stołu.
chaotyczne dźwięki i pijany wzrok kiedyś poszukają pary ramion.
usiądź obok i nigdy nie dosuwaj krzesła. patrz na mnie swoim szaleństwem, które pyta i odpowiada.
/schyłek 2015 roku i nie mam pojęcia czy tęsknie do przyszłości, przeszłości czy bycia.
nie umościłam w sobie miejsca dla nikogo a wszystkie demony pęcznieją za oczami.
marnotrawstwo samotności.
gdzieś wy wszyscy, wypuściliście ducha jak małe dziecko balon z helem i po chwilowej powierzchownej rozpaczy zapomnieliście, że kiedykolwiek trzymaliście go w dłoni.
nigdy nie wiadomo, co się dzieje z ich widmami ani ile zdążyłam już ich połknąć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
