duszno mi w tej cielistej powłoce nawleczonej na mięśnie i kości. straciłam z oczu wszystko, do czego chciałam się przytulać wieczorami. są tylko obrazy ruchome i te same oczy, co tyle straciły wbite w czerwień ścienną.
w głowie mieszkają kawałki szkła, z każdego stłuczonego lustra, w którym patrzę na siebie. z perspektywy sennej, w której patrzę przed siebie i na siebie w tej samej linii czasu.
chcę łykać dzieci afektu z przyjemnością jaką daje płucom podeszczowe powietrze.
nauczyć się żyć bez domu.
być wszędzie.
czwartek, 21 maja 2015
środa, 20 maja 2015
181.
stał się czas niby stworzony z metalowych prętów twór, co ruchy krępuje. ciało przestaje szukać uciechy innej od wtłaczania do krwi wystarczających ilości trunków, by świat był do zniesienia. usta rozrywają ciszę, która - gdyby była - powinna być mentorem. wypluwane z tych ust zlepki liter, rodzą się i zostają osierocone, bo dla nikogo nie przedstawiają wartości. choćby znikomej.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.
minęły lata odkąd duch słowa i dźwięku zdechł. a ja stałam się za młoda, a raczej za późno urodzona, by umierać z przedawkowania i uczynić z tego sztukę.
głucho mam w płucach, płytko w źrenicach i wszystko, co 'teraz' przynosi patroszy mnie z obowiązku człowieczego, co nim się zdaje być odczuwanie.
cała pulsuje, tylko w imaginacji, w miejscach, gdzie niepoczęta rozlewam się i łykam każdy kawałek powietrza, który pachnie tak, jak to sobie wyobrażam.
coraz więcej pod skórą osadza się tuszu i ciągle marzę o powłóczystościach zaplątanych w życie. epizody zjadają coraz więcej dni i miesięcy, oddzielają mięso od kości.
przestaje właściwie rozumieć ruchy swoich palców.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
