słońce nagle wstąpiło w to miasto, w niedzielę. snopy światła uderzały w moje oczy, a duchota gniotła klatkę piersiową.
wszechmogący wsadził patyk w mrowisko metropolii a ono rozpierzchło się na ulice. chodniki były zamieszkałe na każdym ich skrawku, a we mnie wzbierały mdłości.
nie wykipiałam.
za ostatnie pieniądze wystałam w kolejce waniliowe lody.
każda szpilka głosu przebija mi skronie i tęskno mi do ramion, chociaż na mnie, zalaną od każdego brzegu swoim rodzajem, spada jeszcze większe duszne opuszczenie.
nie umiem słuchać, a fundamenty mojego domu wydają się być lichutkie.
słyszeć nie umiem, a gryzą mi życiorys epizody.
szelest kartek mną targa.
rozdziobała mnie dziś wiosna, a ziemian podpalam ogniem płonącej uryny.
niedziela, 11 marca 2018
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
